|
Poziom produkcji w naszym kraju w 2003 roku był o 60% wyższy niż w 1989. Jednocześnie realne płace pozostały na właściwie nie zmienionym poziomie. |
| Ogień i krew na paryskich przedmieściach |
|
|
| Napisał(a): Agata Rozenberg [socjalizm.org] | |
| 03.12.2007. | |
|
Niedziela 25 listopada, wieczór w położonym na północ od Paryża Villiers-le-Bel, miasteczku zamieszkanym przede wszystkim przez imigrantów. Dwójka nastolatków – oczywiście ciemnoskórych – jadąc na motorze zderza się z policyjnym samochodem. Tyle wiadomo na pewno. Siły porządkowe utrzymują, że młodzi ludzie poważnie przekroczyli prędkość. Naoczni świadkowie mówią o ucieczce policjantów z miejsca wypadku. W kilka godzin później na ulicach Villiers-le-Bel pojawiają się pierwsze grupy młodych ludzi, podpalających samochody. Następnej nocy zamieszki rozszerzą się na sąsiednie Arnouville i Longjumeau. W Arnouville spłonął dworzec, w Villiers - biblioteka miejska. Już teraz jest 82 rannych, a młodzi ludzie są agresywni i zdeterminowani. Jest podobnie, jak w 2005 r., a pod pewnymi względami jeszcze gorzej. Ciemnoskórzy nastolatkowie są zorganizowani w uzbrojone grupy, nierzadko posługujący się bronią palną. Wszyscy otwarcie wyrażają nienawiść do policji i prawicowego rządu. Wyzwiska pod adresem prezydenta Sarkozy'ego nie nadają się do powtórzenia. I, co więcej, postawa młodzieży zyskuje poparcie wśród dorosłych mieszkańców przedmieść. Ci wprawdzie nie palą samochodów, ale nie ustępują im w głośnej krytyce policji. Domagają się wyjaśnienia okoliczności wypadku, do jakiego doszło 25 listopada. Mieszkańcy Villiers – także rodowici Francuzi – jednym głosem mówią o pogardliwym stosunku policjantów do ciemnoskórej ludności, o rasistowskich szykanach, a nawet świadomym prowokowaniu wypadków, o które następnie oskarżani byli imigranci. Wg naocznych świadków tak mogło być i tym razem. Policja jednak ograniczyła się do wydania komunikatu o winie kierującego motocyklem i uznała sprawę za zamkniętą. We wtorek w Villiers-le-Bel zjawia się premier Francji François Fillon. Buńczucznie zapewnia o tym, że winni zamieszek zostaną surowo ukarani, jak zwykli kryminaliści. Ani słowa o wyjaśnieniu niezupełnie konkretnych okoliczności tragicznego wypadku. A przecież nie wiadomo nawet, który z policjantów prowadził w ten wieczór samochód. Żadnego ustosunkowania się do coraz bardziej brutalnego zachowania policji wobec imigrantów, nawet zupełnie przypadkowo spotkanych na ulicy. Wkrótce potem prezydent Sarkozy zwołuje sztab kryzysowy. W wystąpieniu mówi o „planie Marshalla” dla przedmieść. Podobno chce walczyć z bezrobociem wśród imigrantów, zapewnić im lepszą edukację i poprawić warunki bytowania. Reakcja jest jednak inna niż do tej pory. Francuzi zdają się przestawać wierzyć w to, że prezydent wie najlepiej, jak rozwiązać kwestię imigracji. Szkoda tylko, że nikt z pierwszoplanowych polityków poza nim nie poruszył tego problemu. Partia Socjalistyczna jakby niczego nie zauważyła. Również przywództwo komunistów zachowuje milczenie. To pierwsza tak spektakularna klęska Nicolasa Sarkozy'ego. Co więcej, odniesiona na polu, które niegdyś pozwoliło mu pokonać w wyborach prezydenckich kandydatkę socjalistów Segolene Royal. Sarkozy od początku głosił konieczność zamordystycznej polityki wobec imigrantów. W typowo prawicowym stylu miał zamiar leczyć objawy społecznej choroby, ignorując jej przyczyny. Zamiast zwrócić uwagę na panujące na przedmieściach fatalne warunki mieszkaniowe, dyskryminację imigrantów w szkołach, na uczelniach i rynku pracy, Sarkozy rozwodził się o zagrożeniu, jakie imigranci niosą dla rozwoju francuskiej kultury i wskazywał ich jako źródło wszystkich nieszczęść Francji. Jednocześnie uskarżał się na brak ich chęci do asymilacji i piętrzył przed nimi przeszkody na tej drodze. Ponieważ jednak rasistowskie wypowiedzi sprzed kampanii kosztowały go kilka procent poparcia, ostatecznie przedstawił jako swój program wariant kompromisowy – równoczesne zaostrzenie kar za wykroczenia (co wobec stosunku policji do imigrantów musiało w nich uderzyć) i inwestycje w edukację na przedmieściach. Miał też walczyć z bezrobociem wśród ich mieszkańców. Ten ostatni postulat został przepisany z programu lewicowej rywalki w momencie, gdy okazało się, że głosy imigrantów mogą zaważyć na wyborze głowy państwa. Dlatego żadnej walki z bezrobociem nie było. Wręcz przeciwnie. Samochody nadal płoną na ulicach aglomeracji paryskiej. Podobnie jak w 2005 r., niszczący samochody i budynki młodzi ludzie nie mają politycznych postulatów. Nie jest to szerzej zorganizowany ruch z programem pozytywnym. W ich wypowiedziach przebija jedynie ogromne rozgoryczenie. Czują się obywatelami drugiej kategorii, na każdym kroku dostrzegają dyskryminację ze strony państwa. Nadzieja, jaką na chwilę dali imigrantom politycy – kandydaci na fotel prezydencki, teraz opuściła mieszkańców przedmieść. Kampania się skończyła. Czołowe postacie francuskiej sceny politycznej odwiedzają przedmieścia już tylko po to, by potępić ich mieszkańców i zapowiedzieć jeszcze surowsze ich traktowanie. Sarkozy zachęca nawet swój prawicowy elektorat, by „piętnował aspołeczne postawy imigrantów”, zapewniając równocześnie, że każdy ciemnoskóry obywatel (o ile przeszedł przez sito zaostrzonej w ostatnim roku ustawy o nadawaniu obywatelstwa francuskiego), który wykazał chęć do nauki i pracy, zostanie wynagrodzony. Tymczasem przeciętny imigrant, nawet jeśli uśmiechnie się do niego szczęście i zostanie przyjęty do pracy, może ... po prostu do niej nie dojechać. Przedmieścia takie jak Clichy-sous-Bois, gdzie dominuje ludność etnicznie niefrancuska, nie są nawet dobrze skomunikowane z resztą aglomeracji paryskiej. Lokalne władze dostrzegły zresztą problem i wielokrotnie zabiegały o zmianę sytuacji. W przypadku Clichy o decyzji zarzucenia planu przedłużenia linii kolei podmiejskiej łączącej centrum Paryża z niedalekim Raincy zadecydowała postawa mieszkańców tego ostatniego. Raincy to elegancka miejscowość zamieszkania przez zamożną klasę średnią, która po prostu nie życzy sobie „gorszych” mieszkańców Francji w swoim miasteczku. Co nie przeszkadza jej utyskiwać na postawę imigrantów wobec władz państwowych i policji. To, w jaki sposób we Francji zostanie rozwiązany problem imigrantów, może w istotny sposób zaważyć na przyszłości tego kraju. Ostatnie wydarzenia przekonują dobitnie, że – zgodnie z wcześniejszymi prognozami lewicy – zamordystyczna polityka Nicolasa Sarkozy'ego przyniosła rezultaty odwrotne od zapowiadanych. Nie da się walczyć z problemem, likwidując tylko jego objawy. Niezależnie od tego, czy zamieszki w Villiers rozleją się – jak w 2005 r. - poza Paryż, czy pozostaną problemem lokalnym, są one najlepszym dowodem na to, że kwestię imigrantów trzeba rozwiązywać inaczej. Trzeba skończyć z rasizmem i dyskryminacją w szkołach i na rynku pracy, a także przestać przypisywać ciemnoskórym mieszkańcom Francji cechy demoniczne. To tacy sami ludzie, jak wszyscy. I tak samo, jak wszystkich, kształtuje ich środowisko. Warto, by francuskie koła rządowe w końcu dostrzegły tę prostą prawdę... |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |