Ukryte bezrobocie Drukuj Email
Napisał(a): Daniel Drożdżał [socjalizm.org]   
09.04.2008.

 Jednym z często powtarzanych argumentów antypeerelowskiej propagandy odrzucającej wszystko co, chociażby z nazwy, ma związek z  socjalizmem jest kwestia tzw. ukrytego bezrobocia, mająca rzekomo polegać na tym, że pracę przeznaczoną dla jednej osoby dzielono między dwie lub trzy pary rąk. Tymczasem poddawszy problem głębszej, lub jakiejkolwiek analizie, okazuje się, że obecny system obfituje w o wiele większe pod tym względem absurdy.

Ileż to bowiem razy, przechodząc ulicami naszego miasta, dostajemy ulotkę reklamową, która w 99% przypadków po chwili nieczytana ląduje w koszu? Czy kosz w naszej internetowej skrzynce pocztowej nie jest również w 99 procentach wypełniony tzw. spamem? Czy nie tak samo często odkładamy słuchawkę telefonu na dźwięk słowa "promocja", bądź też zastanawiamy się, jak kogoś przekonać, że nie potrzebujemy wtykanych nam niemal do nosa perfum? Czy w przerwie filmu w telewizji nie dobiega do nas z sąsiedniego pokoju głos: "Ścisz te reklamy", podczas gdy my zaparzamy w kuchni herbatę? Zastanawiając się zaś, ile ludzi zatrudnianych jest dziś do serwowania nam tego typu atrakcji, można łatwo dojść do wniosku, że „ukryte bezrobocie” to domena raczej wolnorynkowego ustroju, w którym wykonywana przez rzesze ludności praca jest w dodatku bezproduktywna i w istocie marnuje ich potencjał oraz wykształcenie, albo – jak wolą neoliberałowie – zainwestowany w nie kapitał.

Praca wzbogaca – ale kogo?


Posuwając się nieco dalej, można by zapytać, jak często przed dwudziestoma laty, gdy nie istniał tak rozbudowany jak dziś system monitoringu, zdarzało nam się przeczytać w gazecie o włamaniu, bądź napadzie na bank, a jak często zdarza się to w obecnym czasie? Kolejne pytanie - ile godzin każdego dnia policja przeznacza na wypisywanie mandatów za przekraczanie mało ruchliwych ulic na czerwonym świetle, bądź też wypatrywanie ludzi popijających piwo w parku (zamiast w coraz droższych pubach), a także jak wielka procentowo liczba żołnierzy pomaga ofiarom, mającej czasem miejsce tu i ówdzie klęski żywiołowej, lub chociażby wyjeżdża walczyć w Iraku (co według panującego dyskursu jest czynnością użyteczną i mającą przynosić profity)?

Tymczasem część młodych ludzi, którym nie udało się dostać na studia, albo nie mieli pieniędzy na ich sfinansowanie, idzie po wakacjach do wojska, inna część znajduje coraz bardziej popularną za POPiSowskich rządów pracę w policji, podczas gdy jeszcze inna zrywa numery telefonów z słupów ogłoszeniowych pozalepianych po wakacjach ofertami, na których najczęściej powtarzają się trzy słowa: ulotki, telemarketing i ochrona. Coraz częściej dotyczy to również osób z wyższym wykształceniem, których nie stać na utrzymanie,  lub które czekają latami, by znaleźć pracę związaną ze swoim wyuczonym zawodem. Jak wynika z rządowych raportów, przed zaledwie czterema laty ponad 20% ogółu zatrudnionych w naszym kraju wykonywało prace tymczasowe[1], natomiast od 2004 do 2005 roku sama liczba pośredniczących w ich zatrudnianiu agencji odnotowała niemal trzykrotny wzrost![2] Jest to kolejny fakt świadczący o tym, że ludzki trud i wysiłek marnowany jest dziś na rzecz strzegących i czerpiących profity z wolnorynkowego ładu instytucji, zamiast wkładany w rozwój i bogacenie się całego społeczeństwa.

Tymczasowe zniewolenie


Nie chodzi bynajmniej o wykazywanie wyższości zbiurokratyzowanego systemu sprzed dwudziestu lat nad obecnym (swoją drogą – niemniej zbiurokratyzowanym), bądź też jakąkolwiek krytykę wymienionych grup zawodowych. To jedynie prokapitalistyczna propaganda ma skłonność do utożsamiania człowieka z przypisanym mu zawodem i jednoczesnego odczłowieczania wykonywanej przezeń pracy. Warto jednak zastanowić się nad różnicą w sposobach zwalczania bezrobocia zachwalanych przez piewców wolnego rynku, a tych stosowanych w dobie tzw. "realnego socjalizmu".  Te pierwsze nie dość, że okazują się mało skuteczne (bezrobocie w ciągu ostatnich dwóch dekad ani na chwilę nie spadło poniżej progu 10%), to oprócz generowania niskopłatnej, mimo że częstokroć będącej jedynym źródłem utrzymania pracy, wcale nie przyczyniają się do gospodarczego rozwoju. Różnica w użyteczności owej pracy polega natomiast na tym, iż w PRL-u, dzięki zatrudnianiu większej ilości osób w pojedynczych zakładach, pracownikom pozostawał po powrocie do domu czas na odpoczynek; dziś po przepracowaniu nadgodzin, których zresztą wcale się za takowe nie uważa (czas tygodniowej pracy z roku na rok zwiększa się o co najmniej pół godziny[3]), przeciętny pracownik wraca do domu, kładzie się spać, po czym czeka go pobudka i kolejny tak samo spędzony dzień; z dnia na dzień toczy owo błędne koło, oczekując na łaskę pracodawcy w kwestii uzyskania urlopu.

Jednocześnie z dnia na dzień rośnie przemęczenie milionów polskich pracowników, a wraz z nim gniew i niezadowolenie z obecnego systemu, który, niezależnie od porównań z poprzednim, do najdoskonalszych nie należy. Natomiast w krajach Ameryki Łacińskiej, zmierzających na drogę prawdziwych socjalistycznych reform, dla młodych ludzi przygotowywane są miejsca pracy w fabrykach, przy budowie dróg i mieszkań, bądź tych gałęziach sektora usług, których rozwój nie ma na celu w istocie destruktywnej walki z konkurencją (jak np. reklama), lecz utrzymanie pieniądza w ciągłym obiegu i kreowanie realnych dochodów. Czy to nie ich śladem powinniśmy podążać?

Przypisy:
1. Zatrudnienie w Polsce 2005. MGiP, Warszawa 2005 – http://www.mg.gov.pl/NR/rdonlyres/435C53F6-461D-42C8-9C01-EB853C4E6FEC/
14499/zatrudnienie2005rok.pdf
2. Raport o rynku pracy oraz zabezpieczeniu społecznym. MPiPS. Warszawa 2006 – http://www.mpips.gov.pl/_download.php?f=userfiles%2FFile%2FDepartament+An
aliz+i+Prognoz%2Fraport+2550+-+Druk.pdf
3. Kwartalna informacja o rynku pracy. GUS, Warszawa 2008. http://www.stat.gov.pl/
cps/rde/xbcr/gus/PUBL_kw.info_o_rynku_pracy.pdf
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing