|
Poziom produkcji w naszym kraju w 2003 roku był o 60% wyższy niż w 1989. Jednocześnie realne płace pozostały na właściwie nie zmienionym poziomie. |
| Spokojnie, to tylko wybory |
|
|
| Napisał(a): Tomasz Rafał Wiśniewski [Nowy Tygodnik Popularny] | |
| 07.03.2008. | |
Spośród wszystkich powszechnie uznawanych za demokratyczne krajów na świecie, Stany Zjednoczone posiadają niewątpliwie najmniej demokratyczny system wyborczy. Nie jest on ani proporcjonalny, ani większościowy, ani nawet niezależny od zewnętrznych nacisków instytucjonalnych. Od czasów słynnej decyzji Sądu Najwyższego o przerwaniu liczenia głosów na Florydzie, nikt już nawet nie udaje, że w amerykańskich wyborach chodzi o wyłonienie reprezentatywnej władzy wykonawczej bądź prawodawczej.Nieprawdopodobna skala komercjalizacji kampanii wyborczej prowadzi dziś do sytuacji, że tylko dysponując ogromnym funduszem wyborczym, pozyskiwanym z zasady poprzez praktyki cynicznego omijania rozlicznych ograniczeń nakładanych przez niespójne regulacje prawne, można realnie myśleć o odegraniu w procesie elekcyjnym jakiejkolwiek roli. Poziom świadomości obywatelskiej i politycznej statystycznego Amerykanina uniemożliwia prowadzenie jakiejkolwiek merytorycznej kampanii wyborczej, a systematycznie obniżający się odsetek obywateli zainteresowanych udziałem w wyborach z założenia sytuuje ewentualnego prezydenta bądź kongresmena w pozycji reprezentanta mniejszości. Mimo tych oczywistych faktów, cyklicznie odbywający się spektakl wyborczy ogniskuje na sobie ogromną uwagę międzynarodowych mediów choćby z tej przyczyny, że bez względu na jakość obowiązujących w nim standardów, przy których Białoruś Łukaszenki może się wydawać oazą demokracji, ostateczny jego wynik jest już od ponad pół wieku jednym z najważniejszych czynników kształtujących sytuację międzynarodową. Również obecne wybory prezydenckie, których merytoryczna miałkość bije nawet amerykańskie rekordy nijakości, obserwowane są przez międzynarodową opinię publiczną z ogromną uwagą. Spektakularność tegorocznego wyborczego cyrku doskonale wpisuje się w schemat konstruujący kołtuńską mentalność tzw. statystycznego obserwatora sceny politycznej, który nie usiłując nawet wnikać w rzeczywiste treści programowe prezentowane przez poszczególnych kandydatów podchodzi jednocześnie z ogromną dozą emocji do zagadnień tak niezwykłej wagi jak płeć i rasa ewentualnego przyszłego prezydenta. Sprawa jest o tyle bardziej ekscytująca, że ośmioletnie rządy Busha juniora na długo wyleczyły wszystkich myślących Amerykanów z jakichkolwiek złudzeń wiązanych z ideową ofertą republikanów i wydaje się obecnie sprawą raczej przesądzoną, iż kolejnym amerykańskim prezydentem będzie przedstawiciel demokratów. Pozostaje zadać sobie pytanie, czy cokolwiek z tego faktu wynika. Jest rzeczą oczywistą, szczególnie po wycofaniu swojej kandydatury przez Johna Edwardsa, iż walka o amerykańską prezydenturę rozstrzygnie się w pojedynku między Barackiem Obamą a Hillary Clinton. Oboje demokratyczni kandydaci zdają sobie z tego doskonale sprawę i dlatego też od pewnego już czasu ograniczają się oni wyłącznie do wzajemnych, coraz mniej wysublimowanych ataków, w których wszystkie chwyty, łącznie z tymi, które odwołują się do najgorszych pokładów wyborczej podświadomości, wydają się dozwolone. Nośność medialna wizji „pierwszej kobiety-prezydent” jest teoretycznie porównywalna z obrazem „pierwszego czarnego prezydenta” jednak w amerykańskiej rzeczywistości była prezydentowa wydaje się mieć zdecydowanie większe szanse. Przede wszystkim, jakkolwiek Amerykanie są równie seksistowscy, co rasistowscy, potencjalni wyborcy demokratyczni prędzej przełkną „emancypacyjną” figurę kobiety u władzy, niż zaakceptują koncept „czarnucha” jako naczelnego wodza niezwyciężonej US Army. Trzeba pamiętać, że elektorat demokratów, to nie tylko „białe kołnierzyki” ze Wschodniego Wybrzeża, ale również przedstawiciele Białego Południa, wśród którego tradycyjny rasizm rodem z propagandowych broszurek Ku-Klux-Klanu czuje się w dalszym ciągu równie dobrze, jak antysemityzm wśród Polaków. Hillary Clinton jest także ostatecznie łatwiejsza do zaakceptowania przez ewentualnych wyborców nazywanych tradycyjnie (i całkiem trafnie!) „niezdecydowanymi”, co niewątpliwie nie może ujść uwagi wyborczego aparatu Demokratów. Barack Obama miałby być może szansę na historyczną mobilizację ogromnych rzesz ludności kolorowej i zapewnienie sobie w ten sposób ostatecznego triumfu, jednak w takiej sytuacji musiałby sięgnąć do dalece bardziej radykalnego dyskursu politycznego, niż ten, na który można sobie pozwolić w trakcie amerykańskiej kampanii wyborczej. Właśnie ten brak społecznego radykalizmu, a nie rzekomy rasowy „integryzm” społeczności kolorowej sprawia już dziś, iż podstawowym zarzutem stawianym Obamie przez spore odłamy Afroamerykanów jest stwierdzenie, że jest on „niedostatecznie Czarny”. Jeśli chodzi o międzynarodowe reperkusje obecnych amerykańskich wyborów, nie można mieć żadnych złudzeń, iż zmiana ekipy zasiadającej w Białym Domu zmieni cokolwiek. Żaden z poważnych kandydatów nie podważa w najmniejszym stopniu agresywnego kursu imperialistycznego przyjętego przez obecną administrację i byłoby skrajną naiwnością twierdzić, iż na przykład ewentualne zwycięstwo Obamy doprowadziłoby do zakończenia okupacji Iraku czy Afganistanu. Jakkolwiek amerykańska polityka międzynarodowa przybiera każdorazowo twarz urzędującego prezydenta, jej rzeczywistą treść stanowią zawsze interesy dominujących w danym momencie ugrupowań wielkiego kapitału, z których obecnie żadne nie przewiduje zasadniczej rewizji realizowanej przez USA polityki. Demokratyczna kontrola nad polityką zagraniczną jest czystą iluzją w całym świecie mieszczańskiego liberalizmu, jednak przypadek amerykański jest nawet w tym paradygmacie swoistym wyjątkiem. Strategiczne posunięcia Waszyngtonu na arenie międzynarodowej nigdy nie stanowiły przedmiotu poważnej debaty społecznej choćby z tej przyczyny, iż żadna poważna siła polityczna w Stanach Zjednoczonych nie jest tym zainteresowana. Zyski czerpane z imperialistycznego wyzysku stanowią zbyt poważną część amerykańskiego dochodu narodowego, by jego istotę poddawać pod głosowanie. W tej sytuacji, amerykańscy chłopcy zaprowadzający swoją wizję światowego ładu mogą najspokojniej w świecie oczekiwać kolejnych spektakli wyborczych i co najwyżej liczyć na to, iż kolejna administracja będzie bardziej racjonalnie rozporządzać militarną siłą światowej superpotęgi. Reszta globu również może zająć się czym innym, niż śledzeniem kolejnych prawyborów. Po każdym „super-wtorku” następuje bowiem zwykła środa znaczona konfliktami, których rozstrzygnięcie nie leży w gestii i tak ostatecznie anonimowych elektorów. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |