|
Redaktorzy socjalizm.org od 2005 roku zajmują się wspóltworzeniem największego polskiego pisma związkowego - "Nowego Tygodnika Popularnego". |
| Barbarzyństwo izraelskiej klasy panującej |
|
|
| Napisał(a): Fred Weston | |
| 13.07.2006. | |
|
Sytuacja na granicy izraelsko-libańskiej pogarsza się z minuty na minutę. Dziś izraelskie samoloty wojskowe zbombardowały lotnisko w Bejrucie i południową część Libanu. Wedle doniesień do tej pory zginęło około 50 osób. To największy od 1982 roku nalot izraelskich bombowców na Liban! Zniszczone zostały trzy pasy startowe lotniska w Bejrucie. Izraelskie lotnictwo i artyleria zniszczyły także drogi i mosty. Celem stała się też główna autostrada łącząca Bejrut z południowym Libanem. Oficjalnie mówi się, że celem bombardowań jest uniemożliwienie przerzutu pojmanych izraelskich żołnierzy oraz odcięcie dróg zaopatrzeniowych partyzantom Hezbollahu. Siły izraelskie zaatakowały również stacje telewizyjne, domy przywódców i członków partyzantki, w niektórych przypadkach zabijając nawet małe dzieci. Obecnie Izrael grozi, że zbombarduje Bejrut. W odpowiedzi partyzanci libańscy wystrzelili rakiety na miasta w północnym Izraelu, zabijając co najmniej jedną izraelską kobietę w Naharii. Przywódcy Hezbollahu ogłosili, że jeśli zostanie zbombardowany Bejrut, w odpowiedzi zbombardują izraelskie miasto Hajfa. Retoryka izraelskiego rządu i mediów nie pozostawia wątpliwości co do zamierzeń izraelskich władz. Premier Ehud Olmert określił wczorajszy atak Hezbollahu jako “akt wojny” ze strony Libanu. Odpowiedzialnością za ataki na swej granicy Izrael obciąża rząd libański. Domaga się on, by na granicy z Izraelem stacjonowała armia libańska, powstrzymując i rozbrajając partyzantkę Hezbollahu. Lecz milicje Hezbollahu to nie malowana armia. Ich przywódcy twierdzą, że posiadają 10.000 rakiet. Rząd izraelski igra z ogniem. Ich działania mogą łatwo na nowo zaognić kwestię narodową w Libanie. Na ten mały kraj składa się kilka różnych grup narodowościowych i religijnych. Długoletnia, krwawa wojna domowa zdruzgotała libańską gospodarkę. Obecne działania armii izraelskiej zagrażają rozbiciem tego, co z takim wielkim trudem odbudowano w ciągu ostatnich kilku lat i cofnięciem kraju o kolejne 20 czy 50 lat. Jakakolwiek próba rozbrojenia Hezbollahu przez rząd libański doprowadziłaby do wojny domowej. Zamiast załagodzić, zaostrzyłoby to jeszcze bardziej konflikty w regionie. Równocześnie pogarsza się sytuacja w Gazie. Wczoraj zabito kolejnych 23 Palestyńczyków. Rankiem w środę izraelscy żołnierze i czołgi weszły do centrum Strefy Gazy, przecinając ją tym samym na pół. W Gazie rośnie kryzys humanitarny o przerażających rozmiarach. Wedle niektórych doniesień żywności dla ludności starczy jedynie na następne trzy dni. Jeżeli nie podjęte zostaną poważne środki zaradcze, wielu Palestyńczykom w oczy zajrzy głód. Już samo to starcza, by stwierdzić, że obecna operacja wojskowa nie wynikają z troski o pojmanego żołnierza. Jak już pisaliśmy, rząd izraelski mógł negocjować i uwolnić część więźniów palestyńskich, ale nie zrobił tego. Rząd stracił kontrolę nad procesem politycznym w Terytoriach Okupowanych. Woleliby układać się z przywódcami Al-Fatah, lecz Palestyńczycy nie udzielili poparcia tej partii i wynieśli do władzy Hamas. Rząd izraelski odmawia uznania podstawowego demokratycznego prawa Palestyńczyków – prawa do głosowania na kogo zechcą. Palestyńczycy płacą teraz potworną cenę za pokrzyżowanie planów imperialnych Izraela i USA. Kryzys, który zaczął się w Gazie, potem objął Liban, a teraz mówi się o prawdopodobieństwie udziału w nim Syrii. Ironia losu: nie tak dawno wywarto taką presję na Syrię, że wycofała się z Libanu. Nie zapominajmy, że niegdyś to Izrael, wspierany przez Stany Zjednoczone, wezwał reżim syryjski do interwencji i pacyfikacji Libanu, by położyć kres trwającej tam wojnie domowej. Syria dokonała tego, po czym ogłoszona została „siłą stabilizacyjną” w regionie. Swymi działaniami Izrael niszczy teraz kruche podstawy osiągniętej przez lata względnej stabilizacji. Jeśli do konfliktu włączy się Syria, Izrael zmuszony będzie otworzyć trzeci, po Gazie i Libanie, front. Nie tak dawno media trąbiły o “postępie” w bliskowschodnim procesie pokojowym. Izrael wycofał się z Libanu. Następnie, niecały rok temu, wycofał się z Gazy. Te wydarzenia stworzyły złudzenie, że pokój jest możliwy. Widmo wojny jednak, o czym od dawna przekonywali marksiści, zawsze będzie krążyło nad regionem, dopóki nie rozwiąże się leżących u jej podstaw problemów socjalnych. Kapitalizm w Izraelu znajduje się w poważnym kryzysie. Do niedawna był to kraj, w którym bezrobocie było prawie nieznane. Nawet wielu Palestyńczyków codziennie przekraczało izraelską granicę, by tam pracować. Tymczasem przez ostatnie mniej więcej dziesięć lat bezrobocie w Izraelu przekroczyło 10%. Rząd dokonał zamachu na wszystkie prawa pracownicze, na wynagrodzenia, opiekę medyczną i edukację. Równocześnie zamknięto granice dla robotników palestyńskich, których wyparli biedniejsi imigranci z innych części świata. Palestyńscy robotnicy znaleźli się w ten sposób w rozpaczliwej sytuacji. To właśnie te warunki społeczne leżą u podłoża obecnego konfliktu. Izraelski kapitał i klasy rządzące nie mogą już zaproponować niczego lepszego dla pracowników w tym kraju. To samo tyczy się Palestyńczyków. Cóż mogą im zaoferować, jeśli nie są nawet w stanie zapewnić godnych warunków życia własnemu społeczeństwu? Logika tych ludzi jest następująca: skoro nie można dać marchewki, należy dać kijem, bardzo długim kijem. Wojna, którą rozpętali, to kij, służący do bicia pracowników całego regionu: Palestyńczyków, Libańczyków, ale także i Izraelczyków. Wojna jest tu odpowiedzią na kryzys. Idąc na wojnę rządzący mają nadzieję na rozbudzenie nacjonalistycznej histerii w Izraelu, wywołanie poczucia zagrożenia wśród Izraelczyków oraz przekonanie ich, że wojna jest jedynym wyjściem z sytuacji. Rządzący Izraelem chcą powtórki 1967 roku. Jednakże od tamtego czasu dużo się zmieniło. Nic w historii nie dzieje się na darmo: ostatnie 30 lat dały robotnikom – i nie tylko im – w Izraelu parę cennych lekcji. Izrael okupował Zachodni Brzeg i Gazę, Półwysep Synaj, Wzgórza Golan, potem jeszcze południowy Liban. To wszystko w żaden sposób nie uczyniło Izraela bezpieczniejszym miejscem. Izrael musiał w konsekwencji opuścić Półwysep Synaj i wycofać swe siły z południowego Libanu. Tamtejsza ludność była przeciwko przedłużającej się obecności armii w południowym Libanie. A teraz wojska izraelskie znów są w Libanie i cała sytuacja grozi wybuchem otwartej wojny. Jednak właśnie z powodu doświadczeń ostatnich kilkudziesięciu lat, nastroje w Izraelu nie odpowiadają oczekiwaniom klas panujących. Szowinizm nie urósł do oczekiwanych wyżyn. Widać zmianę w reakcji ludności. Wielu ludzi spoza rżądowej propagandy dostrzega rzeczywistość. Wiedzą oni, że Izrael jest w stanie zadać sąsiadom poważne szkody. Tylko trzy armie na świecie są silniejsze niż izraelska. Lecz wiedzą też, że same tylko środki wojskowe nie są w stanie rozwiązać konfliktów w regionie. To wyjaśnia, dlaczego w przededniu izraelskiego ataku na Liban większość ludzi żądała pokoju. Problem polega na tym jednak, iż przywództwo Hezbollahu jest równie nacjonalistyczne, jak koła rządzące w Izraelu. Atakowanie cywilnych celi na terenie Izraela może czasowo zmienić nastroje tamtejszej ludności. Do pewnego momentu może to być na rękę izraelskiej klasie panującej, usilnie próbującej zjednoczyć ludzi pod swym sztandarem i pod hasłem zjednoczenia Żydów w walce ze „wspólnym wrogiem”. Najbardziej jednak uderzającym faktem, zgodnie z informacjami otrzymanymi od marksistów w Izraelu, jest to, że poziom szowinizmu jest niższy niż byłby w podobnych sytuacjach w przeszłości. Społeczeństwo w Izraelu jest de facto bardzo podzielone, w stopniu, jakiego nigdy jeszcze nie widzieliśmy. Jest to wyraz polaryzacji klasowej, narastającej w ostatnich latach. Nigdy nie było w Izraelu takiego bogactwa i takiej biedy. Biednych wzywa się, by walczyli w imię interesów bogatych. Co biedni będą z tego mieli? Lepszą pracę, godne zarobki? Nie, wzywa się ich do walki, zabierając równocześnie ich prawa socjalne. Podziały w całym społeczeństwie mają swe odbicie w samej klasie panującej. Jedno z jej skrzydeł otwarcie chce wojny. Znamienne, że wierchuszka wojskowa zdobywa coraz większy wpływ na proces decyzyjny. Wysokiej rangi oficerowie pojawiają się w gabinetach ministrów, by narzucić tam swą wolę. Naciskają, by usunąć Pereca ze stanowiska ministra obrony, zastępując go własnym człowiekiem. Jednakże istnieje inne skrzydło, coraz bardziej zaniepokojone możliwością wymknięcia się sytuacji spod kontroli. Szczególnie martwi je możliwość sprowokowania Syrii, która włączy się wówczas w konflikt wspierając Hezbollah. Będzie to oznaczać otwarcie trzeciego frontu, obciążając armię izraelską do granic możliwości. Jest to jedna z najpotężniejszych armii na świecie, to fakt, lecz nawet dla niej byłoby wielkim wyzwaniem walka na trzech frontach. wojskowych nie chodzi tu głównie o względy wojskowe. W przeszłości Izraelskie Siły Obronne pokazały, że potrafią zmierzyć się z państwami sąsiednimi i zadać im poważne straty. Problem jest głębszy, silnie związany z kondycją całego społeczeństwa izraelskiego. Nie ma w nim bowiem poparcia dla otwartej wojny i “okupacji terytoriów zdobycznych”. Izrael może zniszczyć libańską infrastrukturę, napadać na Palestyńczyków w Gazie, siać zniszczenie i barbarzyństwo wokół siebie… Lecz nie przybliży to ani o milimetr stabilności i bezpieczeństwa w regionie, ale raczej zwielokrotni istniejące sprzeczności i stworzy nowe, które przez kolejne lata będą wracać jak bumerang. Martwi ich działalność “terrorystów”. Ale swoimi działaniami w tym samym czasie przygotowują grunt dla rekrutacji nowych pokoleń arabskiej młodzieży gotowej do walki z siłami izraelskimi. Obecny konflikt naświetla wszystkie nagromadzone sprzeczności, lecz żadnej z nich nie rozwiązuje. Szkopuł w tym, że ani Al-Fatah, ani Hamas, ani Hezbollah, ani rząd libański, ani reżim syryjski, ani rządzący w Izraelu nie potrafią rozwiązać żadnego z obecnych problemów Bliskiego Wschodu. Kres obecnemu koszmarowi mogą położyć jedynie robotnicy wszystkich krajów Bliskiego Wschodu. Mają oni bowiem żywotny interes w budowaniu propracowniczej alternatywy. Wszystkie problemy społeczne mogą zostać rozwiązane w oparciu o zasoby mineralne regionu, potencjał ludzki, rozwiniętą w Izraelu zaawansowaną technologię oraz plan gospodarczy i racjonalne wykorzystanie tych zasobów. Istnieją materialne przesłanki, by zagwarantować porządne mieszkania i pracę dla każdego: dla robotników izraelskich i dla Palestyńczyków, dla wszystkich narodów tworzących Liban, i dla reszty krajów regionu. Potrzeba radykalnej transformacji społeczeństwa, by mogło to mieć miejsce. Radykalnej transformacji, w wyniku której zasoby regionu znajdą się pod kontrolą pracowników. Wyzysk i uciskanie pracowników jednego kraju przez pracowników drugiego kraju nie miałby sensu. Przeciwnie, w ich interesie leżałoby zjednoczenie się i współpraca w ramach regionalnego planu rozwoju gospodarczego. By stało się to możliwe, obecna izraelska klasa panująca musi odejść. Władzę przejąć muszą robotnicy. To samo tyczy się wszystkich krajów sąsiednich. Wielu mogłoby powiedzieć, że to utopia. Lecz to nie marksiści są utopistami. Nasze stanowisko wynika z rzeczywistych, żywotnych sprzeczności występujących w regionie. Utopią jest natomiast wiara, że obecny konflikt może zostać rozwiązany w ramach kapitalizmu. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |