Wenezuela: dokończyć rewolucję Drukuj Email
Napisał(a): Agata Rozenberg [socjalizm.org]   
28.02.2008.

 W historii każdego ruchu społecznego dochodzi do momentu, w którym jego przyszłość zawiera się w prostej alternatywie: zwyciężyć albo zginąć. Osiągnięcia tego ruchu są już bowiem zbyt wielkie, by można było je zlekceważyć – a niedostatecznie utrwalone i zabezpieczone. Jest to moment dla ruchu i jego przywództwa kluczowy. Popełnienie błędu w tej chwili wiedzie prostą drogą do klęski, a wraz z nią – do masakry i przekreślenia wszystkich tak ciężko wywalczonych osiągnięć. Obalenie prosocjalnych zmian jest bowiem nieporównywalnie łatwiejsze od ich wprowadzenia. W Ameryce Łacińskiej wiedzą to lepiej niż gdziekolwiek.

Rewolucja wenezuelska pozostaje inspiracją dla ludzi lewicy całego świata i nadzieją dla milionów zwykłych mieszkańców kraju znad Orinoko. To dzięki niej pracownicy odzyskali swoją godność, mają gdzie się leczyć w razie potrzeby i mogą posłać swoje dzieci do szkoły. Jest to przede wszystkim zasługa ich samych. Po wielu dziesięcioleciach eksploatacji Wenezuelczycy powiedzieli w końcu „dość”, wybierając na prezydenta Hugo Chaveza i dając wyjątkowy przykład społecznej mobilizacji. To oni zakładają rady dzielnicowe, otwierają własne ludowe media, spontanicznie wychodzą na ulice, by pokazać swoje zdanie, oni przejmują pod kontrolę pracowniczą zakłady porzucone przez pracodawców i administrują nimi z powodzeniem. Jak w żadnym innym państwie zwykli ludzie mogą decydować o kierunku zmian w Wenezueli, wbrew temu, co uparcie stara się wmówić liberalna propaganda. Nie czas jednak na radosne świętowanie – do zrobienia nad Orinoko zostało jeszcze bardzo wiele. I może się okazać, że bez wykonania tych zadań wszystko, co do tej pory osiągnęli pracownicy, zostanie zniszczone.

Przebudzenie Exxonu


Nie tak dawno koncern Exxon wystąpił z roszczeniami wobec wenezuelskiej państwowej firmy PDVSA, która zastąpiła prywatne korporacje przy wydobyciu ropy naftowej. Jego zdaniem odszkodowanie wypłacone tej firmie w czasie nacjonalizacji złóż ropy jest niewystarczające. Prezydent Hugo Chavez zdecydowanie odmówił wypłacenia dodatkowych świadczeń, podejmując w tej sytuacji słuszną decyzję. Epizod ten pokazuje jednak pewne o wiele istotniejsze zagrożenie, niż tego rodzaju żądania ze strony innych firm, które również nie mogą już eksploatować delty Orinoko. Wyraźnie widoczny jest wzrost pewności siebie po stronie posiadaczy – a ten wywołany być może jednym: osłabieniem ruchu rewolucyjnego.

Dlaczego Exxon w maju 2007 nie oznajmił, że wypłacone odszkodowanie jest za małe? Dlaczego zwlekał ze swoimi roszczeniami kilka dobrych miesięcy? Czyżby właśnie teraz zdał sobie z tego sprawę? Raczej nie. Wcześniej korporacja ta dostrzegała po prostu, że Wenezuela odszkodowań nie wypłaci, gdyż nie pozwolą na to ani Chavez, ani tym bardziej ruch pracowniczy, który domagał się nacjonalizacji ropy o wiele wcześniej, niż prezydent zdecydował się to uczynić. Jednak w ciągu tych kilku miesięcy wiele się zmieniło. Rewolucja zwolniła. Hugo Chavez zdaje się ulegać częściowo wpływom reformistycznego skrzydła ruchu boliwariańskiego, które najchętniej socjalizm z XXI wieku przeniosłoby co najmniej do XXXI wieku i dla której to grupy ludzi wydarzenia w Wenezueli i tak poszły już za daleko. Działania prezydenta bywają rażąco niekonsekwentne – jesienią 2007 r. zachwycał się fabryką Inveval, którą przejęli pod swoją kontrolę pracownicy i dali kolejny przykład wyższości demokratycznego zarządzania (podniesiono produkcję, skrócono czas pracy, polepszono bezpieczeństwo na terenie zakładu). Nie zasugerował jednak załogom innych fabryk, by poszły w ślady swoich kolegów z Inveval – a przecież wystarczyłoby jedno słowo nadal uwielbianego przez masy Chaveza, Zatrzymany został proces nacjonalizacji, ponownie wbrew oczekiwaniom ruchu masowego. Prezydent, mimo stale deklarowanych najlepszych chęci i niezmiennie antykapitalistycznej retoryki, zdaje się w sposób niedostatecznie zdecydowany reagować na niektóre pojawiające się przed nim i całym ruchem problemy.

Puste półki...


Wśród nich jest szczególnie paląca kwestia sabotażu rynku żywnościowego. Jak wskazują doświadczenia wielu rewolucji, odcinanie dostępu do podstawowych produktów żywnościowych i spekulacja to jedne z często stosowanych środków atakowania rządu. Brak jedzenia w sklepach prowadzi prostą drogą do załamania wiary w rząd i w rewolucję – i o to właśnie chodzi prywatnym posiadaczom. Pamiętajmy, że w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej wiele społecznych celów rewolucyjnego rządu nie zostało zrealizowanych, gdyż za późno podjął od walkę ze spekulacją i sabotażem i stracił tym samym wiele z ludowego poparcia.  Mieszkańcy Paryża dali się zatem zwieść zapewnieniom rodzącej się burżuazji, iż po obaleniu jakobinów wszystkiego będzie pod dostatkiem. I było... dla tych, którzy mieli czym zapłacić. Za komentarz wystarczyć może fakt, że już po sześciu miesiącach od obalenia jakobinów paryscy robotnicy usiłowali zbrojnym powstaniem przywrócić władzę lewicy...

Ten sam problem – i podobne trudności w innych gałęziach prywatnej gospodarki - sieje od miesięcy spustoszenie w Wenezueli. Jednym z jego skutków było wyjątkowe w dotychczasowej historii rewolucji boliwariańskiej obniżenie poziomu masowej aktywności najbiedniejszych regionów kraju (a zatem ludzi, którzy Chavezowi zawdzięczają najwięcej i którzy dotąd najbardziej konsekwentnie go popierali) i wynikająca z niego absencja w referendum w sprawie poprawek konstytucyjnych (grudzień 2007). Podłoże braku żywności to w pierwszej kolejności rezultat otwartego ekonomicznego sabotażu. Klasa posiadająca, która zachowała nad Orinoko spore pole manewru (i gdzie ta dyktatura Chaveza, nad którą media załamują ręce?) świadomie nie dopuszcza towarów na rynek, zaś prywatne media podsycają panikę w tej kwestii. Produkcja większej części żywności w Wenezueli jest skupiona w rękach kilku większych firm skupionych na agrobiznesie, które zamiast zaspokajać potrzeby miejscowej ludności, wolą sprzedawać swoje towary za granicę – ze względu na wyższy zysk rzecz jasna. Z drugiej strony – reakcja mniejszych farmerów. Rządowe decyzje o wprowadzeniu cen maksymalnych (mające na celu ochronę pracowników przed głodem) zniechęcają ich do produkcji; chcąc zachować swoje dotychczasowe zyski, ludzie ci przyczyniają się do rozwoju czarnego rynku. Dodajmy, że z problemem braku żywności wiąże się druga nierozwiązana przez ruch boliwariański kwestia – biurokracja. Napływ zwykłych karierowiczów i niedostateczna z nimi walka doprowadza do sytuacji, w której ludzie ci świadomie wycofują produkty z rządowej sieci sklepów Mercal, by sprzedać je na czarnym rynku.

Komitet Ocalenia Publicznego w czasie rewolucji francuskiej podjął walkę z sabotażem rynku żywnościowego za późno i przegrał, gdyż brakło mu doświadczenia i kadr. Wenezuelscy budowniczowie socjalizmu XXI w. znajdują się w o wiele lepszej sytuacji, gdyż mają za sobą nie tylko wiele nowych doświadczeń ruchu masowego (w tym ogromną ich liczbę z samej Ameryki Łacińskiej), a tym samym możliwość uczenia się z historii, a nie na własnych błędach. Tymczasem walka z sabotażem zaczęła się na serio dopiero niedawno. W czasie bezpośrednio poprzedzającym referendum rząd boliwariański zdawał się z tym problemem nie robić zgoła nic, a nawet marginalizować znaczenie negatywnych zjawisk (sic!!!). Uchwalone w marcu 2007 r. prawo przeciwko spekulacji i sabotażowi pozostało na papierze. Prezydent Wenezueli groził usunięciem nieaktywnych ministrów, nawoływał do zaprzestania sabotażu w przemówieniach... i to by było, niestety, na tyle. Logika społeczna okazała się nieubłagana – Wenezuelczycy, rezygnując z pójścia do urn, pokazali, że żądają od prezydenta, by działał i kontynuował swoje socjalistyczne plany w praktyce. Podjęcie walki z brakiem żywności oznacza, że Chavez ten komunikat wreszcie zrozumiał. Pytanie, czy nie za późno.

... i pełne magazyny

Od tygodni szczególnie szczelne kontrole objęły granicę wenezuelsko – kolumbijską. To za nią wielu posiadaczy nielegalnie wywozi wyprodukowane towary, by sprzedać je po cenach wyższych niż maksymalne, ustalone przez rząd boliwariański. Skutki już widać i to one najlepiej pokazują skalę destrukcyjnej działalności w Wenezueli. 21 stycznia Gwardia Narodowa skonfiskowała ponad 500 ton cukru, makaronu, mleka i ryżu, które były już na najlepszej drodze do wywozu za granicę. Tydzień kontroli w trzech zaledwie stanach - Táchira, Zulia i Alto Apure – dał 8 tysięcy ton żywności, która ostatecznie zamiast być przedmiotem spekulacji trafiła pod dozorem Gwardii do sklepów. Dodajmy, że jest to region zarządzany przez opozycyjnych gubernatorów, w tym niedoszłego prezydenta Manuela Rosalesa, skrajnie wrogich ruchowi boliwariańskiemu. A można podejrzewać, że to dopiero wierzchołek góry lodowej. Jeszcze bardziej wstrząsające wyniki dała kontrola głównych firm zajmujących się produkcją i dystrybucją żywności. Koncern Polar, własność rodu Mendoza (119. miejsce na liście najbogatszych rodzin na świecie), tylko w dniu 24 stycznia zmuszony był przyznać się do świadomego uniemożliwiania dystrybucji 350 ton podstawowych produktów i eksportowania dalszych ton jedzenia do Kolumbii (dotąd nieustalona ilość). Dla Mendozów sabotaż to nie pierwszyzna – byli już aktywnymi uczestnikami akcji z 2003 r., kiedy dotychczasowi prywatni właściciele rafinerii robili wszystko, by poprzez ruinę przemysłu naftowego zrujnować także rewolucję boliwariańską.

Strona posiadająca jest zdeterminowana, by to tej ruiny w końcu doprowadzić i nie dopuścić do utraty dotychczasowych profitów. Tymczasem kierownictwo boliwariańskie jest wewnętrznie niejednorodne i – niestety – niezupełnie przygotowane do poprowadzenia rewolucji do zwycięstwa. Podobnie jak wiele innych ruchów masowych Ameryki Łacińskiej, i w tym przypadku mamy do czynienia z ludźmi, którzy nie chcą kapitalizmu, ale nie wiedzą konkretnie, czym go zastąpić i jak przeprowadzać decydujące zmiany. Ruch boliwariański popełnia błędy właśnie przez brak przygotowania, a nie złe chęci. Dlatego obowiązkiem konsekwentnych lewicowców jest działanie wewnątrz niego i cierpliwe tłumaczenie, o co w obecnej sytuacji chodzi i co należy robić. Tylko w ten sposób uda się przekazać pracownikom i władzom kraju jedyną logiczną lewicową ofertę, na którą jest ogromne zapotrzebowanie. W Wenezueli jak w żadnym innym państwie zwykli ludzie są zainteresowani polityką i widzą, w jaki sposób ich zaangażowanie może stać się przyczyną zmian na lepsze w ich życiu. Umieją wyciągać wnioski z przekazywanej im wiedzy i własnych doświadczeń, a przede wszystkim są nadal zmobilizowani przeciw kapitalizmowi. Tego potencjału lewica nie może zlekceważyć i zignorować. Właśnie teraz konsekwentni socjaliści są w Wenezueli wyjątkowo potrzebni.

Głos ludu i głos oligarchii

Konieczność ich działalności widoczna jest jeszcze ostrzej, kiedy przyjrzymy się kolejnym wynikającym z braku teoretycznego przygotowania niekonsekwencjom rządu. Chavez z jednej strony  chciałby pomóc Wenezuelczykom, dla których brak żywności staje się dojmującym problemem. W końcu to on podjął przecież akcję konfiskat i kontrol w przedsiębiorstwach odpowiedzialnych za produkcję i redystrybucję żywności. Ale już w 2007 r. na ulicach Caracas demonstrowali mieszkańcy wenezuelskiej wsi, wołając w stronę siedziby organizacji pracodawców: „Zabieracie nam jedzenie – zabierzemy wam fabryki!”. Ruch masowy pokazał zatem sam, że jest w stanie wyciągać wnioski ze swoich doświadczeń. Zgromadzeni na tych manifestacjach wskazali jedyne możliwe rozwiązanie, które uniemożliwi sabotażystom zniszczenie rewolucji. Takie same apele wysuwali pod adresem Hugo Chaveza i związkowej centrali  UNT zrzeszeni we Froncie Okupowanych Fabryk FRETECO. Dlaczego zatem rząd nie wezwał do przejmowania fabryk pod kontrolę pracowniczą, a następnie ich nie znacjonalizował? W tym miejscu widzimy jeden z większych problemów samego Hugo Chaveza. Zamiast działać razem z ruchem – czego wspaniałe efekty widział cały lewicowy świat – prezydent waha się, dopuszcza do głosu umiarkowanych i reformistów, a od nich słyszy zawsze jedno – rewolucja poszła już za daleko, należy się dogadać, znaleźć kompromis, a pod żadnym pozorem nie naruszać prywatnej własności. Dlatego Chavez nie ukarał w żaden sposób twórców wielkiego lokautu z 2003 r., pozwala tym samym wielkim posiadaczom działać teraz w innych obszarach gospodarki, a nawet w kwestii żywności rozmawia z nimi i modyfikuje ceny minimalne, jeśli zostanie dostatecznie mocno przyciśnięty przez przedstawicieli pracodawców. Recepta na sukces? Nie! To najlepsza recepta na zamordowanie każdej rewolucji. Zresztą kilka razy już sprawdzona.

Słowami – jak w przypadku gróźb koncernów – czy też doraźnymi czynami – jak przy sabotażu żywnościowym – rewolucji się jednak nie wygrywa. Tu trzeba działań o głębszych podstawach, aktywizujących pracowników i odrzucających tradycyjne kapitalistyczne mechanizmy. Inspiracja zresztą cały czas płynie z dołu. Jest problem z biurokracją w państwowych sklepach z żywnością? Ich pracownicy sami domagają się od rządu rezygnacji ze stałych funkcjonariuszy i oddania kontroli nad placówkami handlowymi zatrudnionym w nich. Bo Wenezuelczycy nie ulegli jeszcze propagandzie medialnej i wiedzą, że to przeciwncy rewolucji boliwariańskiej nie pozwalają im na normalne życie. Dlatego chcieliby tej sytuacji przeciwdziałać. Niewykorzystywanie tego ogromnego kapitału zaufania i entuzjazmu społecznego może się srogo zemścić na rządzie boliwariańskim; dlatego w interesie i jego, i reprezentowanych przezeń pracowników jest jak najszybsze ponowne wsłuchanie się w głos zwykłych ludzi i pójście za nim. Rozmowy i ustępstwa wobec oligarchii nie mają sensu – każdego dnia mnożą się dowody złej woli tej warstwy społecznej.

Dowodem bodaj najbardziej widocznym jest nieustająca medialna kampania nienawiści. Za rzekomy brak demokracji w mediach na Wenezuelę ciskali gromy nie tylko prezydenci USA i niektórych krajów Europy zachodniej, ale i rozliczne organizacje „niezależnych” mediów, usiłując przekonać opinię publiczną, że legalne i konstytucyjne odebranie koncesji prywatnej telewizji RCTV (która nawiasem mówiąc, przeniosła się jedynie ze swoim programem na telewizję satelitarną... ) to niewybaczalny zamach na demokrację i początek jeszcze gorszych represji wobec wolności słowa. W ślad za odebraniem koncesji RCTV miały pójść kolejne „zamachy” na inne prywatne stacje: Venevision, Globovision i rozgłośnie lokalne. Chavez był również oskarżany o budowę wiernopoddańczych wobec reżimu mediów, którzy będą robić obywatelom papkę z mózgu (bo inaczej lewica nie może utrzymać się przy władzy! - grzmią neoliberalni „bezstronni eksperci”). Tymczasem ponad rok po tych wydarzeniach sytuacja jest wręcz odwrotna. Prywatny rynek medialny kwitnie (do teraz to ponad 90% całości mediów nad Orinoko), a właściciele stacji telewizyjnych i radiowych po staremu opowiadają o totalitaryzmie, jaki się w Wenezueli rzekomo buduje, czy też bezpośrednio zachęcają do zamordowania prezydenta. Przeciwwagę próbują budować sami obywatele. Bardzo często – jako jedną ze swoich inicjatyw – rady dzielnicowe, reprezentujące zwykłych Wenezuelczyków, zakładają własne lokalne rozgłośnie i redagują prasę. Bynajmniej nie antychavistowską.

Trzeciej możliwości nie ma

Entuzjazm tych zwykłych ludzi każe nadal wierzyć, że rewolucja boliwariańska – mimo wszystkich wahań i błędów – może jeszcze zakończyć się zwycięstwem pracowników. Będzie tak, jeśli prezydent na nowo pójdzie za głosem ruchu masowego. Chavez nie może nadal opierać się na starej, czy nawet odnowionej biurokracji – przyszłość Wenezueli leży w oddolnych, samorządnych organizacjach, które będą kontrolowały znacjonalizowane zakłady pracy i swoje dzielnice zamieszkania. Ich powstawania nie trzeba wspierać – we wszystkich regionach kraju same rodzą się one z oddolnych, samorzutnych inicjatyw pracowników. Potrzebna jest teraz ich jedność i determinacja, by rząd boliwariański usłyszał wyraźnie, czego masy żądają – i wysłuchał tych żądań. Jeśli chce być pierwszym w Ameryce Łacińskiej rządem lewicowym, który zwycięży – nie ma innego wyjścia. Alternatywa dla Wenezueli jest prosta. Zwyciężyć i zbudować socjalizm XXI wieku, gdzie pierwszy raz praca i produkcja będą się odbywać dla dobra całego społeczeństwa – albo zginąć. Dosłownie.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing