Portal socjalizm.org to lewicowe spojrzenie na dzisiejszą rzeczywistość. Wbrew powszechnie lansowanemu poglądowi uważamy, że lewicowa myśl polityczna nie tylko ma rację bytu, ale znajduje jeszcze większe zastosowanie niż kiedykolwiek wcześniej.


najnowsze teksty

Wenezuela na zakręcie Drukuj Email
Napisał(a): Agata Rozenberg [socjalizm.org]   
12.01.2008.
 
Od czasu wyboru Hugo Chaveza na prezydenta Wenezueli wydarzenia w tym kraju budziły zrozumiałe zainteresowanie środowisk lewicowych całego świata. Nie co dzień zdarza się w końcu  ruch społeczny, który tak otwarcie rzucił wyzwanie kapitalistycznemu porządkowi gospodarczemu i politycznemu, zdobył władzę w swoim kraju, a następnie realnie rozpoczął wykorzystywanie krajowych dochodów na walkę z nędzą, wykluczeniem i społeczną niesprawiedliwością. Oczywiście nawet najmniejsza próba reform prospołecznych na każdym kroku spotykała się z ostrą reakcją, od histerycznej nagonki medialnej po nieudany zamach stanu z 2002 r. Mimo to postawa Wenezuelczyków i przeobrażenia w ich kraju nie przestają zadziwiać. Tym poważniejsza wydaje się sytuacja, w jakiej państwo to znalazło się w ostatnim czasie. Uwidoczniła się ona z całą siłą w przegranym referendum konstytucyjnym z początku grudnia 2007.

Oczywiście neoliberalne media przedstawiły skrajnie uproszczone wyjaśnienie porażki Chaveza (podniesionej, mimo minimalnej różnicy procentowej, do rangi druzgocącej klęski), ograniczające się do kilku powtarzanych do znudzenia komunałów. Chavez chciał zapewnić sobie władzę nieograniczoną z demokratyczną legitymizacją, jednak Wenezuelczycy wybrali prawdziwe ludowładztwo. Nie chcieli dyktatora, choć ten usiłował przekupić ich populistycznym programem socjalnym, wybrali szlachetną i uczciwą opozycję. Interpretacja taka musi budzić podejrzenia już swoją wyjątkową prostotą i oczywistym podziałem na dobrych i złych.

Teza o żądnym nieograniczonej władzy prezydencie nie wytrzymuje – jak wiele innych chętnie wciskanych ludziom do głów neoliberalnych „prawd” - krytyki suchych faktów. Gdyby Hugo Chávez naprawdę marzył o dyktaturze, nie miałby żadnych powodów, by przeprowadzić tak gruntowne prace nad projektem zmian konstytucyjnych, jak to uczynił. Przypomnijmy, że referendum poprzedzone było trzystopniową fazą przygotowawczą, w której swoje projekty artykułów zgłaszał nie tylko prezydent, ale i Zgromadzenie Narodowe, organizacje społeczne i zwykli ludzie. W ten sposób powstał tekst jednej z najbardziej prosocjalnych konstytucji w historii – dalece bliższy ludziom niż ustawy zasadnicze „liberalnych demokracji”. Nie składał się on z jednego, najgłośniej cytowanego artykułu o możliwości elekcji na nieograniczoną ilość kadencji, ale również z postulatów skrócenia czasu pracy, ustanowienia alternatywnych form własności (mieszanej, spółdzielczej, przy równoczesnym zachowaniu prywatnej), wprowadzenia prawnego zakazu posiadania latyfundiów oraz dyskryminacji mniejszości rasowych i seksualnych, przejęcia przez państwo kontroli nad bankiem centralnym. Domniemany antydemokrata  Chávez wiele miejsca poświęcił rozwojowi samorządu terytorialnego – równolegle z dalszą troską rządu o przeznaczanie dochodu narodowego dla poprawy bytu wszystkich Wenezuelczyków. Dlaczego, skoro zdaniem neoliberalnych ekspertów chciał tylko zapewnić sobie tylko dożywotnią władzę? Ci sami eksperci nie raczą również zauważyć, że gdyby Chavez naprawdę marzył o dyktaturze, nie zawracałby sobie głowy ludowym referendum ani żadnymi prospołecznymi regulacjami. Gdyby nawet koniecznie chciał dostać na tę dyktaturę demokratyczne potwierdzenie, poszedłby po prostu do parlamentu, który na skutek bojkotu wyborów przez opozycję jest kontrolowany przez jego zwolenników, uzyskał stosownie brzmiący papier... i voila.

Neoliberalnym znawcom wszystkiego nie chce się również przyznać, że ta „klęska”, którą radośnie obwieszczały media prywatne od Caracas po Tokio, to różnica kilku dziesiątych procenta, a ostatnie sondaże i tak wykazują zdecydowaną przewagę zwolenników Chaveza w społeczeństwie. Zaiste mizernie to wygląda, biorąc pod uwagę wysiłek (i nakład pieniężny), jaki Amerykanie włożyli w pomoc lokalnym opozycjonistom. Przypomnijmy, że przed referendum CIA zainwestowało dodatkowe środki w fundowanie rozmaitych „niezależnych” organizacji studenckich (które świetnie spisywały się na ulicach Caracas) i szeroko pojętej dezinformacji, ograniczającej się do haseł typu „jeśli te poprawki przejdą, państwo będzie zabierać ludziom domy, a dzieci oddawać na reżimowe wychowanie”.  Nie bez winy jest jednak tu boliwariańska administracja i słabość struktur tworzącej się dopiero Socjalistycznej Zjednoczonej Partii Wenezueli (PSUV). To ich zadaniem było przygotować obywateli do świadomego oddania głosu w referendum poprzez wyjaśnianie spornych kwestii i wskazywanie na znaczenie poprawek konstytucyjnych. Gdyby masy, które jak już powiedziano nadal są pozytywnie nastawione do Chaveza, otrzymały taki dowód zainteresowania ich losem i zarazem uzyskały odpowiedź na ważne dla nich pytania, frekwencja wyborcza na pewno byłaby wyższa. I prawdopodobnie przechyliłaby szalę na rzecz prezydenta. Prawda jest bowiem taka, że Wenezuela nie była areną wielkiej antychavistowskiej mobilizacji.

Z 7,1 milionów głosujących na Chaveza w ostatnich wyborach prezydenckich trzy zdecydowały się zostać w domach. Nie jest to jeszcze protest przeciwko rządowi, gdyż ludzie ci mimo wszystko nie zdecydowali się oddać głosów na „demokratyczną” opozycję. Jest to jednak wyraźne ostrzeżenie. Hugo Chavez zdobywał stanowisko głowy państwa i swoje wysokie poparcie konkretnymi obietnicami i postulatami. Była wśród nich dalsza nacjonalizacja, walka z wyzyskiem na terenie kraju i wreszcie budowa „socjalizmu XXI wieku”. Tymczasem w ostatnim okresie o wiele więcej pada w Wenezueli zapowiedzi działania, niż realnie się dzieje. Jeszcze pod koniec listopada prezydent na ponadtysięcznym spotkaniu ze związkowcami różnych sektorów (m.in. budownictwo, służba zdrowia, energetyka) głośno zapowiadał walkę o sprawiedliwy ustrój swojego kraju. Teraz nadszedł czas, by te obietnice realizować. Jak uczy doświadczenie przeszłych rewolucji społecznych rządzący, w którym ruch masowy pokłada swoją nadzieję, a który z jakichś powodów zatrzymuje się w pół drogi przy realizacji przedwyborczych zapowiedzi, ryzykuje czymś więcej niż tylko przegraną w wyborach. Przywódca lewicowy może utrzymać się dłużej przy władzy (a często i przy życiu) tylko wtedy, gdy stoi za nim solidne poparcie ruchu masowego. Poparcie takie zdobywa się konkretnymi działaniami prospołecznymi oraz zmierzającymi do rozbicia monopolu ekonomicznego klas rządzących, a nie samymi zapowiedziami lepszego jutra.

Tymczasem dorobek Chaveza z ostatnich miesięcy ogranicza się do pełnych bojowości przemówień, zapowiadających walkę z kapitalizmem i powołujących się nawet na przykłady klęsk ruchów masowych Ameryki Łacińskiej. Co więcej, prezydent na początku stycznia podpisał akt amnestii puczystów z 2002 r. Oznacza to, że państwo wenezuelskie nie będzie dalej ścigało ludzi, którzy dopuścili się zamachu na demokratycznie obrany rząd, spiskowali z obcym mocarstwem przeciwko legalnym władzom swojego kraju, a wszystko to dlatego, że rząd ten postanowił skończyć z dramatycznymi nierównościami społecznymi i po raz pierwszy w historii Wenezueli zadbać o poziom życia (ba, o jego elementarną godność!) pracowników i chłopów. Ciężko powiedzieć, na co liczył Chavez, gdy podpisując ten akt mówił o „zamknięciu pewnego rozdziału”. Czy na to, że w razie kolejnej próby puczu wielcy posiadacze odwzajemnią ten akt miłosierdzia? W przypadku człowieka, który cokolwiek wie na temat historii Ameryki Łacińskiej zaiste trudno w to uwierzyć. Czy może na to, że tym samym zamknie usta tym, którzy uparcie, nie bacząc na elementarną logikę, oskarżają go o zapędy dyktatorskie? Cóż, twórcom prawicowej propagandy w ten sposób ust się nie zamyka. Natomiast ludzie niezdecydowani... może i zmieniliby swoje zdanie o prezydencie, gdyby nie to, że mają niewielkie szanse w ogóle się o fakcie amnestii dowiedzieć. Mainstreamowe media przypominają sobie o Wenezueli tylko wtedy, gdy opozycja wyprowadza na ulice swoich manifestantów.

Rewolucja boliwariańska już doprowadziła do likwidacji analfabetyzmu (co nie udało się w Ameryce Łacińskiej żadnemu krajowi rządzonemu wg neoliberalnego kanonu wolnorynkowego), dwukrotnego zmniejszenia wskaźnika ubóstwa, podniesienia płacy minimalnej, wreszcie zmieniła edukację i opiekę zdrowotną z luksusu dla bogaczy w rzecz ogólnodostępną. A wszystko to działo się przede wszystkim dzięki aktywizacji społeczeństwa na niespotykaną w tym kraju skalę, zaangażowaniu się – mimo przeszkód - samych pracowników w przemiany społeczne. Tego potencjału nie wolno zmarnować. Przed ruchem rewolucyjnym stoją jeszcze kolejne wielkie zadania. Aby zapewnić Wenezuelczykom godne warunki życia (wysokie płace, tanie produkty żywnościowe, pracę w dobrych warunkach, likwidację bezrobocia, rozszerzenie systemu opieki zdrowotnej i edukacji, wysokie emerytury itd.) należy bezzwłocznie podjąć stanowczą walkę o nowy model państwa, oparty na radach komunalnych i pracowniczych. To nowe państwo, w którym nie będzie miejsca na rozpasaną biurokrację, będzie mogło rozpocząć racjonalne i demokratyczne planowanie głównych sektorów gospodarki wenezuelskiej. Jeśli tego celu nie osiągniemy, to ludzie zrażą się do polityki i radykalnych słów, co umożliwi antydemokratycznej opozycji – na bazie rosnącej inercji – utopienie ruchu masowego we krwi. Czas wyciągnąć wnioski z ostatniej porażki. Rewolucja potrzebuje wzmocnienia struktur powstającej partii socjalistycznej. By przetrwać, potrzebuje także zdecydowanych działań przeciwko kapitałowi. Stawka jest wielka. W Ameryce Łacińskiej wiadomo o tym lepiej niż gdziekolwiek.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing