Po stronie związków zawodowych Drukuj Email
Napisał(a): Bojan Stanisławski [socjalizm.org]   
08.02.2008.

Wraz z nastaniem Najjaśniejszej Rzeczpospolitej (zwanej także Tuskmenistanem) polskie związki zawodowe zmuszone były przypomnieć sobie cele, do jakich zostały powołane. Uśpione, pogrążone dotychczas w marazmie i bezradności, stale biurokratyzujące się i niebojowe nagle zabrały się do pracy. Oczywiście wynika to z określonych okoliczności, z których bezwzględnie najważniejszą, jest świadomość szeregowych związkowców. To właśnie ona bowiem została ostatnimi czasy mocno pobudzona „cudem gospodarczym” i „gigantycznymi podwyżkami”, a właściwie nie tyle samymi tymi zjawiskami, co dysonansem pomiędzy rzeczywistością medialną, której były one sednem; a rzeczywistością realną, w której występują one w ilościach ujemnych. Na związkowych liderów zaś (zwłaszcza tego średniego szczebla) to jest jedyny sposób.

Dopóki nie poczują oni na plecach oddechu wściekłej załogi rzadko wykazują gotowość do zrobienia jakiegoś zamieszania, koniecznego często, dla obrony pracowniczych praw. W Polsce podminowali oni swój autorytet na tyle poważnie, że mogliśmy w ostatnich latach zaobserwować serię tzw. dzikich strajków, do których związki zawodowe później – często z niemałym trudem – się przyłączały. Dziś mają pewną okazję się zrehabilitować, ale nie wygląda na to, by liderzy (zwłaszcza średniego szczebla) byli tym przesadnie zainteresowani. Niemniej jednak zabrali się do poważnej roboty i to można im zapisać w pewnym sensie na plus. Teraz wypada uważnie obserwować, czy nie zechcą czasem zrejterować z pola walki przy pierwszej lepszej okazji, gdy pracodawcy i rząd rzucą jakiś ochłap. Zresztą jak na razie sytuacja jest rozwojowa – determinacja pracowników jest olbrzymia.

Naturalnie, wydarzenia ostatnich kilku miesięcy – nasilenie i rozszerzanie się protestów pracowniczych na coraz więcej grup zawodowych – sprowokowały niespotykaną dotąd falę cynicznych ataków na związki zawodowe. Zwłaszcza działacze związkowi stali się obiektem bezprecedensowych, obraźliwych, szyderczych, sarkastycznych, urągliwych, gorzkich i złośliwych - acz przy tym wszystkim mało wyrafinowanych - kpin. W takich wypadkach, nawet najgorsi przewodniczący zasługują na obronę. Niezależnie od krytyki na jaką ten czy inny działacz zasługuje, cała lewica ma obowiązek bronić związków zawodowych przed tymi bezpardonowymi atakami. Są one (związki, nie ataki!) instytucjonalną reprezentacją klasy pracowniczej! Pomimo, iż niektórzy mogą mieć uzasadnione zastrzeżenia do przewodniczącego X czy przewodniczącej Y, nie wolno włączać się w prawicowy młyn propagandowy i jednoczyć się z frontem kapitału. Wielu lewicowych aktywistów tego nie zrozumiało i popełnia fatalny błąd polityczny.

Nagle każdy dziennikarz (mowa o głównym nurcie oczywiście) stał się prawdziwym ekspertem w sprawach pracowniczych i związkowych. Największym z nich pozostawał dla mnie do dziś redaktor Fąfara – naczelny „Polski”, do którego zwróciłem się nawet z listem. Znalazł on jednak wyśmienitego konkurenta, z którym nie łatwo będzie mu się mierzyć. Mam na myśli Antoniego Kopffa – publicystę nieco mniej nakładowego pisma o wdzięcznej nazwie „Południe”. Nie, nie jest to magazyn poświęcony Wojnie Secesyjnej, choć gdyby był, to z pewnością – sądząc po osobliwościach wypisywanych przez tego autora – kibicowałby właśnie południu i Ku-Klux-Klanowi. Jest to gazetka bezpłatnie kolportowana w stolicy, w jej południowych, lewobrzeżnych dzielnicach. Można ją sobie wziąć ze sklepu, z kiosku, czasem steki roznoszone są po klatkach schodowych. Zjawisko teoretycznie bardzo pożądane, bo informacja – znów teoretycznie – staje się naprawdę powszechna. Niemniej razem z nią upowszechnia się również właściwy wizerunek właściwych instytucji – np. związków zawodowych.

Pan redaktor Antoni Kopff opublikował przaśną satyrę godną Kubusia Wojewódzkiego w jego najgorszych czasach. Oczywiście satyrę na związki zawodowe. Teraz, gdy wielkie media doniosły, iż są to instytucje wszechwładne – zabrali się za nie kabareciarze. Felieton Kopffa nosi tytuł „Tydzień działacza związkowego” i zapisany jest w formie niby-pamiętnika. Wynika z niego mniej więcej tyle, że działacz związkowy to bogaty, gruby koleś, który zajmuje się ciągłymi awanturami o to, że jego pijany kolega jeździł koparką. Wieczorami zaś facet ten je pasztet sztrasburski z truflami, a gdy jedzie na demonstracje (on lub jego żona) to mylą im się transparenty. Media – tak wynika z satyry Kopffa – pełnią rolę pasa transmisyjnego związków, bo zawsze pokazują je z najlepszej strony, tak by przywalić rządowi. I takie tam…

Abstrahuję już od skrajnie prawicowego wątku ukazywania pracowników jako konsumentów alkoholu niezdolnych do myślenia, a jedynie stadnej obrony i stadnych żądań. Powiem tylko, że nie różni się to wiele piętnowania innych grup, definiowanych według innych podziałów, np. Żydów albo Czarnych. Jeszcze bardziej bolesny wydaje bowiem dla przyzwoitego człowieka swoisty antyhumanitarny syfilis, który wyziera z tej wypowiedzi. Jest ona bowiem przesiąknięta na wskroś przekonaniem o bezwzględnej konieczności organizowania życia społecznego poprzez stałe dowalanie jednostkom bądź grupom i właściwe dozowanie tej przemocy, głównie ekonomicznej, choć – jak wynika z tekstu – fizyczna i psychiczna jest równie wskazana.

Szkoda jednak, że panu Kopffowi nie przyszło do głowy napisać dzienniczka pracodawcy, takiego ot zwykłego szefa. Zapewne ten nie jada trufli i pasztetów, a na respekt zasługuje choćby z tytułu takiego, iż w stanie upojenia alkoholowego nie jeździ koparką, tylko BMW. Zarabia zapewne trochę inaczej, a jeśli już, to na pewno nie 7000 PLN, które redaktor Kopff przypisał działaczowi „z centrali”, tylko 70000 minimum. Najgorsze zaś jest to, że tym, co jeżdżą po pijaku koparkami i wysyłają żony na strajk taki poczciwy szefunio musi zapłacić. W ogóle zachęcam pana redaktora do rozważań, czy istnieje jakiś obiektywny sens płacenia pracownikom? Albo może w ogóle zatrudniania ich? Po co zatrudniać ludzi, których jedynym celem jest jazda koparką w stanie wskazującym i latanie z omyłkowo dobranymi transparentami po Warszawie? Najlepiej by chyba było gdyby szefa uwolnić po prostu od tego proletariackiego ciężaru i pozostawić samopas. Wówczas każde przedsiębiorstwo zakwitnie!

A związkowcom radziłbym – jeśli wolno – tak: strajkować, strajkować i nie popuszczać! Nie słuchajcie bredni o tym, że nie ma pieniędzy. Jak są na Irak, Afganistan i Czad, to dla Was też się znajdą. Nie oglądajcie się na media, które piszą, że trzeba Was przerobić na konserwy – Wy to zrobicie z nimi, jak przejmiecie kiedyś władzę. Nie żałujcie sobie zażądać nawet 500% podwyżki – i tak dadzą Wam mniej. Żądajcie nawet niemożliwego, by od wroga wyrwać cokolwiek. I nie miejcie litości, pracodawcy i rząd jej nie mają i przy pierwszej lepszej okazji zechcą Was zniszczyć, bez skrupułów.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing