Zatapianie stoczni Drukuj Email
Napisał(a): Agata Rozenberg [socjalizm.org]   
01.08.2008.

Polskie państwowe stocznie mają do wyboru – oddać do 12 września 5 mld „pomocy publicznej” i zbankrutować, lub się sprywatyzować (bo dokładnie tyle oznacza magiczne, powtarzane przez unijną komisarz Kroes słowo „restrukturyzacja”). Dla pracowników stoczni sprawa jest boleśnie prosta – upadłość zakładów oznacza zwolnienie całych załóg. Prywatyzacja i związane z nią wymagane ograniczenie mocy produkcyjnych to alternatywa dość nędzna, gdyż w tym wypadku zwolnieniom podlegnie „tylko” kilka tysięcy stoczniowców. Scenariusz to znany już z wielu zakładów w Polsce, m.in. z restrukturyzowanego na polecenie Unii hutnictwa.

Także ze sprywatyzowanej Stoczni Gdańskiej. Ukraińscy inwestorzy z ISD obiecywali nie tylko istny cud gospodarczy (przebudowę stoczni, modernizację produkcji), ale i podwyżkę płac dla tych pracowników, którzy pozostali na stanowiskach. Cudu nie było, a od lipca stoczniowcy mają dostać 30% pensji mniej – zapewne to miał na myśli prezes ISD, mówiąc o tym, że oczekuje, że załoga tak samo jak inwestor zaangażuje się w restrukturyzację.  Najbardziej bulwersuje jednak w całej historii fakt, że stocznie to również kolejny przykład zakładu pracy, którym przez wiele lat nikt – od początków transformacji - na serio nie chciał się zająć i uratować. Przy negocjacjach dotyczących wstąpienia do Unii o problemie stoczni i państwowego ich dotowania nawet nie wspomniano. Za czasów PiS na czele Stoczni Gdyńskiej stał zaufany człowiek Jarosława Kaczyńskiego, z wykształcenia ... etnograf. Zupełnie zaś zapomnieć można o takich środkach państwowego wsparcia, na jakie liczyć mogą zakłady w Korei i Chinach – tam władze krajowe wręcz pośredniczą w rozmowach między dostawcami stali a zakładem, by cena surowca nie rosła w trakcie realizowania przez stocznię kontraktów. Nawet szukając bliżej znajdujemy przykład niemiecki, gdzie państwo inwestowało i inwestuje w modernizację stoczni. W Polsce nad formą wspierania tych zakładów nawet nie prowadzono dyskusji. Kierujące zakładem zarządy z nadania kolejnych rządzących formacji interesowało co innego – mówią związkowcy. I to wszystko w sytuacji, kiedy agresywna konkurencja azjatycka coraz bardziej niepokoiła europejski przemysł stoczniowy i chociażby we wspomnianych Niemczech rządzący nie widzieli nic niestosownego,  by w związku z tym ratować rodzimy przemysł i miejsca pracy.
   
W Stoczni Gdynia doszło do sytuacji, że pracownicy otrzymywali wypłatę na raty. Tymczasem spółka Ray Car Carriers, w której rękach było 16% zakładowych akcji, zawarła z zarządem umowę o wykupie wyprodukowanych statków za 1/3 ich wartości po to, by następnie je korzystnie odsprzedać. Kilka lat wcześniej gdyńska stocznia, już poważnie zadłużona, straciła milion złotych na niepotrzebnych transakcjach ze spółką Złomrex, od której kupowała blachy kadłubowe płacąc 6% prowizji, chociaż mogła uzyskiwać je po niższej cenie od stowarzyszonej Huty Częstochowa. Dlaczego? Wiele wyjaśnia fakt, że ze Złomrexem związany był były prezes stoczni Janusz Szlanta, który zresztą, za wcześniejsze „osiągnięcia”, doczekał się procesu za działanie na szkodę zakładu. Wydarzenia te dobitnie pokazują, w jak głębokim poważaniu rządzący neoliberałowie mają majątek państwowy. Zapatrzeni w prywatyzacyjne dogmaty i perspektywy własnych korzyści ignorują zupełnie to, że sprawnie funkcjonujący państwowy zakład mógłby przynosić zyski z korzyścią dla wszystkich obywateli. A to, że stocznie, także bez prywatyzacji, mogłyby funkcjonować znakomicie, nie jest wymysłem broniących swoich posad związkowców (bo i taka interpretacja się pojawiła). Dowodziły tego analizy ekonomiczne jeszcze sprzed kilku lat, w których stocznie polskie zajmowały czołowe miejsca w rankingach światowych zakładów o podobnym profilu. W 2004 roku wylądowały na szóstym miejscu w zakresie ilości zamówień. W lecie 2007 miały kolejne zamówienia o wartości blisko 2 mln dolarów oraz perspektywy na następne. Dzisiaj mają celowo zmniejszać produkcję. Dla związkowców z kilku miejscowych central oczywiste jest, kto na tym skorzysta. Stocznie upadną, lub przynajmniej znajdą się w sytuacji, gdy potencjalny inwestor kupi je za przysłowiowe kilka groszy. Chętni się znajdą; stocznie są za dobrze położone, by miały umknąć uwadze wielkich koncernów. I to szczęśliwy nabywca będzie miał krociowe zyski z polskiego przemysłu stoczniowego, o którym kiedyś brytyjski The Journal of Commerce and Shipping Telegraph pisał, że gdyby przyznawano kiedyś nagrodę za największy postęp w budownictwie okrętowym po II wojnie światowej, to Polska, ze względu na swoje sukcesy, byłaby jednym z poważnych kandydatów do tego wyróżnienia. Dodajmy – sukcesy wypracowane przez całe pokolenia pracowników, dla których stocznia była wręcz gwarantem godnego życia całych rodzin.
   
Przedstawiany przez stoczniowców scenariusz uprawdopodobnił się poważnie, gdy pod koniec czerwca wyszło na jaw, że Odpowiedzialny w Unii za polskie stocznie Karl Soukup, głośno mówiący o ratowaniu stoczni i stabilnych miejscach pracy, nieoficjalnie zapytywał jednego z chętnych do zainwestowania w zakłady, dlaczego nie woli zaczekać do ogłoszenia bankructwa stoczni i wtedy kupić masę upadłościową za bezcen. Co więcej, zasugerował, że wówczas Unia mogłaby przyznać dodatkowe środki finansowe, na ... tworzenie miejsc pracy w ramach pomocy regionalnej (sic!). Całe to wydarzenie wiele mówi o charakterze obecnej Unii Europejskiej, która – choć tak chętnie oskarżana przez neoliberałów o „socjalizm”  - w podobnych sprawach zawsze brała stronę pracodawców. Ci ostatni czują się na tyle pewnie, by w omawianym przypadku posłużyć się dodatkowo szantażem. Nie sprzedacie nam stoczni – wycofamy się ze Stoczni Gdańskiej i doprowadzimy ją do upadłości! gromko oświadczyli włodarze koncernu ISD. Zapomnieli już, że kilka lat temu, wchodząc do tej samej stoczni, zapraszali wszystkich do wspólnej pracy i dzielenia jej owoców. Notabene, już determinacja, z jaką zagraniczni kapitaliści dążą do zakupu stoczni (wg ministra skarbu już zgłosiło się 12 poważnych ofert) wskazuje na prawdziwą wartość tego zakładu i jego produkcji, którą polskie kolejne rządy bez mrugnięcia okiem zmarnowały.
   
Tę ostatnią tworzą w pierwszym rzędzie pracownicy. Garstka z dawnej załogi stoczni, która przetrwała kolejne redukcje etatów przeprowadzane przez kolejne zarządy. O nowych chętnych do pracy, w tym specjalistów, ciężko, bo wykwalifikowani pracownicy wolą wyjeżdżać do zagranicznych stoczni, niż w kraju harować za grosze. Ci, którzy zostali, na co dzień widzą finansowe kłopoty zakładu. Bo Stoczni Gdynia brakuje na ochronę, odzież roboczą, fundusz socjalny od dawna świeci pustkami, ośrodki wypoczynkowe dla pracowników w większości zostały zamknięte. Tymczasem członkowie zarządów nie narzekają. Dawni i obecni włodarze stoczni – nieważne, spod jakiego szyldu – obecnie wzajemnie obrzucają się błotem i zrzucają na wszystkich pozostałych winę za tragedię stoczni. Uśmiechnięty jak zawsze Donald Tusk zapewnia, że jest program uratowania stoczni, jest inwestor, a jeśli nawet się wycofa, to i tak Ministerstwo Skarbu opracował plan B. Zabrała oczywiście głos Gazeta Wyborcza, atakując związkowców i atakując rząd za to, że ... udzielił stoczniom pomocy publicznej. Trzeba było prywatyzować od razu – głosi dyżurny niezależny ekspert Witold Orłowski. Nikt nie chce tylko powiedzieć, ilu ludzi straci pracę, bo to, że istotny procent załogi pójdzie na bezrobocie, jest już przesądzone. Unia zarządziła bowiem ograniczenie produkcji, a Ministerstwo Skarbu w związku z tym widzi możliwość utrzymania stoczni tylko pod warunkiem połączenia zakładów w Gdańsku i Gdyni. Podobne milczenie panuje w kwestii istotnej części pomocy publicznej, którą być może stocznie będą zmuszone oddać. Wiadomo, że Stocznia Gdańska otrzymała formalnie 740 mln, a na jej konto wpłynęło 50, co wskazują także niezależni audytorzy. Z innymi kwotami są równie poważne wątpliwości. Gdy Gazeta Wyborcza załamuje ręce nad ilością zmarnowanych rzekomo przez Skarb Państwa pieniędzy, szacując je już nie na pięć, a na 12 mld złotych, związkowcy wskazują, że w dużej mierze były one wirtualne. Mówią, że wiele z udzielonych przez Ministerstwo Skarbu gwarancji finansowych tak naprawdę nie kosztowało kraj ani grosza, prowizje za ich wystawianie płaciła za to... stocznia. W dodatku katastroficzne wypowiedzi polityków utrudniały zdaniem związkowców otrzymywanie np. kredytów bankowych, psując zakładowi opinię. Niesłusznie, gdyż opinia, że polskie statki należą do najlepszych na świecie, podzielana jest nie tylko przez pracowników, ale i wielu armatorów z całego świata. Tymczasem realna pomoc dla stoczni szacowana jest przez związkowców na miliard-półtora miliarda złotych. Po co zatem obecne manipulacje? Tu również pracownicy nie mają złudzeń. Po raz kolejny obserwujemy skłócanie społeczeństwa, nastawianie innych pracowników przeciwko stoczniowcom, niszczenie i tak słabej w Polsce międzybranżowej solidarności. Kto na tym skorzysta? Na pewno nie pracownicy.
   
Stoczniowcy podjęli walkę. Na ulicach Trójmiasta demonstrowało kilka tysięcy osób. - Znajdzie się kij na Platformy ryj! - wołali związkowcy w czasie solidarnej manifestacji wszystkich organizacji działających w stoczniach; te i podobne hasła pokazywały, że nie dali się oszukać słodkim słówkom Donalda Tuska i Aleksandra Grada. Na co jednak mogą realnie liczyć? Na pewno nie na wsparcie dla państwowego zakładu, bo na ratowanie stoczni w dotychczasowym kształcie najwyraźniej jest już za późno, zwłaszcza że Unia Europejska wyraźnie nie chce o tym słyszeć. Rzecz rozstrzygnie się we wrześniu, rękami unijnych komisarzy, którzy – choć rzucają na prawo i lewo piękne słowa o „tworzeniu stabilnych miejsc pracy”  czy „rozsądnej restrukturyzacji” - nie wezmą strony pracowników w konflikcie z kapitalistą. Sprawa stoczni pozostaje wielką i trudną lekcją funkcjonowania systemu kapitalistycznego, z której nie wolno nie wyciągnąć wniosków na przyszłość.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing