|
Według niektórych szacunków problem ubóstwa w Polsce może dotyczyć nawet 30% społeczeństwa. |
| Zjednoczona Europa bezrobotnych |
|
|
| Napisał(a): Wojciech Figiel [socjalizm.org] | |
| 28.05.2009. | |
|
Jedną z bardziej dokuczliwych konsekwencji kryzysu jest rosnące bezrobocie. Nie w Afryce, czy Azji, ale tutaj – w rzekomo cywilizowanej Europie – miliony ludzi tracą pracę. W warunkach gospodarki wolnorynkowej niewyobrażalny wręcz potencjał jest marnowany. Tak jednak być nie musi. Całkiem niedawno spotkałem dwójkę znajomych – on informatyk, ona zatrudniona w instytucji kulturalnej. "Kryzys? Jaki kryzys? Czy Ty widziałeś kogoś, kto ucierpiałby z powodu tego całego kryzysu? Kryzys to mają media, a uczciwi ludzie żyją i pracują jak do tej pory” – usłyszałem od kolegi informatyka w odpowiedzi na pytanie o skutki kryzysu w jego otoczeniu. Kilka tygodni później dowiedziałem się, że jego partnerka właśnie straciła pracę. Przytoczona powyżej anegdota to kolejny dowód na to jak bardzo kryzys stał się rzeczywistością dla milionów Europejczyków. W centrum uwagi wszystkich ekonomistów znajduje się spadek PKB. Istotnie, w tym roku ujemny przyrost PKB zanotują kraje takie jak Hiszpania (-3,2%), Francja (-3%), Wielka Brytania (-4,1%), Włochy (-4,4%) i Niemcy (-5,6%). (prognoza MFW, za „The Economist”, 09.05.2009) Na tym tle Polska nie wypada najgorzej. Ostatnie oświadczenia ministra Rostowskiego wskazują jednak, że przewidywany poziom wzrostu gospodarczego stale jest obniżany. Międzynarodowe instytucje szacują, że po raz pierwszy od II Wojny Światowej globalne PKB spadnie. Tak samo złowieszczo brzmią opublikowane przez Bank Światowy w marcu dane pokazujące, że po raz pierwszy od 70 lat zmaleje - i to aż o 9% - wymiana handlowa na świecie. Widmo masowego bezrobocia Konsekwencje spadku PKB i spadku handlu światowego odczuwać będzie każdy z nas. Bodaj najbardziej dotkliwą z nich jest narastające bezrobocie. Od stycznia 2008 do stycznia 2009 bezrobocie w krajach strefy euro wzrosło z 7,2% do 8,2%. Bezrobocie na terytorium całej Unii natomiast wynosiło odpowiednio 6,8% i 7,8%. (dane za „The Economist”, 14.03.2009) Najbardziej zjawisko to dotknęło gospodarki ogarnięte spekulacyjną bańką w sektorze budowlanym. W Hiszpanii stopa bezrobocia aktualnie wynosi już ponad 17%, a w Irlandii wzrosła z 5% do 10%. Bank Światowy szacuje, że tylko w krajach rozwijających się pracę w tym roku straci około 32 mln ludzi. Wielu ekonomistów przewiduje, że do 2010 roku w większości krajów grupy G20 (w tym Stany Zjednoczone, Japonia i Niemcy) wskaźnik bezrobocia przekroczy 10%. W wielu krajach uwidacznia się również kontrast między pracownikami zatrudnionymi na tzw. „śmieciowych” umowach oraz pracownikami zatrudnionymi na etat. Na przykład w Hiszpanii 1/3 pracowników już teraz zatrudniona jest na umowach, które starczy nie przedłużyć, aby zwolnić pracownika. I to właśnie dlatego stopa bezrobocia w Hiszpanii ma osiągnąć 20% do końca tego roku. Podobny problem ma np. Japonia, gdzie prawie 1/5 pracowników zatrudniana jest w sposób, który umożliwia wyrzucenie ich z pracy (a nawet pozbawienie mieszkania) w dowolnym momencie. Istnieje wreszcie kolejna wariacja bezrobocia – praca w ograniczonym wymiarze godzin. The Economist (14.03.2009) podaje, że przeciętny czas pracy w amerykańskich przedsiębiorstwach wynosi obecnie 33 godziny – najmniej od 70 lat. oczywiście redukcja liczby godzin wiąże się z redukcją płac. W ten właśnie sposób miliony pracowników muszą płacić żywym pieniądzem za spekulację i za anarchię systemu wolnorynkowego, w których nigdy nie uczestniczyły. Bezrobocie a sprawa polska Problem bezrobocia wydaje się jednak być ignorowany przez polski rząd. W wywiadzie dla GW z dn. 15.05.2009 Michał Boni, szef doradców premiera, stwierdził, że w Polsce bezrobocie rosnąć będzie w „rozsądnych proporcjach”, czyli około 1% na rok. Abstrahując już od aroganckiej i obraźliwej dla tysięcy zwalnianych pracowników formy tej wypowiedzi, należy stwierdzić, że jest ona co najmniej myląca. Ekonomiści i nawet byli ministrowie finansów twierdzą, że bezrobocie będzie rosło znacznie szybciej. Narodowy Bank Polski szacuje, że do końca 2010 roku bez pracy pozostawać będzie 13,7% aktywnej zawodowo populacji. Dziennik „Polska The Times” z 15.05 cytuje eksperta, który twierdzi, że do końca tego roku bezrobocie może sięgnąć nawet 15-16%. Ale nawet jeśli wziąć by za dobrą monetę prognozy rządu to, jak podkreśla były wiceminister finansów Stefan Kawalec, Polska gospodarka potrzebuje wzrostu rzędu 4%, by dać pracę wchodzącym na rynek młodym ludziom. Niedawno przeprowadzone badania wykazały, że w pierwszym kwartale tego roku zwolniono ponad 39 tys. pracowników. Związkowcy zaś szacują, że tylko do końca roku bez pracy będzie co najmniej 300.000 osób więcej. Jedyne, co ratuje Polskę przed nagłym powrotem do 20% stopy bezrobocia jest emigracja około 2 milionów ludzi. Najnowsze dane wskazywałyby na to, że zaledwie 10% Polaków chce wracać do kraju w dobie kryzysu. Gdy Polska ubiegała się o linię kredytową z MFW przez przeoczenie chyba nie dodano, że do Meksyku (jedynego kraju, który dostał podobną pożyczkę) zbliża Polskę najbardziej właśnie duża liczba emigrantów u bogatszych sąsiadów oraz stopień uzależnienia przeciętnego gospodarstwa domowego od przysyłanych przez nich dewiz. Skąd bierze się bezrobocie? Media głównego nurtu chętnie przytaczają dane dotyczące rosnącej liczby bezrobotnych. Z jeszcze większym entuzjazmem szukają winnych temu zjawisku. Zdaniem wszelkiego rodzaju komentatorów to „nieodpowiedzialni politycy”, którzy nie podejmują „trudnych, ale niezbędnych reform” są wszystkiemu winni. Szefowie bowiem w tej bajce zawsze są Kopciuszkiem, który dostaje po łbie od związkowej hołoty, nieodpowiedzialnych polityków i – czasem – chciwych giełdowych (lub bankowych) spekulantów. Te wygodne frazesy przysłaniają prawdziwy, bardzo niewygodny dla establishmentu stan rzeczy. Fundamentalne dla każdego kryzysu w kapitalizmie jest zjawisko tzw. nadprodukcji. Zakłady produkują więcej towaru, niż wolny rynek jest w stanie wchłonąć. Absurd tego zjawiska widzimy na co dzień. Jest za dużo żywności, a miliony ludzi na świecie głodują. Jest za dużo mieszkań, a bezdomni roją się na ulicach miast europejskich. Słowem – produkcja się nie opłaca, nie dlatego że nie ma odbiorców, ale dlatego, że nie można na niej zarobić. Dla kapitału jest tylko jedno wyjście. Trzeba zredukować koszty, aby dalej być konkurencyjnym na rynku. A ten cel najskuteczniej osiąga się poprzez redukcję zatrudnienia, ograniczanie uprawnień pracowników, uelastycznianie rynków etc. Rozwiązania tego typu są jednak promowane od bardzo dawna, a na szerszą skalę wcielane co najmniej przez ostatnie 30 lat. Na przykład sukces Niemiec jako eksportera kraj ten zawdzięcza drastycznemu zmniejszeniu kosztów zatrudnienia pracowników oraz zamrożeniu płac (por. „The Economist”, 09.05.2009). W rzeczywistości bowiem udział płac w PKB systematycznie spada. Np. dla Hiszpanii, jak podaje galicyjski lider związków zawodowych Xaquin Garcia Sinde, wskaźnik ten wynosił w 1997 52%, ale już w 2005 r. – jedynie 43%. Podczas, gdy pracownicy biednieją – szefowie się bogacą. Kryzys jest tylko kolejnym pretekstem do ograniczania uprawnień pracowniczych. Nie trzeba szukać daleko, żeby zilustrować to zjawisko. W uzgodnionych w marcu tego roku 13 punktach planu antykryzysowego znalazły się takie postulaty, jak przeznaczenie państwowych pieniędzy na dofinansowanie wypłacania wynagrodzeń, przedłużenie umów na czas określony do 24 miesięcy (pracodawcy sugerowali nawet 36 miesięcy!) oraz wprowadzenie 12-miesięcznego okresu rozliczania płac. Doprawdy naiwna jest wiara w to, że po dwóch latach pracowdawcy zrezygnują z tych zapisów. Zjawisko bezrobocia nie jest więc konieczne. Gospodarka może mieć wielu odbiorców i pracować dla społeczeństwa, a nie dla wąskiej grupy ludzi posiadających kontrolne pakiety akcji. Podstawowym problemem jest jednak sposób zarządzania gospodarką oraz w imię czyich interesów funkcjonuje ona. Dopóki kryterium będzie zysk szefa koncernu – bezrobocie będzie nieuniknione. Skuteczna walka z tym zjawiskiem oznacza zakwestionowanie tego sposobu organizacji gospodarki. Przed związkami zawodowymi stoi obecnie wybór. Albo zgodzić się na trwanie obecnego porządku ekonomicznego i tym samym na nieuniknione w jego ramach zjawiska, takie jak bezrobocie, albo też zmobilizować aktywistów oraz zwykłych pracowników, zagrożonych skutkami kryzysu, do walki o lepszy system gospodarczy, w którym to pracownicy, a nie szefowie, będą decydowali o losach przedsiębiorstw. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |