Kronika zrywu ludowego Drukuj Email
Napisał(a): Raúl Martínez   
18.06.2002.

Wydarzenia, jakie rozegrały się w Boliwariańskiej Republice Wenezueli w ciągu 72 godzin, wskazują na pewien fakt społeczny – na to, jaką rolę odgrywa lud, ów „suweren”, o którym czasami się wspomina, a którego rzadko bierze się pod uwagę jako podstawowy czynnik decydujący o najchwalebniejszych kartach dziejów.

Ta relacja nie pretenduje do głębokiej analizy społecznej tego historycznego faktu społecznego, bo mówi jedynie o rozmaitych elementach, które składają się na lud jako aktora społecznego – o mężczyznach i kobietach, którzy kierując się swoją mądrością i wiarą, i rzucając na szalę swoją krew i wysiłek sprawili, że zakusy imperializmu i rodzimej oligarchii zderzyły się ze zrywem ponad 3 mln ludzi – w Maracay, Puerto Cabello, stanie Táchira, Meridzie, Oriente i Caracas – i że zryw ten, zapewnił powrót prezydenta Hugo Chaveza Fríasa do pałacu Miraflores.

Najpierw ten bohaterski lud wytrzymał szturmy policji stołecznej, podległej opozycyjnemu burmistrzowi, czego wynikiem było 13 zabitych. Wytrwał do ostatka swoich sił, bijąc się kamieniami i kijami z mordercami, którzy usiłowali utorować drogę do pałacu prezydenckiego ciżbie „paskud” – tak nazywał swoich wrogów – brocząc krwią pod ostrzałem strzelców wyborowych, bezbronny i rozgorączkowany i krzyczący: NO PASARÁN.

Ten sam lud wydał ze swojego łona ruch oporu, podczas gdy zachłyśnięci zdobytą władzą faszyści popisywali się napadając na mieszkania urzędników państwowych, ministrów i przywódców rewolucji oraz obdzierali ich z najbardziej elementarnych praw.

Może uczynił to wtedy, gdy ujrzał w telewizji, jak policja śledcza aresztowała ministra spraw wewnętrznych Rodrigueza Chacina wraz z burmistrzem Leopoldo Lopezem i zamiast chronić ich przed ciżbą prowokatorów przystała na ich żądania, aby wyprowadzono ich z domu w kajdankach i pozwoliła tej ciżbie rzucić się na nich z pięściami.

A może na widok żałosnego widowiska, jakie urządził szykujący się na dyktatora Pedro Carmona Estanca, którego lud nazwał już „Piotrem Krótkim”, a który w pierwszym dekrecie mianował się prezydentem, w drugim zaś, korzystając z pełni władzy, którą sam sobie nadał, skreślił z nazwy republiki przymiotnik „boliwariańska”.

A może wtedy, gdy jednym pociągnięciem pióra anulował 42 ustawy, korzystne m.in. dla drobnych rybaków i drobnych rolników? Może z powodu wydarzeń, których nie mógł znieść, a które rozegrały się u drzwi ambasady Kuby, gdzie w najlepszym stylu „robactwa” kubańskiego z Miami, „paskudy” pod wodzą Caprilesa Radonsky’ego, wybitnego przywódcy burżuazji stołecznej, usiłowali ograbić budynek i napaść na funkcjonariuszy bratniego kraju?

Co sprawiło, że prosty lud Wenezueli zaczął komentować swoje gniewne nastroje i wraz z upływem godzin zamieniać je w organizację?

Nie wiem – wiem tylko, że ludzie zaczęli dzwonić do radia Wiara i Radość (należy ono do środowisk chrześcijańskich), w którym nie wprowadzono jeszcze cenzury i w prostych słowach stwierdzali, że nie rozumieją, dlaczego nastał czas niesprawiedliwości i nietolerancji.

Następnie zwoływano się z ust do ust, przy bezcennym wkładzie takich radiostacji i telewizji społeczności lokalnych, jak Radio Perola i TV Catia w dzielnicy ludowej Caricuao, które transmitowały ból przechodzący w lament i nie odbijający się żadnym echem w „normalnych” mediach.

Za pośrednictwem prymitywnych głośników zainstalowanych na samochodach krążących po ludnych dzielnicach wezwano lud, aby towarzyszył staruszkom, które zbierały się dziesiątkami pod fortem Tiuna, gdzie rzekomo trzymano uprowadzonego komendanta-prezydenta, aby modlić się o jego życie.

Sieć telefonów komórkowych mnożyła postulaty i apele.

To wszystko sprawiło, że ruch oporu narastał niczym burza piaskowa pośród brutalnych represji, zamieniając bójkę w barykadę i zmuszając dzielną policję stołeczną do porzucenia komisariatów.

Nie domagano się już, aby aresztowanych i prześladowanych pozostawiono przy życiu, lecz żądano rezygnacji uzurpatorów.

To wszystko spotęgował opór stawiany przez tych, którzy odmawiali oddania władzy. Do postawy zajętej przez takich ludzi, jak gubernator stanu Táchira, prezes Sądu Najwyższego, prokurator generalny republiki lub tacy burmistrzowie, jak Fredy Bernal z gminy Libertador w Caracas – jeden z najbardziej poszukiwanych urzędników – wiceprezydent Diosdado Cabello i sam prezydent Hugo Chavez, doszła niezłomna wola wielu dowódców sił zbrojnych, aby nie strzelać do ludu i uszanować konstytucję, którą on uchwalił.

To wszystko, całe to zjawisko polityczno-społeczne, rozgrywało się w zawrotnym tempie na moich oczach, pośród potyczek i dyskusji. W sobotę 13 kwietnia o 16, pośród mobilizacji ludu, który bijąc w puste garnki, trąbiąc i wznosząc hasła tysiącami nadciągał pod pałac Miraflores, ujrzałem, jak na tarasach pomieszczeń dla wojska żołnierze wyrzucają hełmy, zakładają czerwone berety i wymachując karabinami i flagami wenezuelskimi pozdrawiają lud podniesioną pięścią.

Potem już była pewność zwycięstwa, namiętność, wzruszenie, pamięć o poległych i donośny krzyk, który rozszedł się ponad granicami: LIBERTAD.

 

Tłumaczył: Zbigniew Marcin Kowalewski

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing