Fenomen biurokraty-giganta - rzecz o Slobodanie Miloszewiciu Drukuj Email
Napisał(a): Bojan Stanisławski [socjalizm.org]   
20.03.2006.

Redaktor B. Stanisławski podsumowuje w niniejszym artykule postać zmarłego niedawno Slobodana Miloszewicia. Tekst zawiera wątki biograficzne i wyczerpujące wyjaśnienia związane z jego pozycją, realizowanymi przez niego strategiami politycznymi oraz dążeniem ku władzy. Czytelnik znajdzie tu również ważny komentarz odnośnie tak nagłośnionego procesu, którego końca podsądny nie miał - jak się wydaje - doczekać.

11 marca 2006 Slobodan Miloszewić został znaleziony martwy w swojej celi w holenderskim więzieniu. Fakt ten stał się naturalnie przyczyną kolejnej fali komercyjnego szlochania i moralistycznego jazgotu w mediach, zwłaszcza bałkańskich. Jedynym komentarzem były rozmaite oskarżenia wysuwane pod jego adresem o wszelkie tragedie i niegodziwości popełnione na Bałkanach w ciągu ostatnich piętnastu lat. Przestrzeń publiczną, którą powinna wypełnić rzetelna dyskusja i analiza zjawiska jakim było rzeczone indywiduum, zalano histerią i wrzaskami o zbrodniach lub dostojeństwach (w zależności od profilu) jakie był ów popełnił.

Slobodan Miloszewić urodził się w miejscowości Pożarewac w Centralnej Serbii. Był przedstawicielem pierwszego pokolenia, które doświadczyło dobrodziejstwa bezpłatnej i szerokodostępnej edukacji w nowej, powojennej Jugosławii. W wieku 23ech lat skończył studia i zdecydował się zasilić szeregi rządzącej Komunistycznej Partii Jugosławii. Od samego początku przygotowywał się do swej roli elastycznego biurokratycznego aparatczyka. Atmosfera była ku temu szczególnie sprzyjająca. Rok 1964 to bowiem początki "ekonomicznej liberalizacji" zainicjowanej przez władze federalne.

Kariera partyjnego funkcjonariusza

Miloszewić piął się po szczeblach partyjnej kariery bardzo sprawnie, wykorzystując przy tym rozmaite mutacje, które przechodziła KPJ. Wspomniane prorynkowe reformy zmieniały nie tylko rzeczywistość wokół partii, ale ją samą także. Już w latach 70 postrzegano ją wyłącznie jako wylęgarnię karierowiczów. Dość wspomnieć, że odwrócili się od niej zupełnie Ci, którzy ją budowali - pracownicy. Znakomita większość jej członków na początku lat 80 to szefowie zakładów przemysłowych i biurokraci niższego lub wyższego szczebla - jak np. Miloszewić. I jedni i drudzy odnajdywali się tam doskonale. Nie przeszkadzali sobie bowiem nazbyt przywiązaniem do "ideologii" i śmiało realizowali założone ambicje jednocześnie wciągając Jugosławię w strefę wpływów zachodniego kapitału.

Zwieńczeniem "ciężkiej pracy" Miloszewicia jest rok 1980. Jako zaprawiony w bojach partyujny technokrata zostaje wysłany do Nowego Jorku jako przedstawiciel Banku Belgradzkiego (BeoBanka). Wstępując do partii, otworzył sobie drzwi do kariery i wydawało się, że osiągnął w pełni swoje cele. Zresztą, jak nie jeden jemu podobny.

Już wtedy mentorem Miloszewicia w osiąganiu kolejnych, wyższych szczebli w partyjno-państwowej strukturze był Iwan Stambolić - ówczesny prezydent Serbii i wysoko postawiony funkcjonariusz KPJ. Dzięki jego protekcji i swoim doświadczeniom w biurokratycznym intryganctwie, w 1983 roku został sekretarzem generalnym KPJ. Niczym mantrę, do znudzenia powtarzał titoistowskie frazy o "braterstwie i jedności" będąc jeszcze wtedy w opozycji do nacjonalistycznego skrzydła partii, którego powstanie - zważywszy na jej klasową kompozycję i sytuację w kraju - było nieuniknione.

Dezintegracja państwa i władzy

Lata 80 to okres ciężkiego kryzysu. Zainfekowane od dawna myśleniem wolnorynkowym kadry partyjne wszczęły szereg reform, z którymi społeczeństwa pozostałych krajów tzw. "bloku wschodniego" miały okazję zetknąć się dużo później, między innymi drastyczne cięcia socjalne. Jednocześnie decentralizacja biurokratyczna i ekonomiczna zaszły tak daleko, że pukający do drzwi komornicy MFW grozili sankcjami nie mogąc zidentyfikować niewypłacalnych lokalnych kredytobiorców nad zachowaniem których nikt już wtedy nie miał kontroli. W praktyce przejawiało sie to zbiurokratyzowaną zasadą wieków średnich, która w post-titoistowskiej Jugosławii wydawała się brzmieć tak: "podwładny mojego podwładnego nie jest moim podwładnym". Nie tylko pojedyncze republiki federacyjne, ale i pojedyncze zakłady przemysłowe zaciągały olbrzymie kredyty w zachodnich bankach i międzynarodowych konsorcjach. Sytuacja społeczna zaczęła się pogarszać bardzo drastycznie. Kraj zalała największa - od pamiętnego, także w Jugosławii, 1968 roku - fala strajków, protestów i rozmaitych wystąpień społecznych. Szybko zaczęło się to przekładać także na konflikty etniczne jako, że biurokracje poszczególnych republik używały nacjonalistycznej retoryki do wypracowania sobie poparcia i lepszej pozycji, przygotowując się do ewakuacji z tonącego w długach i społecznym niezadowoleniu federalnego okrętu. Skutki kryzysu najbardziej dokuczliwe były w regionach najgorzej rozwiniętych - Kosowie i Macedonii.

"Incydent kosowski"

Fala ostrej konfrontacji między władzą i społeczeństwem nabierała coraz większego impetu. Kwitła przemoc a pauperyzacja stawała się coraz bardziej masowa. Szczególnie skomplikowana sytuacja wywiązała się w Kosowie. Wspomniany Iwan Stambolić postanowił wykorzystać jurność, biurokratyczny zapał i aparatczykowski entuzjazm swego ucznia i w 1987 roku posyła go właśnie tam, za cel misji stawiając mu opanowanie sytuacji.

Miloszewić reaguje na tę propozycję wyjątkowo niechętnie, ale w końcu ulega namowom swojego guru. Swoją działalność rozpoczyna - naturalnie - od spotkania z lokalnymi notablami, które toczy w małej kosowskiej miejscowości. Ludowa wściekłość nie dała jednak władzy spokoju nawet tam. Przed budynkiem, w którym trwa aparatczykowski sabat zbierają się serbscy pracownicy i protestują przeciwko tragicznej sytuacji i przemocy policji, z którą spotykają się na codzień. Miloszewić był zaskoczony rozmiarami protestu. Zdenerwowany próbował uspokoić tłum pustą retoryką krzycząc z balkonu. Robotnicy starli się wówczas z oddziałem jugosłowiańskiej prewencji złożonym głównie z funkcjonariuszy pochodzenia albańskiego - jak większość ludności Kosowa. Wściekły Miloszewić wyszedł wówczas do tłumu i sam zaczął się szarpać z policjantami. Dołączył wówczas do demonstrujących, wspiął się na ciężarówkę i z niej dokonał owego demonizowanego od tygodnia anonsu: "nikt nie ma prawa was bić, nikt nigdy już nie będzie was bił".

Wielka gra

Miloszewić przemyślał to doświadczenie i widać wyciągnął z niego właściwe dla siebie wnioski. Zdecydował się postawić na inną kartę i po powrocie do Belgradu przyłącza się aktywnie do nacjonalistycznego skrzydła Komunistycznej Partii Jugosławii, które wcześniej izolował. Nie czyni tego jednak oscentacyjnie. Nacjonalizm wprowadza do swojej polityki niejako "od kuchni". Broni federacji jugosłowiańskiej i jej cennych zdobyczy socjalnych. Otwarcie występuje przeciwko wszelkim secesjonistom i w obronie "wartości socjalistycznych".

Wówczas Miloszewić rozpoczyna swoje wielkie protest-turnee po całym kraju, gdzie ostro i głośno peroruje o powyższych. Niemniej bełkocząc o "socjalizmie" (o którym nic nie wiedział i z którym nie miał nigdy nic wspólnego) nie czynił tego w miejscach kultowych z punktu widzenia partyzanckiej rewolucji czy ruchu pracowniczego. Nie. Nasz retor-wędrowiec objeżdżał miejsca owszem ważne i symboliczne... w historii Serbii. Kosowe Pole, miejsca bitew, zwycięstw oraz kultowych porażek narodowych itd. W ten sposób dokonał jednego z najsprytniejszech, najbardziej chytrych i skutecznych manewrów politycznych. Odwróciwszy bowiem o 180 stopni swój kierunek politycznego działania ukrył to skrzętnie pod płaszczykiem "patriotyzmu" i "anty-biurokratycznej rewolucji", które były wówczas jego nowymi naczelnymi sloganami. Najważniejsza była jednak "Zjednoczona, federalna Jugosławia". Niestety tylko retorycznie. Bardzo podobnie zresztą zachowywała się elita np. PRLowska siejąc "patriotyzm", przy czym "ojczyzna" musiała być za wszelką cenę "ludowa".

Jednocześnie Miloszewić wykorzystał ideologiczny kryzys i zamęt doprowadzając do swoistej symbiozy lewicowej retoryki i nacjonalistycznego myślenia. Wysoce symboliczny w tym względzie był olbrzymi wiec w Rakowicy, o którym mówi się, że jego uczestnicy "przyszli tam jako robotnicy, a wrócili jako Serbowie". Unikalna wręcz biurokratyczna przebiegłość i sprawne manewrowanie w gąszczu społecznych emocji oraz wysycanie ich masową ideologiczną papką nie dałoby jednak nic, gdyby nie sprzyjająca temu sytuacja kryzysu i totalnej dezintegracji kraju oraz rosnącego nacjonalizmu także w innych republikach.

Z czasem w sercach i umysłach wielu grup społecznych w Serbii zrodziło się fenomenalne nieporozumienie. Pojęcia takie jak "interes narodowy", "dobro wspólne", "racja stanu", "przyszłość klasy robotniczej" i "rewolucja" zlały się w jedno zjawisko, które - choć trudno było/jest określić i opisać - personifikował właśnie Slobodan Miloszewić.

Wszystkimi tymi zabiegami zdołał wytworzyć skrajnie fałszywy obraz siebie w społeczeństwie, które pojmowało go jako silnego i charyzmatycznego, a jednocześnie umiarkowanego przywódcę politycznego, który chce dobra Serbów i nie dopuści do rozbicia Jugosławii oraz odebrania wypracowanych przez ostatnie 50 lat przywilejów socjalnych.

Finalnym elementem gry na etapie zdobywania władzy było przekształcenie Komunistycznej Partii Jugosławii w Socjalistyczną Partię Serbii. Oczywiście nie było to działanie bezcelowe. Z jednej strony miało dowodzić jego "umiarkowania", z drugiej zaś do ideowo-politycznego bałaganu wprowadziło dodatkową konfuzję. SPS był już bowiem partią otwarcie serbską. Mówić zaczęto o "interesach serbskich", "serbskim narodzie", "serbskiej racji stanu" itd. Z czasem retoryka ta wzbogaciła się o hasła "Wielkiej Serbii", które rzucane wprawdzie z jej drugich rzędów czasem podejmował nawet sam Miloszewić. Jako szef SPS, w warunkach tego potwornego galimatiasu, pozwalał sobie na jeszcze więcej nacjonalizmu tak w działaniach jak i w przemowach. Potrzebne mu bowiem było poparcie także bardziej skrajnych partyjnych nacjonalistów. I tak oto powstało fatalne skojarzenie kolejnej mutacji idei "Wielkiej Serbii" i "komunizmu" (rozumianego oczywiście wulgarnie i niezgodnie z rzeczywistym znaczeniem tego słowa) jako koncepcji pokrewnych jeśli nie tożsamych.

Jednocześnie Miloszewić nie musiał zawracać sobie zbytnio głowy opozycją, która głosiła zoologicznie antykomunistyczne hasła i otwarcie żądała restauracji kapitalizmu czego społeczeństwo sobie nie życzyło jako, że posmakowało wolnego rynku już w połowie lat 60 i z nim de facto walczyło podczas olbrzymich strajków 20 lat później.

Ku pełni władzy

Miloszewić był wyjątkowo zręcznym graczem i wybitnym biurokratycznym wygą. Niemniej nie miał żadnych nadprzyrodzonych zdolności, choć to zdają się imputować mu światowe media twierdząc jakoby był "sprawcą czterech bałkańskich wojen". On jedynie wziął w nich udział jako jeden z najsilniejszych uczestników i do tego od początku się przygotowywał. Nie on jednak był ich inicjatorem czy pomysłodawcą. Jego zwycięstwo, nacjonalistyczna retoryka i pozycja w Serbii dały naturalnie pole do popisu biurokratom w pozostałych republikach, którzy wykorzystując to wszczęli kampanie dzikiej histerii ostrzegając przed rzekomo nadchodzącym "wielkoserbskim terroryzmem" i nakręcały tym sposobem falę ksenofobicznej nienawiści tak u siebie jak i w samej Serbii. Ich szowinizm, wyrażany bez żadnego zawoalowania, umacniał pozycję Miloszewicia jeszcze bardziej, który z męża stanu przekształcił się w męża opatrzności.

Posiadając taką pozycję mógł bez żadnych obaw realizować swoje prawdziwe ambicje. Miloszewić zdawał sobie doskonale sprawę z nadchodzącej konfrontacji zbrojnej, choć wszem i wobec rozgłaszał, że tak nie jest. Wiedział też, że Serbia jest najbogatszą i najludniejszą z republik i ma spore szanse na zachowanie wiodącej roli po wojnie. Jak każdy człowiek władzy Miloszewić chciał rządzić na możliwie dużym terytorium. By pozycję tej republiki umocnić jeszcze bardziej doprowadził do zmiany konstytucji Serbii podporządkowując Belgradowi Jugosłowiańską Armię Ludową i odbierając autonomię Wojwodiny i Kosowa. Tego właśnie narodowe biurokracje w innych republikach i ich zachodnioeurpejscy sponsorzy użyły do ogłoszenia całemu światu "śmierci Jugosławii". Tymczasem to był jedynie kolejny z symptomów, nie przyczyna.

Miloszewić nie marnował czasu ani podczas wojny, ani po niej. Nawiązał ścisłe kontakty z mafią, która rozkwitła w okresie wojny i sankcji nałożonych na Serbię; szczodrze obdarzył stanowiskami i władzą swoich współpracowników i rodzinę; nadał zupełnie nową dynamikę tradycyjnie bardzo ciepłym stosunkom serbsko-rosyjskim; kontrolę nad strategicznymi sektorami funkcjonowania państwa skupił - mniej lub bardziej bezpośrednio - w swoich rękach... Slobodan Miloszewić stał się instytucją. Nie był już zwykłym biurokratycznym pasożytem, lecz instytucjonalną potęgą, która wrosła w państwo, we wszystkie jego struktury.

Tożsamość polityczna Miloszewicia

W tym miejscu warto nawiązać do niekulturalnie wręcz bezmyślnej tezy jakoby Slobodan Miloszewić był socjalistą. Nazywanie go socjalistą jest jawną manipulacją i fałszerstwem - przynajmniej ze strony ludzi, którzy mają choćby ogólne pojęcie o tym co konstytuuje lewicową myśl polityczną.

Miloszewić był patriarchalnym, konserwatywnym, biurokratycznym nacjonalistą, którego jedynymi motywami poiltycznego działania były: kariera i władza. Jest to człowiek, który doprowadził do sytuacji, w której państwowe banki i instytucje rabowały pieniądze obywateli; w której struktury mafijne penetrowały wojsko, policję i wywiad. Jego rodzina i najbliżsi współpracownicy kontrolowali monopole i wielkie fabryki oraz przedsiębiorstwa usługowe, importujące luksusowe dobra. W tym samym czasie, społeczeństwo serbskie przeżyło olbrzymi szok polityczny, ekonomiczny i wojenny. Inflacja za jego rządów osiągnęła rekordowy w historii ludzkości rozmiar 313565558,0% (przyrastała w tempie ponad 2% na godzinę). W końcu, siłą tłumił domonstracje i strajki. Socjalizm Miloszewicia pozostaje zatem wyłączną wiedzą niektórych "ekspertów".

Prawdę powiedziawszy określenie tożsamości politycznej Slobodana Miloszewicia jest zadaniem nader trudnym, nawet dla doświadczonego politologa. Nie był on bowiem postacią o konkretnym politycznym profilu. Za motyw politycznego funkcjonowania służyła mu zwyczajna chęć władzy nie podszyta żadnymi konkretnymi przesłankami filozoficznymi. To, że była umiejętnie realizowana nie uprawnia do wyciągania wniosku, że ma w sobie coś z lewicowości. Miloszewić był bezideowym biurokratą, działał jak automat. Celem było utrzymanie się na powierzchni za wszelką cenę i rozszerzanie swoich wpływów. Jeśli w danym momencie konieczne było odwołanie się do lewicy, mówił ów o swoim przywiązaniu do "wartości socjalistycznych", jeśli należało dla wykonania jakiegoś manewru zagrać na przywiązaniu ludzi do swojego kraju i kultury, z ust Miloszewicia płynęły frazy o "Wielkim Serbskim Narodzie". Jedyne z działań Miloszewicia, które zaliczyć można w poczet jako-tako lewicowych jest fakt, iż nawet w latach największego kryzysu nie dopuścił nigdy do wstrzymywania ludziom dostaw prądu czy wody za nieopłacone rachunki, nie było nigdy mowy o eksmisjach na bruk itp. Niemniej nie może to służyć w żadnym wypadku za dostateczny powód by zakwalifikować Miloszewicia jako socjalistę.

Miloszewić nie był też oszołomem żądnym krwi jak próbuje się go dzisiaj przedstawić. Nie był potworem opętanym chęcią wojny i strzelania do wszyskich nieserbskich jugosłowian. Podobnie jak nie był socjalistą nie był też oszalałym neo-czetnikiem. Wprawdzie stosował niejednokrotnie czetnickie chwyty retoryczne, ale jego celem - powtórzmy raz jeszcze - była władza, a nie "Wielka Serbia". Ta druga bywła czasem instrumentem. Wojna nadeszła jako jedna z okoliczności, z którą musiał się zmierzyć i którą planował wykorzystać do umocnienia swojej pozycji i ewentualnie rozszerzenia wpływów. Niemniej jednak fałszywa jest rozsiewana przez media teza o tym, jakoby Miloszewić był przyczyną wojennych nieszczęść jakie dotknęły Jugosławię i Serbię w latach 90. Jest to oczywisty nonsens i wypada uznać to chyba wyłącznie za pokłosie myślenia z czasów cokolwiek minionych, gdy wszelkie napięcia lub wypadki kwalifikowano jako "dzieło wichrzycieli i prowokatorów". Odpowiedzialność za powstałą sytuację i wojenną gehennę spoczywa zupełnie gdzie indziej. "Wielkość" Miloszewicia jako biurokraty i wyjątkowa gibkość nie powinny w żadnym wypadku przesłaniać roli zachodnich mocarstw (zwłaszcza RFN i USA) w całym procesie rozbicia Jugosławii.

Kontekst międzynarodowy

Zachodni oficjele byli Miloszewiciowi bardzo niechętni. Nie dlatego, że zdradzał nacjonalistyczne skłonności. To nikomu w rzeczywistości nie przeszkadzało. Problem polegał na tym, że przez dość długi okres cieszył się sporym społecznym zaufaniem i to na nim przede wszystkim bazował. Dla utrzymania swojej pozycji w Serbii nie było mu potrzebne poparcie z zewnątrz, odwrotnie niż w pozostałych republikach/państwach gdzie pozycja nowej klasy rządzącej zależała wyłącznie od łaski jej imperialnych panów. Jego ambicje i przebiegłość czyniły go w oczach administracji amerykańskiej i europejskich rządzących nieprzewidywalnym i niekontrolowalnym. Pomimo tego, w 1995 roku, zdecydowali się dać mu jeszcze jedną szansę w nadziei okiełznania go i przekonania do działania na rzecz radykalnych i bardzo szybkich pro-rynkowych przemian. Po słynnej konferencji w Dayton wszyscy go chwalili, ściskali mu ręce, gratulowali i nie mówili o nim inaczej jak o "gwarancie stabilizacji na Bałkanach".

Na nieszczęście dla euro-amerykańskiego salonu polityczno-biznesowego Slobodan Miloszewić zaprowadzał rynkowe porządki powoli i bardzo ostrożnie chcąc za wszelką cenę zachować kontrolę zarówno nad tym co państwowe jak i nad tym co prywatne bądź prywatyzowane. Wciąż okupował pozycje, na które już od dawna czekał zniecierpliwiony międzynarodowy kapitał. W tej sytuacji jego najsilniejsza ekspozytura - rząd amerykański, dokonał iście miloszewiciowskiego zabiegu odwracając - pod płaszczykiem ochrony praw człowieka i mniejszości - swą politykę w stosunku do tej postaci o 180 stopni. Oczywiście administracja Clintona uczyniła to dużo bardziej nieudacznie. Za pretekst do ataku wykorzystano mocno nacjonalistyczne porządki jakie panowały w Kosowie. Na bazie tego zjawiska stworzono legendy o brutalnych masowych mordach, gwałtach i w ogóle wszelkich bezeceństwach jakich dokonać miała tam serbska armia. Kulminacją, a jednocześnie największą kompromitacją amerykańskich zabiegów, była histeria wokół "zbrodni w Raczaku", która nigdy się nie wydarzyła. Dość szybko ujawniono bowiem, że ciała zebrane na głównym placu w tej miejscowości to trupy poległych w walce albańskich żołnierzy (czy też jak kto woli - terrorystów), których wyciągnięto z okopów, przebrano w cywilne ubrania i ułożono zgrabnie na kupkę. Jednocześnie do pracy zaprzęgnięto sprawdzonych już w czasie wojny w Bośni speców od PRu z firmy Ruder Finn Global Public Affairs, którzy zadbali o to, by w mediach nie pojawiały się inne określenia niż "Krwawy Slobo" lub "Rzeźnik Bałkanów".

Sytuacja etniczna w Kosowie była już od lat 80 bardzo napięta. Katastrofa ekonomiczna w 1993 roku wzmogła konflikt jeszcze bardziej, na co Belgrad odpowiedział zainstalowaniem w tej prowincji swoistego miękkiego apartheidu. Pod koniec lat 90 sytuacja była już tak napięta, że zaczęła angażować armię serbską po jednej stronie i tzw. Armię Wyzwolenia Kosowa (terrorystyczna albańska partyzantka działająca na rzecz oderwania Kosowa od Serbii) po drugiej. Konflikt ten nie był jednak nigdy tak masowy jak próbowały przedstawić to media głównego nurtu. Jego umasowienie i eskalacja nastąpiły dopiero po natowskich bombardowaniach.

Upadek

Militarna inwazja okazała się jednak w tym względzie nieskuteczna. To nie w jej wyniku - jak powszechnie przyjęto - Miloszewić został odsunięty od władzy. Slobodana Miloszewicia obalił masowy ruch społeczny w 2000 roku. Nie był on wyłącznie rezultatem działań CIA czy zachodniej propagandy jak twierdzą niektórzy na lewicy. Był to realny protest przeciwko tej postaci i dalszemu sprawowaniu przez nią władzy. Biurokratyczne manewry Miloszewicia z czasem przerodziły się w gangstersko-mafijne. Gdy jego pozycja i poparcie zaczęły z tego powodu poważnie podupadać w drugiej połowie lat 90tych, chcąc zachować władzę musiał stosować chwyty z pogranicza autorytaryzmu i dyktatury.

Reszta to już samonakręcająca się spirala. W sytuacji zagrożenia zaczął kraść jeszcze więcej, wydawać wyroki na swoich politycznych przeciwników itd. Społeczeństwo odczuło to bardzo dotkliwie. Organizowano wiele protestów i strajków stłumionych siłą przez władze. Tego jednego w roku 2000 nie udało się powstrzymać. Miloszewić sam nie był stanie kontrolować wszystkiego - od policji i wojska począwszy na bankach skończywszy. W tym czasie wielu jego dotychczasowych współpracowników - w skutek się od niego odwróciło/uniezależniło.

Przyznać trzeba oczywiście, że niektóre serbskie partie opozycyjne były sponsorowane przez rządy państw zachodnich, co w dużej mierze potwierdza dalszy rozwój wypadków i objęcie rządów przez Zorana Dzindzicia - wielkiego entuzjastę natychmiastowej prywatyzacji i wolnego rynku. Niemniej nie one odegrały w tym wypadku decydującą rolę. Miloszewicia nie udało się usunąć bombami, tym bardziej nie było szans na "rewolucję" typu "pomarańczowa" itp.

Po blisko 20tu latach u władzy, zmęczone społeczeństwo zrzuciło z tronu giganta biurokratyzmu i jednego z najzręczniejszych politykierów jakich znały Bałkany. Człowiek, który zawsze potrafił utrzymać się na powierzchni i niezależnie od okoliczności długo zjednywał sobie olbrzymie rzesze społeczeństwa karmiąc je nadzieją na lepszą, jugosłowiańską, przyszłość. Najpierw padły wszystkie usilnie lansowane przez niego mity, potem sam ich stwórca. Pomimo totalnego kryzysu, nawet po wojnie próbował on sprzedawać Serbom swoje political-fiction i nacjonalistyczny agit-prop. Tymczasem wiadomo już było, że "król jest nagi".

Po Miloszewiciu nastąpił krótki okres rządów wspomnianego Zorana Dzindzicia i Partii Demokratycznej także naznaczonych wieloma masowymi protestami społecznymi. Ów także był technokratą, ale na zachodnią, liberalną modłę. Był to elegancki krawaciarz, który w kółko przekonywał wszystkich o dobrotliwości Europy, USA i tamtejszych przedsiębiorców. Z kopyta ruszyła prywatyzacja. Jako pupilek zachodnich rządów, na ich prośbę wydał oczywiście Miloszewicia - jakże znanemu dzisiaj - haskiemu Trybunałowi do spraw Zbrodni w Byłej Jugosławii. Wkrótce potem został zastrzelony przez wojskowych i policyjnych ultra-nacjonalistów współdziałających z mafią i - dla kolorytu chyba - gwiazdami tzw. turbo-folku.

Proces

Proces Slobodana Miloszewicia od początku musiał obrócić się w farsę i stało się tak bardzo szybko. Próbowano go bowiem sądzić za czyny, których akurat nie popełnił. Zwłaszcza żałosny był zarzut ludobójstwa, który co chwilę stawiano i wycofywano. Miloszewić sam, bez żadnego problemu był w stanie obronić się przed absurdalnymi zarzutami, a takimi właśnie była znakomita ich większość. Po latach ciężkich zmagań ze starym schorowanym biurokratą, który bez żadnej prawnej pomocy paraliżował działania Trybunału zdecydowano się siłą przyznać mu adwokata. By odpowiedzieć sobie na pytanie jaki był tego cel dość powiedzieć, że jego mowy były raczej mało obronne i nietrudno było pomylić je z enuncjacjami bezsilnej prokuratorki Del Ponte. Przypomnijmy też, że zaraz po starcie procesu, przed drzwiami trybunału powstała olbrzymia kolejka złożona z wybitnych światowych prawników, którzy byli gotowi bronić Slobodana Miloszewicia bezpłatnie. Nawet gdy obecność adwokata Trybunał uznał za konieczność nie pozwolono przyjąć tej funkcji żadnemu z wolontariuszy. Jednocześnie na całym świecie powstały setki stowarzyszeń, fundacji i organizacji, które otwarcie stanęły w obronie Miloszewicia demaskując jego proces jako gigantyczne fałszerstwo i próbę przeniesienia odpowiedzialności za tragedie powstałe w wyniku rozbicia Jugosławii, na Serbów i jego samego. Tymczasem spoczywa ona nie na Serbach, Chorwatach czy Słoweńcach, lecz na ówczesnych elitach rządzących zwłaszcza RFN, Austrii i USA, które w pełni świadomie doprowadziły do rozsadzenia federalnej Jugosławii.

Śmierć

Na koniec wypada odnieść się do medialnej ploteczki - "czy Miloszewić został otruty?". Oczywiście nie ma to żadnego znaczenia, ale ze względu na hałas jaki wokół tego "zagadnienia" powstał, warto uczynić drobny komentarz. Najważniejszy w tym wszystkim wydaje się wątek "leczenia w Moskwie". Wbrew wrażeniu jakie wytworzyły media, leczenie w jednym z moskiewskich instytutów medycznych nie było nagłym wymysłem Miloszewicia. Był jego klientem od bardzo dawna, jeszcze zanim trafił do Hagi. Uniemożliwienie mu systematycznego leczenia pozwoliło dyskretnie zapobiec dalszej kompromitacji madamme Del Ponte i haskiego Trybunału.

Nikt nie podał Miloszewiciowi cyjanku w herbacie, ani żaden polski doktorek nie wstrzyknął mu Pavulonu. Między bajki włożyć także należy - uprzednio wyśmiawszy je oscentacyjnie - wypowiedzi takich "autorytetów" jak Jerzy Chmielewski, były polski ambasador w Belgradzie. Ukuł on teorię jakoby Miloszewić... otruł sie sam. Jest to teza do tego stopnia naiwna, że nawet zachodnie media (za wyjątkiem amerykańskich) nie ośmieliły się jej przedłożyć i to pomimo tego, że jakiś bliżej nieokreślony "niezależny ekspert" z Holandii stwierdził, iż Miloszewić przyjmował "zbyt dużo antybiotyków, być może świadomie".

Publiczne lansowanie takich teoryjek (bo inaczej nazwać tego doprawdy nie wypada) gdziekolwiek zostałoby w sposób oczywisty uznane za przesadne nadwyrężanie faktów. Niemniej Polska - jak zwykle - stanowi wyjątek.

 
« poprzedni artykuł

In Defence of Marxism WebRing