Nacjonalizacja SIDORu – zwycięski zwrot w rewolucji boliwariańskiej Drukuj Email
Napisał(a): Paweł Jaworski   
22.04.2008.

Rewolucja boliwariańska, która  miała zwolnić po „klęsce” w referendum konstytucyjnym z grudnia 2006 roku, wydaje się nabierać nowego tempa. Dzięki żelaznej determinacji pracowników i zdecydowanej postawie prezydenta Chaveza doszło do nacjonalizacji huty SIDOR – serca wenezuelskiego hutnictwa.

Ku rozczarowaniu milionów Wenezuelczyków i sympatyków ruchu boliwariańskiego na całym świecie  prezydent Wenezueli, Hugo Chavez od pewnego czasu dreptał w miejscu, nie znajdując sposobu na pchnięcie do przodu procesu demontażu kapitalizmu w kraju nad Orinoko. Zastój spowodowany niesubordynacją i samowolą państwowej biurokracji - obecnie głównej siły antypracowniczej i antyrewolucyjnej w Wenezueli – utrwalił apatię w szeregach licznych dotychczasowych zwolenników Chaveza. Zeszłoroczna porażka pracowników Sanitarios Maracay, których przywództwo związkowe nie potrafiło przekonać prezydenta do nacjonalizacji zakładów, upokorzonych policyjną pacyfikacją ich delegacji w drodze do Caracas, była wymownym świadectwem tego, jakie zagrożenia stoją przed rewolucją boliwariańską, jeśli nie zdemontuje się obecnego aparatu państwowego i represyjnego. Nic dziwnego, że w grudniowym referendum konstytucyjnym znaczna część stronników Chaveza nie poszła do urn. W tym kontekście długo wyczekiwanym przełomem może okazać się decyzja podjęta 9 kwietnia, kiedy to prezydent ogłosił nacjonalizację zakładów SIDOR, głównego krajowego producenta stali, działającego w wenezuelskim stanie Boliwar.

Tak poważna wolta nie dokonuje się jednak sama z siebie. Jest efektem morderczej walki prowadzonej od półtora roku przez pracowników przedsiębiorstwa, zmagających się z wyzyskiem. Historia ta rozpoczęła się wraz z prywatyzacją SIDORu w 1997 r., a więc niedługo przed dojściem Chaveza do władzy. Zakład został sprzedany argentyńsko-włoskiemu koncernowi Techint, który od razu wziął się za dokręcanie śruby robotnikom w imię dochrapania się milionowych zysków. Z początkowych 18 tys. pracowników, po prywatyzacji zostało 11 tys. Dzisiaj w zakładach zatrudnionych jest 4 tys. członków załogi i 9,6 tys. (!) na zasadzie podwykonawstwa. W ciągu dziesięciu lat implementacja zarządzania opartego na logice „cięcia kosztów”, czyli pogarszaniu warunków pracy przy minimalnych nakładach inwestycyjnych, doprowadziła do śmierci osiemnastu pracowników.
    
Gdy w styczniu 2007 r. Chavez wezwał do „upaństwowienia wszystkiego, co zostało sprywatyzowane”, pracownicy SIDORu odpowiedzieli serią marszów protestacyjnych. Od tego czasu, przedsiębiorstwo było miejscem nieustającego, otwartego konfliktu załogi z właścicielami. Głównym punktem sporu były płace, lecz robotnicy domagali się również włączenia do załogi ludzi wynajmowanych przez SIDOR z firm pośrednictwa pracy oraz podniesienia emerytur dla byłych pracowników, zmuszonych do życia za sumy nie przekraczające płacy minimalnej. Początkowo robotnikom marzyła się nacjonalizacja, jednak szybko okazało się to niemożliwe. Negocjacje Techintu z rządem Wenezueli zakończyły się jedynie decyzją o zaopatrywaniu krajowego rynku stali po preferencyjnych cenach. Pracownicy, rzecz jasna, uznali to porozumienie za śmiechu warte, postanowili więc konsekwentnie kontynuować walkę przez kolejne miesiące, samodzielnie negocjując z Techintem. Jej apogeum przypadło na okres od stycznia do marca bieżącego roku.
    
14 marca doszło do wydarzeń oznaczających – mogłoby się wydawać – gwóźdź do trumny rewolucji boliwariańskiej. Podczas osiemdziesięciogodzinnego  godzinnego strajku załogi SIDORu, pracowniczy marsz został brutalnie spacyfikowany przez Gwardię Narodową, przy akceptacji Ministra Pracy, Ramona Rivero. Byli ranni, były aresztowania. Dochodziło do konfiskaty mienia. Było to najpoważniejsze starcie między robotnikami a siłami porządkowymi podczas rządów Chaveza. Wydarzenie to unaoczniło, jak wsteczną i antyspołeczną siłą jest wenezuelski aparat państwowy, nad którym efektywną kontrolę sprawują ludzie związani interesem z klasą posiadaczy, zagrożoną postępem rewolucji.
    
Klasa pracująca całego regionu, świadoma wagi wydarzeń, zareagowała masowym poparciem pracowników SIDORu. Dochodziło nie tylko do pikiet solidarnościowych, ale i do prób rozpoczęcia strajków w innych lokalnych przedsiębiorstwach. Do wsparcia SIDORu apelowała m.in. FRETECO, organizacja pracowników zakładów okupowanych, walczących o nacjonalizację pod kontrolą pracowniczą.
    
Po wydarzeniach 14 marca minister pracy nalegał na zorganizowanie referendum, w którym pracownicy mieliby się opowiedzieć za propozycjami złożonymi im przez właścicieli SIDORu. Jednak liderzy związku zawodowego SUTISS oprotestowali tę decyzję, określając politykę ministerstwa jako antypracowniczą i kontrrewolucyjną. W odpowiedzi sami zorganizowali zakładowe referendum, w którym załoga przytłaczającą większością głosów (3338 głosów przeciw 65) opowiedziała się za odrzuceniem oferty Techintu i kontynuacją negocjacji.
    
4 kwietnia, gdy Hugo Chavez przebywał na stanowym Uniwersytecie Boliwariańskim, pracownicy, korzystając ze sposobności, ponownie ogłosili strajk i pomaszerowali pod uczelnię. Na skutki nie trzeba było długo czekać. Dwa dni później prezydent w wystąpieniu telewizyjnym wyraził uznanie dla walki robotników z SIDORu, przypomniał o marksistowskich podstawach forsowanej przez niego rewolucji, o konieczności przestrzegania prawa przez pracodawców (a propos rozporządzenia wydanego 1 maja 2007 r., zabraniającego podwykonawstwa w zakresie zatrudnienia), potępił represje ze strony Gwardii Narodowej i skarcił ministra pracy. Chavez wydał też polecenie wiceprezydentowi Ramonowi Carrizalesowi, by ten nawiązał kontakt ze związkiem SUTISS. Od tej chwili sprawa SIDORu miała rozstrzygać się w rozmowach trójstronnych, przy czym rząd zajął stanowisko jednoznacznie wspierające robotników. Rezultat przerósł oczekiwania samych pracowników. W czwartek, 8 kwietnia,  podczas finałowych negocjacji, Carrizales, po telefonicznej konsultacji z Chavezem, ogłosił decyzję o nacjonalizacji przedsiębiorstwa.
    
Poważne wyzwania stoją obecnie zarówno przed rządem, jak i przed pracownikami. Rząd będzie musiał się zmierzyć z kolejną medialną nagonką, w której Chavez wystąpi jako czarny charakter gnębiący przedsiębiorców w imię swych „dyktatorskich ambicji”. Poza tym Techint z pewnością wystąpi z pozwem o odszkodowanie. W tej akurat sprawie można zająć optymistyczne stanowisko, mając na uwadze przypadek roszczeń ze strony Exxonu – zostały one oddalone w wyniku międzynarodowego arbitrażu. Kwestia odszkodowań może okazać się o tyle łatwa do rozegrania, że Techint kupił hutę za półdarmo, inwestycje były niewielkie, za to zyski krociowe. Koncern nie poniósł zatem żadnych istotnych kosztów, po prostu niezmiernie się wzbogacił na drodze bezwstydnego wyzysku. Żeby jednak to udowodnić, pracownicy muszą położyć rękę na odpowiedniej dokumentacji. Do nich też należeć będzie zadanie uchronienia zakładu przed jakimkolwiek sabotażem ze strony Techintu, powinni mieć oko na cały sprzęt, instalacje i zapasy.

Ponieważ SIDOR jest czwartym co do wielkości producentem stali w Ameryce Łacińskiej, decyzja o nacjonalizacji przedsiębiorstwa może mieć istotne znaczenie nie tylko w Wenezueli. Tym bardziej zatem sprawny przebieg upaństwowienia i wdrożenia kontroli pracowniczej można będzie uznać za kluczowy dla dalszego przebiegu procesu rewolucyjnego. Sam Chavez przy okazji poprzednich nacjonalizacji zachęcał pracowników do tworzenia pracowniczych rad zakładowych. Biorąc pod uwagę determinację załogi SIDORu, kontrola pracownicza ma szansę przybrać trwałą formę. Konsekwentne polityczne zaangażowanie władz pozwoli uniknąć porażki, jaka stała się udziałem robotników z Sanitarios Maracay, gdzie pracownicza walka o nacjonalizację zakończyła się tym, że dla przedsiębiorstwa znalazł się nowy, „prawdziwie boliwariański” właściciel. Już obecnie przypadek SIDORu jest ilustracją podstawowego mechanizmu rewolucji antykapitalistycznej, który zakłada wysoką polityczną i gospodarczą aktywność klasy pracującej, będącej podstawowym nośnikiem przemian, oraz wysiłki władz rewolucyjnych dążących do stworzenia optymalnych administracyjnych, prawnych i politycznych okoliczności wystąpienia samego momentu spustowego tych przemian, ich utrwalenia i zapewnienia im perspektyw rozwoju. Władza nie zastąpi pracowników w ich zadaniu, natomiast przy odczuwalnym nacisku oddolnym może stanowić dla nich dobrą reprezentację oraz swoisty organ wykonawczy. Mieliśmy właśnie do czynienia z tego typu kooperacją.

Leszek Kołakowski, intelektualny bożyszcze polskich liberałów, napisał kiedyś, że posługiwanie się terminem „rewolucja” na opisanie działań władz uznających się za rewolucyjne jest nadużyciem i może oznaczać jedynie ideologiczne uzasadnienie dla  samowoli tejże władzy, zainteresowanej głównie despotyzmem. Fenomen Wenezueli unieważnia tę tezę przez postawienie jej we właściwym świetle. Chavez jest niczym bez mas, ale masy potrzebują Chaveza. Bezwład lub aktywny opór stawiany przez skamieliny ancien regime’u pozbawia centralne rewolucyjne organy wykonawcze możliwości sprawowania efektywnej kontroli zgodnie z zamierzeniami. Oznacza to, że jedyną drogą doprowadzenia rewolucji do zwycięskiego końca jest dialektyka „dołów” i „góry”, razem stanowiących siłę zdolną odesłać „stare” na śmietnik historii, by powołać do życia „nowe”. Obecnie nie ma na świecie lepszego miejsca dla wcielenia w życie tej logiki niż Wenezuela.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing