Brytyjska beznadzieja prywatyzacyjna Drukuj Email
Napisał(a): Błażej Sadowski   
20.03.2008.

Nigdy nie widziałem podobnie brzydkiego i bezdusznego miasta jak Londyn. Zauważa się tu od razu liberalną gospodarkę i prawie całkowicie sprywatyzowany sektor usług, który działa o wiele gorzej niż w Polsce. Jednym z tak zaniedbanych sektorów jest transport. Na tym przykładzie najlepiej widać, jak prywatyzacja może zaszkodzić działaniu przedsiębiorstw, które powinny służyć ludziom. Koleje i autobusy są prywatne.
 
Miasto jest przede wszystkim społecznością nią zaś rządzą szczególnie skomplikowane zależności. Do prawidłowego funkcjonowania takiego systemu potrzebne jest bardzo sprawne zarządzanie. W Londynie tak nie jest. Transport jest jak krew w żywym organizmie. Jak człowiek ma serce, które pompuje krew, tak miasta przedsiębiorstwa komunikacji miejskiej. Powinny to być firmy komunalne, bo wszak ich zadaniem nie jest wypracowywanie zysku, tylko służba miastu, by funkcjonowało ono sprawnie. Jeśli transport miejski zostanie poddany zasadom wolnorynkowym, priorytety dla tej firmy zmienią się.  

W moim mieście, Bydgoszczy, rozpisano przetarg na obsługę jednej linii. Od czasu, kiedy obsługę tej linii przejęła prywatna firma, na jej trasę wyjechały wieloletnie graty, a kilka dni mrozu spowodowało paraliż na trasie. Czy ktoś kupi bilet, nie jest takie oczywiste. Kolejną firmą, jaka weszła na rynek w Bydgoszczy, jest Arria, jest to zakład obsługujący trasy kolejowe, a dzięki niej pociągi są zimne, stare i nigdy nie jeżdżą na czas. To przykład skutków prywatyzacji.  

Mieszkam obecnie w Londynie. Jeżdżę do pracy pociągami oraz metrem. Nie było dnia, by którykolwiek ze środków transportu się nie spóźnił. Spóźnia się absolutnie wszystko. Skomunikowanie poszczególnych środków transportu jest zerowe. Za różne linie autobusowe odpowiadają różne firmy. Po torach jeżdżą pociągi najróżniejszych firm. Oczywiście każda jeździ tak, jak jej wygodnie, wszak działa tylko w imię zysku. Pociągi są brudne i powolne. PKP oczywiście nie ma lepszych, ale różnica w PKB obu krajów jest wielka – to powinno przekładać się na różnicę w komforcie jazdy. A jaki ja mam wybór jako konsument? Iść pieszo albo jechać własnym autem przez zapchane miasto. Oto rynek i konkurencja! Nie to jest jednak najgorsze. Ceny.  

Podróż pociągiem może tu zrujnować każdego, kto chce przemierzać dłuższe trasy. Bo każda firma ma inne taryfy i swoje bilety. Komplikacja systemu sięga granic ludzkiej wyobraźni. Bo jak w dziesięciomilionowej metropolii skoordynować system, w którym działa kilkanaście firm, a każda dąży tylko do maksymalizacji zysku? Wygląda to mniej więcej tak, jakbyśmy z Warszawy chcieli dojechać do Gdańska. Idziemy do kasy, a tu niespodzianka – nasza firma nie obsługuje tego połączenia. Idziemy do drugiej kasy. Tak, tu możemy kupić bilet do Gdańska, ale tylko przez Olsztyn. I tak dalej. Doprowadzeni do ostateczności kupujemy bilet za około 300 zł i udajemy się do Gdańska przez Poznań. Wygodne, prawda?  

To wszystko przeczy wyraźnie truizmowi wygłaszanemu przez liberałów, że prywatyzacja obniża ceny i podnosi poziom usług. Powinniśmy uczyć się na londyńskim przykładzie. Niestety coraz częściej w Polsce prywatne firmy zajmują się obsługą transportu miejskiego.

W Niemczech ruch kolejowy obsługuje państwowa Deutsche Bahn. Pociągi są punktualne, szybkie, od angielskich o wiele tańsze i nowocześniejsze. Sprzyja to rozwojowi przewozów kolejowych, a i mojemu samopoczuciu, gdy przyjdzie mi jeździć po Niemczech. Prywatne jest lepsze – twierdzą liberałowie. Jeśli nie zgadza się to z faktami, tym gorzej dla faktów.  

W Wielkiej Brytanii jest też sprywatyzowana poczta, która też działa tak, że raczej unikam korzystania z jej usług. Człowiek ma nie marudzić i służyć bogaceniu się przedsiębiorcy.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing