Kapitalistyczna commedia dell'arte Drukuj Email
Napisał(a): Agata Rozenberg [socjalizm.org]   
03.02.2008.

24 stycznia, po kolejnym kryzysie parlamentarnym, upadł włoski centrolewicowy rząd Romano Prodiego. Wydarzenie to zdaje się nie być żadnym novum na potwornie skomplikowanej i wewnętrznie podzielonej włoskiej scenie politycznej. Ma ono jednak miejsce w momencie, w którym różne grupy zawodowe Italii zaczęły odważniej wypowiadać się publicznie, zaś wyraziście lewicowe ugrupowania – formułować programy działania na przyszłość i wyprowadzać na ulice demonstracje o zadziwiającej liczebności.

Dla Prodiego rządzenie, a następnie nagła utrata władzy to nie pierwszyzna. Premierem był już dwukrotnie, w 1978 r. był ministrem przemysłu, zasiadał też w Komisji Europejskiej; słowem, od 40 lat należy do ważniejszych postaci włoskiego establishmentu. Mimo deklarowanej centrolewicowości, były szef rządu nie ma jednak w swoim dorobku żadnych istotnych lewicowych osiągnięć. W ostatnich wyborach parlamentarnych poparty został przez lewicę jako alternatywa wobec centroprawicowego Silvio Berlusconiego i jego zwolenników, głównie ze względu na brak innej, silnej kontrpropozycji.

Zamiast tego oglądaliśmy we Włoszech przez ostatnie miesiące dość żenujący spektakl władzy skorumpowanej, wściekłych sporów o stanowiska, pyskówek (incydent, w którym jeden z deputowanych centrum opluwa klubowego kolegę, był szeroko transmitowany) i całkowitego zagubienia wszelkiej ideowości. Trudno zresztą byłoby spodziewać się czegokolwiek innego, obserwując skład rzeczonej koalicji. Prodi skupił w swoim gabinecie chadeków, komunistów oraz kilka oportunistycznych partii centrowych (na ogół powstałych skutkiem rozłamów wśród jednej z dwóch poprzednich), gotowych poprzeć każdego, kto zaoferuje wpływ na rządzenie. Właśnie nagłe wycofanie się jednej z partyjek, grupki o nazwie UDEUR (posiadającej 3 parlamentarzystów i przypominającej strukturą raczej rodzinne przedsiębiorstwo), stało się gwoździem do trumny dawno już pogrążonego w agonii gabinetu. Zaiste wymowny koniec rządów opartych na lawirowaniu między biznesowymi grupami nacisku i jedną grupą oportunistów a drugą... Należy bowiem zauważyć, że polityka we Włoszech jest jednym z najbardziej klarownych przykładów na ścisły związek władzy i ekonomii w kapitalizmie. Niemal każdy polityk z Italii albo sam trudni się biznesem, albo też jest z nim ściśle związany przez rodzinę. Niemal każdy z tych polityków podporządkowuje głoszone idee aktualnym interesom. Rząd Prodiego, Berlusconiego czy kogo tam jeszcze – we Włoszech otwarcie mówi się o własnym interesie, a zyski stawia wyżej niż wyborców. Chyba że zbliżają się nowe wybory parlamentarne. Wtedy retoryka zmienia się o 180 stopni... ale tego chyba ludziom znającym polską demokrację nie trzeba tłumaczyć. Włoski parlament zdaje się nawiązywać do starej teatralnej tradycji commedia dell'arte – renesansowej tragikomedii opartej na improwizacji i swobodnym kształtowaniu scenariusza przez aktorów, którzy jednak musieli trzymać się pewnych określonych ram fabularnych.

Za kulisami

Teraz też na włoskiej scenie mamy scenariusz prosty, choć dający pole do popisu improwizatorom i z otwartym zakończeniem. Jest nim rywalizacja między włoskimi kapitalistami, którzy walczą o zyski i wpływy na wszelkich możliwych polach. Jednym z dwójki głównych aktorów jest Silvio Berlusconi, najbogatszy człowiek w kraju, pojawiający się na scenie często i z wielkim hałasem na czele swojej centroprawicowej partii Forza Italia. Z drugiej strony aktor mniej rzucający się w oczy, acz niemniej skuteczny – Luca Cordero di Montezemolo, szef głównej organizacji pracodawców i Ferrari, arystokrata formalnie niezaangażowany w politykę (jeszcze?), choć wypowiadający często głośno swoje opinie – we wiadomym celu. W rolach drugoplanowych od lat występuje ten sam tabun mniejszych posiadaczy, którzy również albo sami politykują, albo znajdują kogoś, kto zrobi to w ich imieniu. Nie będzie trudnością zgadnąć, w jakim kierunku szła polityka tworzona przez ludzi tak postawionych w kapitalistycznym społeczeństwie. Bilans ostatniego aktu przedstawienia - rządów „centrolewicowców” Prodiego to m.in. : reforma systemu emerytalnego, uderzająca w najstarszych, pobierających świadczenia obywateli, prawa zaostrzające imigrację, prywatyzacja linii lotniczych (wszystko inne sprywatyzowano już wcześniej... ) i zgoda na budowę bazy militarnej USA pod Vicenzą. Wszystko wbrew woli elektoratu, który nie chce jednak być tylko widzem we włoskim teatrze. Tylko przeciw budowie bazy protestowały na ulicach dziesiątki tysięcy Włochów. Za mało, by przekonać „centrolewicę”.

Zdrada reformistów

Gdzie była zatem partia komunistyczna? PRC, do spółki zresztą z kilkoma mniejszymi organizacjami z lewicą w nazwie, bezmyślnie poparła antypracownicze środki wprowadzane przez Prodiego. Zrobiono dokładnie nie to, czego swojego czasu domagali się związkowcy i pracownicy włoscy (chociaż oficjalnie wypowiedzi „komunistycznego” kierownictwa głoszą coś odwrotnego). Jest to zresztą kolejny przejaw niezwykle poważnego kryzysu włoskiej lewicy i związków zawodowych, wpisującego się w ogólne załamanie wszelkiej ideowości światowego reformizmu. Dochodzi pozornie do sytuacji patowej: masy pracownicze wychodzą na ulice i domagają się zmian prospołecznych, lecz brak kierownictwa uniemożliwia im wszelkie skuteczniejsze działania. Za każdym razem kończy się zatem na manifestacji siły, która skłania posiadaczy do krótkotrwałego zastanowienia się, niekiedy złagodzenia kursu, czasem tylko zawieszenia kolejnych antyspołecznych projektów. Ponieważ jednak kierownictwa pracowników nadal nie ma, to posiadacze w końcu wprowadzają w życie swoje pomysły i to oni w ostatecznym rozrachunku wychodzą na plus. Jest jeszcze aktywny i bynajmniej nie neutralny kościół katolicki, są grupy przestępcze (też powiązane z biznesem i niektórymi prawicowymi partiami) i mamy gotowy obraz Włoch, kraju, w którym kapitalizm okazuje się za słaby, by uporządkować lokalną scenę polityczną w kierunku korzystniejszego dla siebie podziału sił, a pracownicy z kolei niedostatecznie silni, by zapewnić sobie odpowiednią reprezentację i prawa.

Po upadku gabinetu Prodiego jego miejsce zajął „tymczasowy” rząd Francesco Mariniego, chadeka, byłego związkowca zawodowego i kolejnego ze starych włoskich polityków. Italia zna dobrze praktykę takich „rządów tymczasowych”, które miały jedynie dotrwać do przepisowych wyborów bez skracania kadencji. To właśnie tego typu rządy wprowadzały najbardziej antyspołeczne uchwały w sprawach emerytur, szkolnictwa, służby zdrowia... Wie o tym dobrze di Montezemolo, gdy znów w pozornie neutralnej wypowiedzi domaga się pozostawienia temu rządowi wolnej ręki i nieprzyspieszania wyborów. Obóz szefa Ferrari, Romano Prodiego i im podobnych, choć głośno mówi o demokracji (bo czy jest lepsza wymówka?), tak naprawdę robi co może, by nie oddać władzy konkurencyjnemu obozowi. Berlusconi nie pozostaje mu dłużny. Nawołuje do nowych wyborów i grozi nowym marszem na Rzym. Wie dobrze, że inicjatywa jest teraz po jego stronie – gdyby wybory odbyły się w najbliższym czasie, powróciłby układ sprzed rządów Prodiego. Choć z punktu widzenia zwykłego Włocha to, kto rządzi, to tak naprawdę żadna różnica.

Komedia władzy, tragedia życia

Niezależnie od oficjalnie rządzącego obozu, sytuacja włoskich pracowników pogarsza się powoli, acz z nieubłaganą systematycznością. Wiele zakładów pracy już teraz przedłuża ustawowy czas pracy, zaś pogarszanie się warunków pracy, ustawodawstwa socjalnego i trudności czynione związkom zawodowym czynią Włochy jednym z najmniej przyjaznych pracownikom krajów Europy Zachodniej. Od 2000 r. robotnicy nie dostali żadnej podwyżki płac – za to koszta utrzymania wzrosły prawie trzykrotnie. W  grudniu 2007 r. turyńskie zakłady ThysenKruppa stały się areną przerażającego wypadku – siedem osób zmarło na skutek poparzenia wrzącym olejem, gdyż pracodawca nie zadbał o maszyny gaszące w razie pożaru w hali produkcyjnej. Niejako „przy okazji” wyszło też na jaw, że część załogi była zmuszana do pracy po 12 godzin dziennie... Trudno się więc dziwić, że nastroje włoskich pracowników są zdecydowanie lewicowe, a oni sami niezwykle żywo reagują na każde wezwanie do wyjścia na ulicę, do protestu, wykrzyczenia swoich problemów i postulatów. Pracownicy z jednej strony widzą, że biurokraci związkowi i PRC już nie raz zwyczajnie ich sprzedali. Nadal jednak zwracają się do tych tradycyjnych organizacji, gdyż nie widzą innej możliwości.

Co dalej? Opcji jest kilka. Nowe wybory – już raczej mało prawdopodobne. Zmontowanie nowego rządu – już prędzej. Pytanie brzmi tylko, czy rząd ten będzie jeszcze bardziej skomplikowany i bezideowy niż poprzedni. Bo to, że w jego skład będą musiały wejść kanapowe partie centrum jest nie do uniknięcia. Teoretycznie pozostaje jeszcze opcja wielkiej koalicji największych ugrupowań i ostateczne ustalenie przez nie zmian w prawie wyborczym, które system dwupartyjny (w najlepszym razie dwublokowy) utrwalą, zapewniając liberalnej demokracji stabilniejsze ramy. Rozwiązanie to, choć nadal mało prawdopodobne wobec zażartej rywalizacji wśród włoskich posiadaczy, wraca jako propozycja coraz to nowych polityków, zwłaszcza po szczególnie licznych protestach, które każą włoskiemu establishmentowi zastanawiać się nad środkami ratowania skóry, póki to jeszcze możliwe. Protesty społeczne narastają. Jest to moment szczególny dla włoskich marksistów. Ich miejsce jest wśród protestujących pracowników, którzy nie tracą wiary w sens walki o sprawiedliwość społeczną mimo kolejnych zdrad związkowych liderów. Mają im do zaoferowania rzecz podstawową – rewolucyjne przywództwo. Jeśli zadanie to wykonają na miarę swoich możliwości – Włochy w końcu dostaną prawdziwą szansę wydobycia się z kryzysu.
 
***
 
6 II, z ostatniej chwili:
Przedterminowe wybory we Włoszech jednak się odbędą w dniach 13 – 14 kwietnia. Rząd „tymczasowy” nie zyskał niezbędnego poparcia centroprawicowej opozycji i nie zdołał przeforsować zmian w ordynacji wyborczej. Prezydent Giorgio Napolitano zdecydował się na rozwiązanie parlamentu. Silvio Berlusconi, faktycznie pewny zwycięstwa, zaczął już nieoficjalną kampanię wyborczą, mając za głównego rywala „centrolewicowca” Waltera Veltroniego. Być może jest to ostatnia kampania wyborcza prowadzona w systemie partyjnego rozbicia. Wypowiedzi obu adwersarzy wskazują bowiem bez cienia wątpliwości, że posiadacze włoscy mają dość niestabilnego i potencjalnie niebezpiecznego parlamentaryzmu i chcieliby, żeby system, w którym w sejmie zasiada 39 ugrupowań (!), zastąpił spokojny układ z dwiema dominującymi partiami. 
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing