|
W mediach rozpętała się burza. Z odbiorników telewizyjnych i radiowych wylewa się fala rozczarowania johannesburskim „Szczytem Ziemi”. Według tego co donoszą wszystkie serwisy informacyjne - i polskie i zagraniczne - światowa opinia publiczna jest oburzona.
Po raz kolejny, Ci którzy naiwnie liczą na to, że sprawy ekologii można rozwiązać na międzynarodowych spotkaniach mniej i bardziej mocarnych włodarzy tego świata srogo się zawiedli. Po raz kolejny zawiedli się także Ci, którzy - równie naiwnie - wierzą, że ekologia jest zagadnieniem apolitycznym.
Skąd się bierze tak potężne zanieczyszczenie?
Bynajmniej nie z nieba. Jest z premedytacją powodowane i gdyby się odrobinę wysilić, to można dokonać wręcz kilku personalnych wskazań ludzi za to odpowiedzialnych.
Oczywiście, daleki jestem od snucia jakichkolwiek spiskowych teorii, nie uważam też, że ktokolwiek przyczynił się do zanieczyszczenia Ziemi w mniejszym lub większym stopniu z powodu wrodzonej sobie degeneracji. Nie jestem bowiem wyznawcą tego idiotycznego, metafizyczno-deterministycznego poglądu o tym, że ludzie to parszywe stworzenia, które i tak kiedyś dokonają w końcu nieświadomej samozagłady. Czasami czynione jest to z powodu - obligatoryjnej w kapitalizmie - konieczności powiększania swoich dochodów, by móc utrzymać się na rynku, jak w przypadku wszelkiej maści biznesmenów - posiadaczy wielkich fabryk; czasami czynione jest to z czystego imbecylizmu - jak w przypadku G. W. Busha - człowieka o mózgownicy najdalej pitekantropusa.
By jednak wyjaśnić to w sposób nieco bardziej dokładny, zgłębić trzeba wariant „zanieczyszczacza” nr 1 - kapitalisty, właściciela zakładu produkcyjnego, który emituje w powietrze trujące substancje chemiczne. Otóż pan ów, względnie zespól panów (rzadko pani), ma jeden i tylko jeden cel - powiększyć zysk, swój i swojego przedsiębiorstwa. Niektórzy mogli by zadać pytanie „dlaczego?”, skoro wszyscy oni mają kasy jak lodu, a zwiększanie dochodu na siłę jest dla nich też pewnym kłopotem, choćby organizacyjnym. Zgadza się! Pewnie wielu z nich chętnie dałoby już spokój i przeprowadziło się na Mauritius gdzie sącząc Pina Coladę doczekali by swego końca. Niektórzy ustępują miejsca młodszym orłom biznesu i tak właśnie robią, inni natomiast silą się na wytrwałość i kombinują. Nie znaczy to jednak, iż urodzili się „kombinatorami”. Do tegoż kombinowania zmuszani są przez światowe stosunki ekonomiczne. Zasada jest z grubsza prosta - albo będziesz lepszy albo konkurencja Cię zje, albo będziesz się starał albo bez żenady zostaniesz spuszczony na dno den. Robią więc swoje szefowie i właściciele. Starają się pilnie wygenerować coraz większe zyski, podbijają nowe rynki, podkładają świnie innym wewnątrz tej samej branży, dokonują przestępstw gospodarczych itd.
Oprócz manipulacji nazwijmy to aktywnych, z miłą chęcią posuwają się oni do manipulacji biernych. Mam tu na myśli wszelkie oszczędności. W pierwszym rzędzie oszczędza się na pracownikach. Dokonuje się masowych zwolnień, większą ilością pracy, hojnie obdarowując jednocześnie resztę załogi (oczywiście bez podwyżki! nie bądźmy dziećmi). Niemniej jakaś ilość załogi jest potrzebna do realizacji produkcji. Wtedy zaczynają się właśnie cięcia związane z ekologią i bezpieczeństwem pracy. I żaden z tych panów nigdy nie będzie proekologiczny, choćby nawet nie wiem jak tego chciał, bo wówczas nie będzie konkurencyjny i wkrótce będzie musiał wywiesić na rubinowej klameczce swojego gabinetu tabliczkę z ręcznie odmalowanym „out of busines”.
Przyczyną tak tragicznej destrukcji środowiska naturalnego naszej planety jest kapitalizm sam w sobie. Lewica wyjaśniła to już dawno temu i od lat na to wskazuje.
Oni tego za nas nie zrobią
Problem ekologii istnieje od dekad. Od momentu kiedy sprawa zanieczyszczenia środowiska naturalnego ujrzała światło dzienne jacyś ludzie zbierają się na rozmaitych konferencjach, debatach, spotkaniach, szczytach, rozmowach, rokowaniach itd. Wszystkie one polegają na nędznym ględzeniu przy bezwstydnie wystawnych bankietach, które i tak nie ma prawa niczego zmienić. Podkreślenie tych słów jest celowe. Otóż nie ma, nie było i nie będzie na świecie nikogo kto świadomie działałby przeciwko samemu sobie. Wyłączamy oczywiście z tej kategoryzacji wszelkich religijnych psychopatów i dewotów, którzy w imię tego czy innego bożka zadają sobie rany, nie jedzą, albo dokonują innych aktów czystego masochizmu. Niemniej, ludzie zdrowi, ze swej natury nie podejmują żadnych działań, które mogłyby im zaszkodzić. Ponieważ rządzący establishment polityczny reprezentuje interesy klasy bogatych posiadaczy fabryk i nie tylko, trudno oczekiwać by nagle zaczęli sprzyjać ekologom bądź pracownikom (w zasadzie sprowadza się to do jednego, ale o tym kiedy indziej). Skoro cała dzisiejsza elitka - i to w skali ogólnoświatowej - jest finansowana z kieszeni skorumpowanej kliki oligarchów, której reprezentantów zwykło się nazywać ‘przedsiębiorcami’, to trudno się dziwić ścisłej zależności tejże międzynarodowej elitki od międzynarodowego kapitału. To jedno.
Druga sprawa jest taka, że większość panów posłów, panów prezydentów, panów premierów, panów ministrów, królów i innych niewydarzonych bałwanów, jest jakimś tam trybem lub trybikiem międzynarodowego kapitalizmu. Czy to przez swoje (lub swojej administracji) powiązanie z korporacjami, udziały w wielkich firmach lub prymitywną korupcję, polegającą na finansowaniu kampanii wyborczej tego czy innego senatora/posła/prezydenta. Najlepszym przykładem tego był padnięty już Enron, po którym do dziś ciężko się sprząta z powodu afery w księgowości i powiązań z amerykańską administracją prezydencką. Jeden z klasyków marksizmu, pisał, iż z upływem czasu, rozwojem sił wytwórczych i zależności kapitalistyczno-rynkowych coraz większa ilość kapitału gromadzona jest w coraz mniejszej ilości rąk co z kolei powoduje to, że państwo z całą swoją strukturą staje się (szczególnie dziś!) de facto instrumentem służącym lokalnej oligarchii do realizacji swoich zamierzeń.
W związku z powyższym doprawdy dziecinną naiwnością jest bezsilne załamywanie rąk i tracące histeryczną paniką lamentowanie: „politycy znowu nic nie załatwili!”, „nie zrobiliśmy żadnego kroku naprzód!”, „znów stoimy w punkcie wyjścia!”, „czy oni nigdy się nie zmienią?” itp. itd.
Nie chciałbym posuwać się do mentorstwa, ale... Moi drodzy - nie: oni się już nigdy nie zmienią, bo nie będą robili niczego przeciwko sobie, nigdy nie ruszymy z punktu wyjścia choćby nie wiem jak wielu delegatów podpisało nie wiem jak ślicznie brzmiące deklaracje i protokoły. Oni to oni - wypuszczający setki tysięcy metrów sześciennych trujących gazów w powietrze i spuszczający toksyczne ścieki do rzek, posiadający wielki kapitał i posiadający dziś władzę polityczną. To wciąż jedna i ta sama grupa bogaczy prześcigających się w swoim ślepym i nieokiełznanym dążeniu do zysku oraz ich polityczną przybudówką terroryzująca już od dziesięcioleci świat swoją obojętnością nie tylko na sprawy ekologii, ale na inne codzienne tragedie rozgrywające się na całym globie.
Ślepa uliczka?
Bynajmniej. Każdy problem jest do rozwiązania dopóki nie jest za późno…
Rozwiązanie problemu ekologii leży jednak nie w zajmowaniu się ekologią w oderwaniu od wszystkiego innego i brnięciu w Greenpeace’owską ideę blokowania transportów ropy naftowej itp. Problem ekologii rozpatrywać należy mając na uwadze szerokie spektrum problemów ekonomicznych i społecznych na świecie. Ekologia jest jednym z problemów, które trzeba powiązać z pewną całością, jest ważnym, acz jednym z wielu elementów które ulegają dziś skrajnej patologizacji.
Kwestia ekologiczna nie może być i nie będzie na dłuższą metę rozwiązana na bazie istniejących stosunków gospodarczo-społecznych. Dopóki nie zostanie przełamany szalony mechanizm indywidualnej pogoni za zyskiem w imię „istnienia na rynku” nie tylko będziemy wciąż brnęli w stronę ekologicznej zapaści, ale totalnego barbarzyństwa. Nie bez racji - jak się okazuje - marksiści wołają od jakichś stu lat: „socjalizm albo barbarzyństwo”. Warto te słowa wspomnieć, przeanalizować obecną sytuację i postarać się o głębszą refleksję.
Już dziś (choć bynajmniej nie pierwszy to raz w historii) pojawiają się symptomy szczerego, oddolnego ruchu protestu. Nawet organizacje pozarządowe, które są w swej znakomitej większości tak samo szkodliwe, jak krajowe rządy, zaczynają z wolna dochodzić do opamiętania. Przejawiło się to kolejną masową mobilizacją przeciwko szczytowi, którą media okrzyknęły „antyglobalistyczną”.
Kierunek jest dobry. To doprawdy fascynujące jak szybko ludzie się uczą, iż jedyną drogą do realizacji jakichkolwiek zmian jest masowy opór i masowy protest. Tego typu akcje - aby osiągnęły swój cel - wymagają jednakże odpowiedniej koordynacji i kierownictwa. Potrzebne są zorganizowane kadry osób, które jako element tego ruchu dzięki swym pomysłom na świat i umiejętności odpowiedniego ich przedstawiania, poprowadzą ten ruch ku zwycięstwu. Dziś, gdy setki tysięcy ludzi uczestniczących we wszelkich demonstracjach i strajkach zaczyna zadawać fundamentalne pytania o naszą wspólną przyszłość, musi znaleźć się ktoś, kto będzie w stanie dać na nie sensowną odpowiedź.
Do tego z kolei zdolna jest - i zawsze będzie - jedynie lewica, nie ta socjaldemokratyczna, która dawno temu zrejterowała już z pola walki, ale ta marksistowska, która przeżywa dziś wielki renesans.
Alternatywa
Narzekanie - nawet to konstruktywne - jest w ostatecznym rozrachunku mało kreatywne. Lewica ma tę jednak zaletę, że opierając się na swej filozofii społecznoekonomicznej jest w stanie wygenerować alternatywę, albo przynajmniej wskazać generalny kierunek zmian.
Także i w tym przypadku nie pozostajemy gołosłowni, ale przedstawiamy postulaty i żądania, których spełnienie gwarantuje jakiekolwiek realne zmiany.
Znacjonalizować największe zakłady produkcyjne oddawszy je pod kontrolę ludzi w nich zatrudnionych!
Dopóki największe przedsiębiorstwa będą znajdywały się w prywatnych rękach nie ma najmniejszych szans na ustanowienie sensownego trybu produkcji służącej społecznemu zapotrzebowaniu, a nie zyskowi szefa i rady nadzorczej. Nacjonalizacja sama w sobie to za mało, zakłady należy uspołecznić - umożliwić pracownikom tychże tworzenie samodzielnych instytucji kierowniczych.
Skończyć z rynkowym chaosem i koniecznością pogoni za indywidualnym zyskiem, zastępując to w pełni demokratycznym planem produkcji!
Przejęcie zakładów produkcyjnych przez państwo i pracownicze samorządy to instrument, który posłuży do nawiązania ścisłej współpracy międzybranżowej oraz koordynacji produkcji w skali zarówno regionalnej jak również krajowej i globalnej.
Zrestrukturyzować system produkcji przemysłowej dostosowując go do potrzeb społecznych, a nie konieczności stałego zwiększania zyskowności!
Produkować należy tyle ile jest danego produktu potrzebne, a nie tyle żeby zbić na tym jak największy pieniądz oszczędzając na wszystkim co się da! Rozmaite zakłady produkcyjne, które dziś funkcjonują w ramach oszalałej rynkowej konkurencji muszą ze sobą współpracować.
Ktoś mógłby zapytać „a co z ekologią?” przecież o to w tym wszystkim chodzi. Cóż… Odpowiedź jest dość prosta. Ekologia kryje się w tle tych przemian. Zarówno fabryki jak i wszelkie zakłady związane z przetwórstwem, które dla swego funkcjonowania wymagają używania niebezpiecznych substancji chemicznych zaczną wdrażać odpowiednie technologie ekologiczne. Dlaczego? A no dlatego, że ludzie nie są - co wspominałem na początku - tępawymi kreaturami dążącymi do masowego samobójstwa, lecz rozumnymi istotami i nie działają przeciwko samemu sobie. W końcu jeśli los naszych zakładów pracy znajdzie się bezpośrednio w naszych rękach, jeśli będziemy realnie zdolni do kształtowania warunków naszej pracy, jeśli będziemy mieli wpływ na przebieg produkcji to czy będziemy robili sobie samemu i sobie wzajemnie krzywdę wylewając truciznę do rzeczki, z której czerpią lokalne wodociągi? No, to wszyscy musielibyśmy być George’ami W. Bushami… Znacjonalizować największe zakłady produkcyjne oddawszy je pod kontrolę ludzi w nich zatrudnionych!
Dopóki największe przedsiębiorstwa będą znajdywały się w prywatnych rękach nie ma najmniejszych szans na ustanowienie sensownego trybu produkcji służącej społecznemu zapotrzebowaniu, a nie zyskowi szefa i rady nadzorczej. Nacjonalizacja sama w sobie to za mało, zakłady należy uspołecznić - umożliwić pracownikom tychże tworzenie samodzielnych instytucji kierowniczych.
Skończyć z rynkowym chaosem i koniecznością pogoni za indywidualnym zyskiem, zastępując to w pełni demokratycznym planem produkcji!
Przejęcie zakładów produkcyjnych przez państwo i pracownicze samorządy to instrument, który posłuży do nawiązania ścisłej współpracy międzybranżowej oraz koordynacji produkcji w skali zarówno regionalnej jak również krajowej i globalnej.
Zrestrukturyzować system produkcji przemysłowej dostosowując go do potrzeb społecznych, a nie konieczności stałego zwiększania zyskowności!
Produkować należy tyle ile jest danego produktu potrzebne, a nie tyle żeby zbić na tym jak największy pieniądz oszczędzając na wszystkim co się da! Rozmaite zakłady produkcyjne, które dziś funkcjonują w ramach oszalałej rynkowej konkurencji muszą ze sobą współpracować.
Ktoś mógłby zapytać „a co z ekologią?” przecież o to w tym wszystkim chodzi. Cóż… Odpowiedź jest dość prosta. Ekologia kryje się w tle tych przemian. Zarówno fabryki jak i wszelkie zakłady związane z przetwórstwem, które dla swego funkcjonowania wymagają używania niebezpiecznych substancji chemicznych zaczną wdrażać odpowiednie technologie ekologiczne. Dlaczego? A no dlatego, że ludzie nie są - co wspominałem na początku - tępawymi kreaturami dążącymi do masowego samobójstwa, lecz rozumnymi istotami i nie działają przeciwko samemu sobie. W końcu jeśli los naszych zakładów pracy znajdzie się bezpośrednio w naszych rękach, jeśli będziemy realnie zdolni do kształtowania warunków naszej pracy, jeśli będziemy mieli wpływ na przebieg produkcji to czy będziemy robili sobie samemu i sobie wzajemnie krzywdę wylewając truciznę do rzeczki, z której czerpią lokalne wodociągi? No, to wszyscy musielibyśmy być George’ami W. Bushami… Skończyć z rynkowym chaosem i koniecznością pogoni za indywidualnym zyskiem, zastępując to w pełni demokratycznym planem produkcji!
Przejęcie zakładów produkcyjnych przez państwo i pracownicze samorządy to instrument, który posłuży do nawiązania ścisłej współpracy międzybranżowej oraz koordynacji produkcji w skali zarówno regionalnej jak również krajowej i globalnej.
Zrestrukturyzować system produkcji przemysłowej dostosowując go do potrzeb społecznych, a nie konieczności stałego zwiększania zyskowności!
Produkować należy tyle ile jest danego produktu potrzebne, a nie tyle żeby zbić na tym jak największy pieniądz oszczędzając na wszystkim co się da! Rozmaite zakłady produkcyjne, które dziś funkcjonują w ramach oszalałej rynkowej konkurencji muszą ze sobą współpracować.
Ktoś mógłby zapytać „a co z ekologią?” przecież o to w tym wszystkim chodzi. Cóż… Odpowiedź jest dość prosta. Ekologia kryje się w tle tych przemian. Zarówno fabryki jak i wszelkie zakłady związane z przetwórstwem, które dla swego funkcjonowania wymagają używania niebezpiecznych substancji chemicznych zaczną wdrażać odpowiednie technologie ekologiczne. Dlaczego? A no dlatego, że ludzie nie są - co wspominałem na początku - tępawymi kreaturami dążącymi do masowego samobójstwa, lecz rozumnymi istotami i nie działają przeciwko samemu sobie. W końcu jeśli los naszych zakładów pracy znajdzie się bezpośrednio w naszych rękach, jeśli będziemy realnie zdolni do kształtowania warunków naszej pracy, jeśli będziemy mieli wpływ na przebieg produkcji to czy będziemy robili sobie samemu i sobie wzajemnie krzywdę wylewając truciznę do rzeczki, z której czerpią lokalne wodociągi? No, to wszyscy musielibyśmy być George’ami W. Bushami… Zrestrukturyzować system produkcji przemysłowej dostosowując go do potrzeb społecznych, a nie konieczności stałego zwiększania zyskowności!
Produkować należy tyle ile jest danego produktu potrzebne, a nie tyle żeby zbić na tym jak największy pieniądz oszczędzając na wszystkim co się da! Rozmaite zakłady produkcyjne, które dziś funkcjonują w ramach oszalałej rynkowej konkurencji muszą ze sobą współpracować.
Ktoś mógłby zapytać „a co z ekologią?” przecież o to w tym wszystkim chodzi. Cóż… Odpowiedź jest dość prosta. Ekologia kryje się w tle tych przemian. Zarówno fabryki jak i wszelkie zakłady związane z przetwórstwem, które dla swego funkcjonowania wymagają używania niebezpiecznych substancji chemicznych zaczną wdrażać odpowiednie technologie ekologiczne. Dlaczego? A no dlatego, że ludzie nie są - co wspominałem na początku - tępawymi kreaturami dążącymi do masowego samobójstwa, lecz rozumnymi istotami i nie działają przeciwko samemu sobie. W końcu jeśli los naszych zakładów pracy znajdzie się bezpośrednio w naszych rękach, jeśli będziemy realnie zdolni do kształtowania warunków naszej pracy, jeśli będziemy mieli wpływ na przebieg produkcji to czy będziemy robili sobie samemu i sobie wzajemnie krzywdę wylewając truciznę do rzeczki, z której czerpią lokalne wodociągi? No, to wszyscy musielibyśmy być George’ami W. Bushami… |