|
Połowa ludzkości zarabia około 5% światowego dochodu. |
| Iraq - be or not to be |
|
|
| Napisał(a): Andrzej Gwarda | |
| 04.01.2008. | |
|
Czy naprawdę zamachowcy, przeprowadzający regularnie ataki na ludność cywilną w Iraku, są również regularnie chwytani i osądzani? Czy zachodnia interpretacja Koranu nie jest czasem błędnie rozszyfrowywana przez specjalistów od systemów politycznych, którzy tak uwierzyli w możliwość zaszczepienia demokratycznych wartości na Bliskim Wschodzie poprzez politykę strachu i szantażu? Wreszcie jaki jest sens jeszcze raz po blisko 1000 lat organizować zbrojne krucjaty na Bliski Wschód, skoro one i tak, jak ich poprzedniczki, zakończą się fiaskiem i kompromitacją zachodniej doktryny siły i intelektualizmu. Jeśli są na świecie jeszcze ludzie, którzy w dalszym ciągu wierzą w mit istnienia broni masowego rażenia nad Eufratem i Tygrysem, oznacza to, że skutecznie są manipulowani przez co niektóre media. Nagła zmiana priorytetu na obalenie reżimu Saddama Husseina dodatkowo pogarszała sprawę, jeśli chodzi o inteligentniejszą część widowni, która początkowo urzeczona „misją” poparła sektorowo kampanię. Sektorowo, czyli tylko niektóre jej aspekty, jak choćby likwidację niebezpiecznych arsenałów. I wszystko byłoby idealnie, gdyby nie fakt, że po pociskach ani śladu. Dodatkowo częste zamachy, śmierć amerykańskich żołnierzy, a także liczne demonstracje antywojenne, umożliwiły przeciwnikom Busha jr. spełnienie swoich najskrytszych snów a mianowicie spadku poparcia dla prezydenta. I tendencja ta utrzymywałaby się, gdyby nie nagły zwrot w sprawie poszukiwań Saddama Husseina, a ściślej jego złapanie. Były prezydent Iraku, oraz przywódca partii BAAS użyczył swojego karku, jako swoistej trampoliny, odskoczni dla George’a Busha, który pomału tonął zarówno wśród sondaży, jak i pośród wskazówek udzielanych mu przez spanikowanych doradców. Społeczeństwo amerykańskie uwierzyło, że nigdy więcej nie zobaczy w telewizji na kanale CNN, jakiś wąsaty brunet grozi z kałasznikowem w ręku zagładą ich Ojczyzny. Byli uradowani i dumni z decyzji prezydenta, który w końcu złapał bliskowschodniego recydywistę burzącego naturalny (czyt. amerykański) porządek świata. Gdyby tylko ten recydywista był w stanie, choćby u szczytu swojej potęgi, wystrzelić jakąkolwiek rakietę w kierunku Stanów Zjednoczonych... Bushowi zdecydowanie pomogło umiejętne przygotowanie narodu amerykańskiego do wojny. Bardzo wierzący, protestanci, stanowiący blisko 90% wyznawców w USA, zaaprobowało mistyczny charakter misji w Iraku. Umiejętne wplecenie wątku mesjańskiego znacznie pomogło Amerykanom uwierzyć, że tylko oni są w stanie oswobodzić nie tylko Irak, ale i cały świat z szaleńczego postępu irackiego reżimu. Dodatkowo (a może przede wszystkim) ważną przyczynę działań wojennych determinowały ceny ropy naftowej na światowych rynkach, które nie do końca zwiastowały pomyślność. Kontrolowanie tych złóż na pewno jest bardziej uspokajające niż obserwowanie sytuacji tysiące kilometrów od szybów naftowych. Świadczą o tym między innymi znaczne spadki cen surowca zaraz po rozpoczęciu operacji. W każdym razie po blisko 4 latach od uderzenia i opanowania serca Bliskiego Wschodu, nie widać żadnych perspektyw na poprawę nie tylko stabilizacji, ale tego co jest najważniejsze- a mianowicie sytuacji materialnej ludności. W jaki sposób można krzewić u zacofanych cywilizacyjnie społeczeństw podstawowe zasady demokracji, skoro codziennie dziesiątki obywateli irackich ginie na ulicach własnych miast z rąk własnych rodaków. Obecność wojsk amerykańskich i europejskich w Iraku nie poprawia wcale nastrojów wśród ludności, wręcz przeciwnie, generuje patologie, które, zamiast odbudowywać, jeszcze głębiej spychają kraj w chaos i biedę. Warto tutaj posłużyć się wzrostem liczby zamachów od roku 2003 do 2007. Liczba ta zwiększyła się kilkakrotnie, a wcale nie jest powiedziane, że będzie spadać. Amerykanie już dawno stracili grunt pod nogami, a obecnie dochodzi jeszcze aspekt spięć w północnym Iraku, gdzie Kurdowie organizują wypady na tureckie terytorium. Turcy nie pozostają dłużni i odpowiadają ostrzałem górskich kanionów na granicy z Irakiem. Otwarcie drugiego frontu byłoby zniszczeniem tego, co przez 4 lata udało się Amerykanom osiągnąć. I znowu najbardziej ucierpiałaby na tym ludność cywilna. W dodatku inwazja na Irak ułatwiła innemu nieprzychylnemu USA państwu reaktywację swoich uśpionych aspiracji do dzierżawienia władzy na Bliskim Wschodzie. Mowa tutaj o Iranie. Tyle, że w tym wypadku Bush nie będzie mógł już sobie bez mandatu ONZ, dokonać swobodnej operacji, która zapewne zostałaby „zawetowana” przez wszystkich członków Rady Bezpieczeństwa ONZ. Podsumowując, jestem troszeczkę uspokojony deklaracją nowego-starego premiera, jakoby polscy żołnierze mieli wrócić w 2008 roku do domu. Choć deklaracja to jeszcze nic. Zdecydowana większość polskiego społeczeństwa domaga się natychmiastowego powrotu, odpowiednio udokumentowanego w postaci ustawy. Żywię też, prawdopodobnie złudną, nadzieję, iż tego samego zdania będzie nowy prezydent USA. Choć z drugiej strony Amerykanom będzie o wiele ciężej opuścić „starożytną Mezopotamię”. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |