|
Zbrojna agresja na Irak kosztowała życie tysięcy niewinnych istot ludzkich. Wielce prawdopodobne jest, że "wyzwolenie", które sprezentowali Irakijczykom Amerykanie i ich europejscy giermkowie pochłonie znacznie więcej ofiar. Któż policzy rannych zmarłych z braku opieki lekarskiej w zniszczonych i rozgrabionych szpitalach, ofiary odcięcia dostaw wody i prądu (elektrycznością poruszane są urządzenia w stacjach uzdatniania wody bez, których w tamtejszym klimacie wodociągi są jedynie wylęgarnią zabójczych epidemii), bandyckiej przemocy na ulicach Bagdadu czy po prostu głodu, którego nie zniweluje żadna pomoc humanitarna, do której zresztą zwycięzcom się nie spieszy? Jest oczywiste, iż w tak koszmarnej sytuacji zajmowanie się czymś innym niż losem milionów cierpiących ludzi zakrawa na brak elementarnej wrażliwości moralnej. Niemniej pamiętać trzeba, że tragedia Iraku dotyka także spuścizny kulturalnej tego kraju, która przecież należy do najcenniejszego dziedzictwa całej ludzkości.
Jeszcze przed wojną eksperci z licznych ośrodków badawczych na całym świecie ostrzegali, że działania zbrojne muszą przynieść zniszczenia w substancji archeologicznej i niezwykle bogatych zasobach muzealnych Iraku. Archeolodzy i historycy podkreślali, że nawet najbardziej inteligentna, dodajmy inteligentnie użyta, broń nie jest w stanie zagwarantować zminimalizowania stopnia ewentualnych zniszczeń. Obawy te nie były przesadzone.
Irak jest bowiem kolebką ludzkiej cywilizacji. Historia zorganizowanych społeczeństw na terenach położonych między Tygrysem i Eufratem sięga siedmiu tysięcy lat przed naszą erą. Na przełomie czwartego i trzeciego tysiąclecia p.n.e doszło tu do przełomu kulturowego od którego zaczęły się dzieje naszej cywilizacji. Było to blisko tysiąc lat przed pierwszymi egipskimi piramidami. Parafrazując znane choć historycznie fałszywe powiedzenie trzeba stwierdzić, że wszystkie drogi prowadzą do Mezopotamii. Ściślej do rejonu współczesnych miast Nasirija, Amara, Kerbala, Al-Kut. To tutaj wynaleziono pierwsze w historii ludzkości pismo klinowe, tutaj rozwinęła się astronomia, tutaj powstały pierwsze miasta zbudowane przez Sumerów - Ur, Uruk, Eridu, Nippur, Kisz. Tutaj też po raz pierwszy zastosowano koło oraz koło garncarskie. W początkach III tysiąclecia p.n.e używano w Mezopotamii pojazdów dwu i czterokołowych.
Dzięki opanowaniu technologii uprawy zboża i nadwyżkom w jego produkcji, Sumerowie stali się też wynalazcami piwa (już w IV tysiącleciu p.n.e). Kolejne rozwijające się na terenie Mezopotamii kultury stworzyły państwową administrację i biurokrację, po których pozostała bogata dokumentacja zebrana na glinianych tabliczkach. Najbardziej znanym dziedzictwem cywilizacyjnym dzisiejszego Iraku jest niewątpliwie literacki epos o królu Uruk Gilgameszu Kodeks Hammurabiego. Powstały w XVIII wieku p.n.e Kodeks jest najstarszym zbiorem praw w dziejach. Niemniej ważna i fascynująca jest późniejsza historia regionu. Po Sumerach (ok. 2000 lat p.n.e) Mezopotamią rządzili Asyryjczycy, których dziełem są miasta takie jak Aszur i Niniwa, a przede wszystkim Babilon (założone ok 2700 lat p.n. e) ze słynnymi wiszącymi ogrodami Semiramidy (VII wiek p.n.e). W tym zacnym towarzystwie Bagdad wydaje się oseskiem. Założony w drugiej połowie VIII wieku n.e. może się pochwalić murami i cytadelą z pałacem Abbasydów z XII-XIII wieku oraz licznymi zabytkami z późniejszych czasów. Niemniej jednak kraje takie jak Polska, których historia zaczęła się 200 lat po zbudowaniu Bagdadu miałyby czego zazdrościć Irakowi nawet gdyby nie było Mezopotamii. Wszak żadne z miast Europy środkowo-wschodniej nie może się poszczycić mianem centrum cywilizacji. Natomiast należy się ono bezsprzecznie Bagdadowi w okresie rozkwitu Kalifatu Ummajadów i Abbasydów. To przecież stąd płynęły do pogrążonej w mrokach średniowiecza Europy impulsy, które po wiekach zaowocowały renesansem.
Długie dzieje Mezopotamii sprawiły, że liczba stanowisk archeologicznych na terenie dzisiejszego Iraku jest bodaj największa na świecie. Właściwie nie ma tam miejsc czy miejscowości, które nie byłyby zabytkami. W południowej części kraju każde wzniesienie uznawane jest za obiekt archeologiczny. Ostrożne szacunki określają liczbę stanowisk archeologicznych na, bagatela, 25000. Ocenia się przy tym, że zaledwie 15% substancji archeologicznej tego kraju zostało dotychczas rozpoznane i opisane. Na przykład w Uruk wydobyto zaledwie 5% spośród istniejących tam zabytków. Nawet jednak tak niewielki procent odkrytych obiektów wystarcza by zbiory irackich muzeów zaliczyć do najważniejszych i najbogtszych w świecie. Nawet systematyczne rabunki uprawiane przez europejskich odkrywców w czasach kolonialnych (pierwsza połowa XX stulecia), dzięki którym np. w berlińskim muzeum pergamońskim można podziwiać wspaniałe mury Babilonu nie zmieniły tego stanu rzeczy. Ze zbiorami Muzeum Narodowego w Bagdadzie mogły się do niedawna porównywać jedynie francuski Luwr i angielskie British Museum. Do niedawna, wiadomo już bowiem, że bagdadzkie zbiory przestały istnieć.
Nie ochroniła ich konwencja haska z 1954 roku o ochronie dóbr kultury w czasie wojny. Jedyne supermocarstwo potraktowało ten dokument dokładnie tak jak konwencję w sprawie produkcji min, czy Międzynarodowy Trybunał Karny czy dziesiątki innych międzynarodowych rozwiązań prawnych, które władcy Waszyngtonu uznają za psujące ich dobry humor i poczucie bezkarności. Nie wiadomo ile zabytków zniszczono podczas działań w terenie, choć zważywszy na gęstość ich rozmieszczenia można mówić o dziesiątkach tysięcy. By zdać sobie sprawę ze skali zniszczeń wystarczy świadomość, że używane przez Amerykanów superciężkie bomby poruszają ziemię dziesiątki metrów w głąb.
Muzeum bagdadzkie nie padło ofiarą bombardowania. Zostało ograbione po i dzięki "wyzwoleniu" miasta przez US-Army. Ponoć nie uczynili tego "wyzwoliciele", ale tym gorzej dla nich. W tym wypadku obojętność może być gorsza od samej grabieży świadczy bowiem w najlepszym razie o niewybaczalnej ignorancji, w najgorszym zaś o zwykłym barbarzyństwie. Watahy uzbrojonych zbirów, które nie przypadkowo chyba powitały amerykańskich chłopców jak swoich przetrząsnęły muzealne sale. Pierwsze oceny mówiły o zatrważającej liczbie stu tysięcy zrabowanych i częściowo zniszczonych obiektów. Podczas grabieży oddziały "wyzwolicieli" zajęte były ochranianiem obiektów związanych z eksploatacją ropy naftowej. Zapewne dla żołdaków wychowanych na przygodach myszki Miki podobnie zresztą jak dla dowodzącego nimi konsumenta precelków zdolnego do przeczytania jedynie rubryki sportowej w codziennej gazecie zapach ropy bardziej kojarzy się z wartością (dodajmy-wymienną) niźli zatęchła woń muzeów. Nie zmniejsza to jednak ich odpowiedzialności za zbrodnię przeciw kulturowemu dziedzictwu Iraku. Tym bardziej, że jak wszystko na to wskazuje, już wkrótce zrabowane pod nosem marines dzieła trafią na rynki sztuki w Stanach i w... Izraelu. Może więc jednak dzielni wojacy nie byli tacy zajęci naftą? Może prócz przyzwolenia dla rabusiów dali też dowody specyficznie amerykańskiej wrażliwości na dzieła sztuki? |