Zdrada lewicy koncesjonowanej. Co dalej? Drukuj Email
Napisał(a): Agata Rozenberg [socjalizm.org]   
20.12.2008.

Weto prezydenckie w sprawie ustawy o emeryturach pomostowych zostało odrzucone przez Sejm RP. Było to możliwe dzięki decyzji większości posłów Klubu Parlamentarnego Lewicy, choć swych głosów nie poskąpili także członkowie koła poselskiego Socjaldemokracja Polska – Nowa Lewica. Swój sprzeciw wobec antyspołecznego projektu PO wyrazili jedynie pojedynczy posłowie Sojuszu Lewicy Demokratycznej, w tym zasiadający w ławach sejmowych związkowcy. Wydarzenie to jest epizodem nie tylko wiele mówiącym o polskiej polityce, ale i pod wieloma względami kluczowym.

Platforma Obywatelska stawała na głowie, aby przeforsować odebranie praw do wcześniejszych emerytur ponad milionowi pracowników. Wobec niemożności porozumienia z posłami PiSu była zmuszona zwrócić się do oficjalnej socjaldemokracji - wprawdzie konsekwentnie wyśmiewanej i oczernianej w głównych mediach, a przez samą PO pogardzanej, ale w istniejącej konfiguracji parlamentarnej zdolnej do całkowitego odwrócenia sytuacji. Zachowanie polityków PO, zdeterminowanych, by zadowolić swój wywodzący się z warstw zamożnych elektorat, w świetle przytoczonych faktów nie dziwi. O wiele bardziej przepełnia niesmakiem (by nie użyć mocniejszych słów) zachowanie koncesjonowanej lewicy.
    
Decyzja SLD w sprawie głosowania została ujawniona praktycznie w ostatniej chwili. Do końca trwała dyskusja między zwolennikami i przeciwnikami weta, reprezentowanymi odpowiednio przez Grzegorza Napieralskiego i Wojciecha Olejniczaka. Zwycięstwo drugiej opcji - wprawdzie z symbolicznym zastrzeżeniem, że SLD skieruje ustawę do Trybunału Konstytucyjnego -  ukazuje głębię upadku kierownictwa Sojuszu. Jest to tym bardziej szokujące, jeśli uświadomimy sobie, iż wielu  mniej lub bardziej świadomych politycznie ludzi z sercem po lewej stronie upatrywało w Grzegorzu Napieralskim szansy na uratowanie tej partii. Z pozoru wiele zdawało się wskazywać na to, że jest on nadzieją lewego skrzydła SLD. Zradykalizował on język, którym partia ta mówiła do społeczeństwa, nastawiając go bardziej propracowniczo. To za jego czasów rozpadł się Klub Poselski Lewica i Demokraci. Wtedy to część lewicowego elektoratu zaczęła domniemywać, iż być może zerwanie politycznego porozumienia z neoliberalną Partią Demokratyczną sprawi, że w SLD wreszcie coś drgnie. Tego rodzaju domysły zdawały się potwierdzać – nowo założony klub poselski został nazwany „Lewicą”, a jego nowe logo – w całości czerwone, zamiast pomarańczowo – żółto – czerwonego – nazwiązuje m.in. do partii hiszpańskich i niemieckich socjaldemokratów. Również sposób, w jaki Napieralski komentował bieżące wydarzenia w kraju, zapewniał o swoim poparciu dla związków zawodowych, zadziwiał i napawał nadzieją. Wydawało się, że lider SLD zrozumiał, czego od tej partii oczekują pracownicy – jej naturalni wyborcy. Obecnie nadzieja ta prysła jak bańka mydlana.
    
Olejniczak uzasadnił swoje poparcie dla Platformy tym, że nieetyczne byłoby wpieranie przez SLD PiSu. Owszem, sojusz pomiędzy tymi partiami byłby dla koncesjonowanych socjaldemokratów strategią, oględnie mówiąc, mało przyszłościową. O zdradzie ideałów i innych jak się okazuje zupełnie abstrakcyjnych dla kierowników SLD pojęciach tego rodzaju nie warto wspominać. Niemniej w tym konkretnym przypadku frakcja byłego szefa Sojuszu otwarcie opowiedziała się przeciwko temu wszystkiemu, co oficjalnie stanowiło bazę programową SLD - działaniu prospołecznemu, współpracy z organizacjami pracowniczymi, wspieraniu postulatów związkowych, obrońcą czego stał się natomiast dość przypadkowo prawicowy prezydent.

Nie jest to oczywiście pierwszy przypadek działania, które całkowicie wyczerpuje definicję zdrady. Niemniej w tym wypadku mamy do czynienia z rejteradą z pola walki w momencie zdecydowanie kluczowym. Polski ruch pracowniczy po raz pierwszy od lat podjął tak zdeterminowaną walkę o swoje prawa; wykazał zdecydowanie, by powiedzieć neoliberałom stanowcze NIE. Manifestacje i protesty odbywały się nie tylko na bezprecedensową skalę, ale i pod wspólnym szyldem zjednoczonych central związkowych. Nadszedł moment, w którym jeden lewicowy sygnał ze strony parlamentarzystów SLD - w stronę których zwrócone były oczy wielu pracowników - wystarczyłby do dalszego wzmocnienia ruchu, a tym samym zatrzymania liberalnej ofensywy. Tego Platforma obawiała się na tyle, że podjęła negocjacje z SLD, jednak nie do tego stopnia, by zaoferować swoim „sojusznikom” realne korzyści. Tym bardziej oburza postępowanie rzekomych parlamentarnych obrońców wartości społecznych. Tak naprawdę dokonali oni zdrady pracowników praktycznie za darmo, zadali cios polskim robotnikom, a kto wie, czy nie dokończyli właśnie dzieła kopania własnego grobu. Tego rodzaju zachowanie było określane swego czasu przez Włodzimierza Lenina jako „socjalzdrada”, jednak tym razem to określenie wydaje się być nazbyt pobłażliwym. Co więcej, działacze SLD upiekli dwie pieczenie przy jednym ogniu – dokonali dzieła niszczenia własnej, i tak już kiepskiej reputacji, podnieśli za to przekonanie o tym, że ostatnim obrońcą praw pracowniczych został prezydent. Pamięć ludzka jest zawodna i niedawne działania Kaczyńskiego zdołały już przyćmić jego wcześniejsze zachowanie z czasów rządów PiS. Nie zmienia to jednak faktu, że Kaczyński daleki jest od głoszonych haseł solidaryzmu społecznego, nie mówiąc już o przypisywanym mu chętnie przez komentatorów TVN „socjalizmie”.

Nie lepiej w tej sytuacji zachowali się posłowie wydającego ostatnie tchnienia SdPlu, zrzeszeni w kole poselskim Socjaldemokracja Polska – Nowa Lewica. Głosowanie nad odrzuceniem prezydenckiego weta pokazało po raz kolejny, że oprócz nazwy nic nie odróżniało tej mikroskopijnej partii od matki, z którą w pewnym momencie ta postanowiła zerwać. Posłowie Platformy Obywatelskiej nie musieli nawet w jakiś bardziej szczególny sposób zabiegać o pomoc w głosowaniu, bowiem swojego poparcia dla neoliberalnej wizji emerytur pomostowych udzieli wszyscy członkowie tego koła, poza jednym pozytywnym wyjątkiem. Wierna ideałom lewicy i ruchowi pracowniczemu okazała się Zdzisława Janowska.
    
Nikomu nie jest potrzebna Platforma B - ani pracownikom, bo oni potrzebują organizacji, która realnie wesprze ich interesy, ani pracodawcom, bo oni maja już wierną ekipę Tuska i nie muszą zastępować jej mniej pewną partią. Nie byłoby również specjalnie zadziwiające, gdyby Platforma wycofała się nawet ze swoich mizernych obietnic - juz słychać takie głosy nawet z szeregów rządowych. SLD może funkcjonować na polskiej scenie politycznej, dopóki ma za sobą chociaż częściowe poparcie związków zawodowych oraz tych ludzi, którzy mają jeszcze chęć czynnie walczyć o lepszą przyszłość. Zdaje się, że zrozumiał to Napieralski - dlatego nakazywał poprzeć weto prezydenckie, nie iść na układ tyle upokarzający, co bezsensowny. Bo i co z tego, że dziś szefujący klubowi parlamentarnemu PO Zbigniew Chlebowski chwali SLD za odpowiedzialność i podjęcie decyzji w trosce najciężej pracujących ludzi. Jutro po pięknych słówkach nie będzie śladu, nagonka medialna i sejmowa marginalizacja zostaną po staremu, za to odchodzić zacznie żelazny do tej pory elektorat. Już teraz swoją legitymację SLD oddał wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Górników Wacław Czerkawski. Z pewnością nie będzie on ostatnim. Swoje niezadowolenie wobec zachowania posłów KP Lewica zdążył wyrazić już dość blisko współpracujący z Sojuszem Lewicy Demokratycznej OPZZ. Rada Województwa Dolnośląskiego wydała oświadczenie w którym poinformowała, iż wśród związkowców trwa obecnie burzliwa debata nad celowością dalszej współpracy z tą partią. Z kolei przewodniczący Związku Zawodowego „Budowlani” Zbigniew Janowski stwierdził, iż SLD powoli staje się lewym skrzydłem PO. Poza tym ukazał on iluzoryczność zawartego pomiędzy tymi partiami porozumienia, ponieważ wynegocjowane emerytury dla nauczycieli, które rzekomo również były motywacją do odrzucenia weta, będą wynosiły przeciętnie 1209 złotych brutto (!), a szumnie zapowiadanego pakietu osłonowo – promocyjnego 50+ nie ma i najprawdopodobniej nie będzie.
    
Rzadko zdarza się, by media pracownicze cytowały z uznaniem wypowiedzi polityków prawicy, których dorobek z sprawach społecznych jest powszechnie znany. Jednak ciężko nie zgodzić się z komentarzem Lecha Kaczyńskiego, który na wieść o ostatecznej decyzji klubu parlamentarnego Lewica powiedział: „Jaka lewica, taka decyzja”. Trudno też spierać się z Przemysławem Gosiewskim mówiącym o kupczeniu ideami (kwestię poszanowania dla deklarowanych idei w PiSie zostawmy chwilowo na boku). Chciałoby się tylko dodać - jakimi ideami? Jeśli w ostatnich latach w SLD funkcjonowały jeszcze jakieś idee, to nie na głosującej w sejmie górze (tu były tylko pojedyncze wyjątki), ale lokalnych organizacjach, których członkowie realnie poszukiwali alternatywnego programu politycznego i po niego przyszli do jedynej partii z lewicą w nazwie, którą uznali za godną zaufania. W tym kontekście postępowanie klubu parlamentarnego Lewica staje się szczególnie odrażające.
    
Jedno się nie zmienia: ruchowi masowemu potrzebny jest program i przywództwo. To pierwsze powoli się tworzy, gdyż instynktowne postulaty antyrządowe na naszych oczach przeradzają się w bardziej kompleksowe żądania - jeśli nie antykapitalistyczne, to z pewnością antyliberalne; rozumiejące, w czyim interesie działa PO.  Nadal jednak brakuje liderów - nie takich, którzy zdradzą ruch, ale tych, którzy wskażą mu najlepszą strategię działania, jednak nie poprzez narzucanie ludziom czegokolwiek, ale drogą dogłębnej analizy i cierpliwego przekonywania. Polscy pracownicy zasługują na poprawę swojego losu. Skoro SLD takim przywództwem być nie zamierza - tym bardziej potrzebna jest konsekwentna lewica.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing