Portal socjalizm.org to lewicowe spojrzenie na dzisiejszą rzeczywistość. Wbrew powszechnie lansowanemu poglądowi uważamy, że lewicowa myśl polityczna nie tylko ma rację bytu, ale znajduje jeszcze większe zastosowanie niż kiedykolwiek wcześniej.


najnowsze teksty

Państwo wyznaniowe? Drukuj Email
Napisał(a): Paweł Sikorski [socjalizm.org]   
09.02.2007.

Nie pierwszy i prawdopodobnie nie ostatni raz politycy polskiej prawicy usiłują ubić doraźny interes polityczny, nadużywając takich słów jak: patriotyzm, dziedzictwo narodowe i wartości katolickie. Nie jest to niczym nowym; był czas przyzwyczaić się do takich wybryków. To, co zastanawia, to odpowiedź na pytanie: gdzie jest druga strona? Ostatnio przy okazji sejmowej debaty o współfinansowaniu z budżetu państwa budowy Świątyni Opatrzności Bożej problem znów dał znać o sobie.

Należy stwierdzić z całą stanowczością, że na podstawie przepisów, przynajmniej teoretycznie obowiązujących w Polsce, każdy obywatel ma prawo do wyznawania dowolnej religii, jak i nie praktykowania żadnej; państwo i kościół są rozdzielone i pozostają niezależne od siebie we wzajemnych stosunkach; publiczne pieniądze nie mogą być przeznaczane na szerzenie czy promowanie jednego z wyznań. Tyle teoria. Praktyka jest jednak o wiele bardziej skomplikowana.

Korzystając z dorobku naukowego Barbary Stanosz, profesor logiki i filozofii, można odnieść wrażenie, że Polska, jeśli nie jest, to niebezpiecznie zbliża się do bycia państwem wyznaniowym. Jasnym bowiem jest, że Kościół katolicki w Polsce zajmuje uprzywilejowaną pozycję, w porównaniu do innych wyznań; ludzie władzy nagminnie demonstrują swoje przywiązanie religijne, by nie rzec, że wręcz obnoszą się z nim; niezmiernie często można usłyszeć argument, że dane przepisy wejdą w życie, gdyż są zgodne z doktryną wiary katolickiej; mniejszości religijne są ignorowane, czy wręcz podejmuje się próby ich wyeliminowania przy użyciu administracji państwowej.

 

Według różnych danych 80 – 90% Polaków wyznaje religię rzymskokatolicką. Pozostaje jednak kwestia wyznawców innych odmian chrześcijaństwa, ludzi całkowicie różnej wiary czy ateistów. Siłę demokracji i zdrowych układów społecznych mierzy się poziomem przestrzegania praw mniejszości, nie zaś skutecznością narzucania woli przez dominującą większość. A czym innym jest właśnie przymusowa zrzutka wszystkich podatników na budowę Świątynię Opatrzności Bożej, która ma być upamiętnieniem rzekomo niezmiernie istotnego wydarzenia w historii Polski, jakim było uchwalenie Konstytucji 3 Maja? Jest to szczególnie irytujące w chwili, kiedy okazuje się, że państwo pozwala na upadek placówek służby zdrowia, zamyka biblioteki publiczne, nie ma pieniędzy na realne podwyżki płac dla nauczycieli. Oczywiście, można powiedzieć, że kwota 40 milionów z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych to w skali budżetu niewiele i zapewne z istniejącymi dziś problemami i tak trzeba byłoby się zmierzyć, ale nie sposób zadać w tym miejscu pytania: czy to zwyczajnie w porządku, że z pieniędzy podatników, czyli zarówno praktykujących katolików, ludzi innych wyznań i osób niewierzących finansowany jest projekt budowy obiektu sakralnego dominującego wyznania?

Buta prawicy, włosiennica lewicy
 
Ponieważ prawo zabrania przeznaczania pieniędzy na cele religijne, na niezmiernie oryginalny pomysł wpadł minister Kazimierz Ujazdowski. Stwierdził on mianowicie, że fundusze te nie pójdą bezpośrednio na kościół, ale na to, co powstanie wokół tej budowy. Zastanawiająca jest w tym miejscu intencja ministra i jego politycznego zaplecza. Być może naprawdę wierzą oni, że robią dobrą robotę, że wyświadczają przysługę kulturze polskiej, że dzięki 40 milionom złotych podniosą poziom religijności i postawią skuteczną tamę postępującej laicyzacji. Jeśli tak, to poza tym, że są inteligentni inaczej, są także oderwanymi od ziemi i rzeczywistości fanatykami. Ale powód tych posunięć może być zgoła inny. Możliwe, że są to ludzie z niezwykle wyrazistą wizją polityczną, którzy wyciągnęli wnioski z błędów jakie popełnili ich poprzednicy i za stosunkowo nieduże i nieswoje pieniądze usiłują doprowadzić do wygodnego dla nich sojuszu ołtarza z tronem. W ów czas nie mogłoby być mowy ani o żarliwości religijnej, ani o krzewieniu patriotyzmu, ale o bezczelnym wykorzystaniu autorytetu Kościoła i symboli historycznych. Rzecz jasna nikt nie powie głośno i odważnie, że Kościół, nieważne toruński, czy łagiewnicki, to kolejna, obok LPR i Samoobrony, przystawka na talerzu aktualnie panujących i sojusznik tylko chwilowo pożyteczny. Dużo lepiej odwołać się do nikomu nic nie mówiącego i niewiele znaczącego epizodu sprzed ponad 200 lat, wyolbrzymić jego znaczenie historyczne i wmówić wszystkim, że w ogólnym, dobrze pojętym interesie jest postawienie tej budowli ku pamięci dawnych bohaterów. A że byli nimi należący do lóż masońskich szlachcice, że Konstytucja 3 Maja nie była aktem nadmiernie postępowym, nawet jak na ówczesne warunki, że nie odegrała ona żadnej pozytywnej roli, gdyż jej postanowienia nie weszły w życie, że jedyne do czego doprowadziła to wojna z Rosją i drugi rozbiór Polski – kogo to tak naprawdę interesuje? Powszechnie przecież wiadomo, że pomachanie biało – czerwoną flagą oraz odwołanie się do bolesnej historii dziejów, zawsze działało na wyobraźnię Polaków. Tak zapewne zadzieje się i tym razem.
 
Buta połączona z obłudą naszych moralnych rewolucjonistów jest zjawiskiem, które doprowadza do uczucia będącego kombinacją smutku i zażenowania.
 
Uderzająca równie mocno jest jednocześnie pasywność lewicy. Wydaje się, że ta strona sceny politycznej śpi snem sprawiedliwego, a kiedy na chwilę się ocknie to jedynie po to, by po raz kolejne za coś kogoś przeprosić i pokombinować, jak przegrać kolejną batalię – kolejne wybory. Każda lewicowa partia jest zobowiązana bronić świeckości państwa, jak w swoim czasie przeor Kordecki klasztoru w Częstochowie. Zamiast tego posłowie SLD wdają się w bzdurne przepychanki słowne i dyskusję z sejmowej mównicy kto jest dziś w miejscu, w którym w czasie wydarzeń marcowych w 1968 roku byli studenci, a kto stoi tam, gdzie wtedy było ZOMO. Liderzy lewicy, o zgrozo!, nie widzą, lub nie chcą przyjąć do wiadomości, że właśnie podjęli grę kartami nie tylko rozdawanymi, ale też znaczonymi przez przeciwników. Prawdopodobieństwo wygranej w tej batalii jest równe wycieczce na Księżyc.
 
Jeżeli istnieją wspólne wartości dla wszystkich ludzi z tej strony politycznej, to jest właśnie obrona laickości życia publicznego, stawianie tamy klerykalizacji polityki i dbanie o to, by zachować zdrowy dystans z ludźmi tej czy innej religii. Działacze lewicowi nie mogą zatem dać zbić się z pantałyku i rezygnować z głoszenia swoich poglądów o potrzebie budowy świeckiego państwa tylko dlatego, że oponenci zawsze mogą użyć starego argumentu w postaci przypomnienia historii pochodzenia partii. Nie mogą na własne życzenie wdziewać worka z włosiennicy i przepraszać za to, że jeszcze żyją. Nie mogą dystansować się od swych posłanek i posłów, którzy mają odwagę publicznie skrytykować Kościół, czy klerykalną prawicę. Postawą wycofania się i odwrócenia od naturalnych wyborców nie odbudują zaufania społecznego, ani nie zdobędą ich sympatii. A nadal są w Polsce ludzie, którym zależy na zdrowych i przejrzystych relacjach państwa z kościołem. Ale może jest tak, że zamiarem kierownictwa lewicy jest definitywne uśmiercenie polityczne SLD i umieszczenie jej w muzeum partii politycznych III RP? Obserwując poczynania dzisiejszego szefostwa nie sposób odnieść innego wrażenia.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing