Sezon na fabryki bez szefów Drukuj Email
Napisał(a): Wojciech Figiel [socjalizm.org]   
28.08.2009.
 
Okupacje fabryk powoli stają się zjawiskiem ogólnoeuropejskim. Globalny kryzys wolnorynkowej ekonomii daje kolejny impuls do zmian świadomościowych. Czy ten fenomen to przejściowa moda, czy też może zwiastun bardziej głębokiego trendu?
 
Pogłębiający się kryzys gospodarczy wyszedł z ekranów telewizorów i zaczął uderzać z wściekłością w miliony ludzi na całym świecie. Od początku recesji do marca tego roku w samych tylko Stanach Zjednoczonych pracę straciło blisko cztery i pół miliona osób. Nie lepiej wiedzie się pracownikom Starego Kontynentu, gdzie np. w Hiszpanii w ciągu ostatniego roku ilość bezrobotnych podwoiła się. Kryzys zbiera swoje żniwo także i w tzw. krajach rozwijających się. Międzynarodowa Organizacja Pracy szacuje, że tylko w 2009 roku pracę w tych krajach straci 32 miliony osób. 52 miliony zaś spadnie poniżej poziomu ubóstwa – dodaje Bank Światowy. Co bardziej wnikliwi komentatorzy wiedzą, że za danymi tymi kryje się widmo masowej rewolty.

Ostatni boom opierał się w głównej mierze na sztucznie napompowanym kredycie. W krajach takich jak Hiszpania, Irlandia, Stany Zjednoczone, czy Wielka Brytania wielu ludzi zaciągnęło kredyt na zakup domu oraz inne kredyty konsumpcyjne. Proces ten, rzecz jasna, nie ominął też i Polski. Teraz ci sami ludzie, którzy całymi latami ciężko pracowali na swoje cztery ściany oraz godne życie dla swoich rodzin postawieni są przed wolnorynkowym szantażem – albo zgodzicie się na obniżanie płac (lub czasu pracy) albo będziecie wyrzuceni na ulicę. Albo też najpierw zgodzicie się na zmniejszenie płac, a potem zostaniecie wyrzuceni z pracy. Niejednokrotnie pracownicy otrzymują wymówienia z jednogodzinnym wyprzedzeniem. Taka sytuacja nie pozostaje bez odpowiedzi.

Strajki i protesty pracownicze stały się codziennością. We Francji w dwóch strajkach powszechnych udział wzięło kilka milionów osób. Ostatnie sondaże pokazują też znaczący spadek popularności prezydenta Sarkozy’ego, do zaledwie 37%. Francuzi uważają, że związki zawodowe poradziłyby sobie lepiej z kryzysem niż rząd. Francja, kraj w którym tradycje związkowe i robotnicze od wielu lat są bardzo żywe, to miejsce, gdzie dzieją się też i inne, równie interesujące wydarzenia. Dwunastego marca pracownicy francuskiego oddziału Sony zabarykadowali fabrykę, a jej szefa zamknęli w sali konferencyjnej domagając się negocjacji warunków zerwania umowy o pracę. Efekt był natychmiastowy – już po kilkunastu godzinach szefostwo zgodziło się na warunki pracowników, a niefortunny Serge Foucher, szef francuskiego oddziału Sony, został wypuszczony. Porwania szefów stają się coraz częstsze. „The Economist” (21.03.2009) wylicza co najmniej pięć tego rodzaju przypadków w ciągu ostatnich kilku miesięcy.

Waterford Crystal – śmierć celtyckiego tygrysa


Przenieśmy się jednak na drugą stronę kanału La Manche. To tam, w Wielkiej Brytanii i Irlandii, znajdował się jeden z głównych ośrodków boomu gospodarczego w sektorze budowlanym, napędzanego kredytami.

Efekt? Gospodarka tak wychwalanego przez media celtyckiego tygrysa w 2008 roku skurczyła się o 2,5%, a na ten rok prognozy wykazują spadek o dalsze 6,5%. Bezrobocie rośnie jeszcze szybciej, niż w USA – z 5% do 10,4% (dane za „The Economist”, 21.03.2009). W tej sytuacji jedynym rozwiązaniem w ramach wolnorynkowej gospodarki jest zamykanie zakładów pracy lub obniżanie płac. Na początku tego roku Dell zlikwidował swoją irlandzką fabrykę, wyrzucając na bruk 1200 pracowników. 90% tzw. pracodawców przyznaje, że zamierza obniżyć płace swoim pracownikom.

Pracownicy, którzy nie są winni powstania obecnego kryzysu, mówią „dość” takiemu modelowi ekonomicznemu. Codziennością stały się masowe protesty (w jednym z nich, 21 lutego, udział wzięło 200 tysięcy ludzi, skandujących „sami płaćcie za Wasz kryzys!”) i strajki, zarówno w sektorze prywatnym, jak i publicznym. Od kilku miesięcy widzimy jednak kolejny, bardzo interesujący proces w Irlandii. W grudniu ubiegłego roku pracownicy firmy Swisco przez dwanaście godzin okupowali jej siedzibę. 30 stycznia 2009 zarząd słynnych na cały świat zakładów Waterford Crystal ogłosił zwolnienie 480 z 700 pracowników. To przelało czarę goryczy. Około 300 pracowników, przez siedem tygodni, okupowało swój zakład pracy. Do pomocy natychmiast zmobilizowano całe miasto. Ludność przynosiła paczki z żywnością, śpiwory oraz pościele. Tysiące ludzi protestowało też w samym Waterford oraz w Dublinie przeciwko zamknięciu zakładu, który był najważniejszym ośrodkiem przemysłowym w mieście i przyciągał do niego rocznie 300 tysięcy turystów. Niektórzy pracownicy postulowali nacjonalizację jako wyjście z kryzysu. Skoro rząd znacjonalizował największe banki irlandzkie, by je ratować, to czemu nie może zrobić tego samego z zakładami produkcyjnymi – argumentowali. Jednak przywództwo związków odmówiło przyjęcia bardziej bojowej postawy i rozszerzenia konfliktu na inne, zagrożone zwolnieniami zakłady pracy. Po siedmiu tygodniach okupacja zakończyła się podpisaniem umowy z nowym, amerykańskim inwestorem, który jednak nie obiecuje szybkiego wznowienia produkcji. To jednak początek, a nie koniec walki. Irlandzkie związki zawodowe szacują, że do końca tego roku realne płace spadną o 14%. Nikt nie wie ile osób zostanie wyrzuconych z pracy, ale prawdopodobne jest, że pod koniec roku bez pracy pozostawać będzie około 15% ludzi.

Solidarność pracownicza nie zna granic


Wydarzenia w Waterford stały się inspiracją dla pracowników z Wielkiej Brytanii. 30 marca 550 pracownikom trzech produkujących części samochodowe i powiązanych z Fordem zakładów Visteon oświadczono, że za 6 minut firma kończy współpracę z nimi. Ponadto okazało się, że nie zostanie im wypłacone wynagrodzenie za ostatni tydzień pracy, a zamiast odpraw kilka dni wcześniej wpłynęło na ich konta około 400-500 funtów – mniej niż wynosi przeciętna miesięczna rata kredytu hipotecznego. Jeszcze tego samego wieczoru 200 pracowników fabryki w Belfaście zdecydowało się na okupację zakładu, domagając się albo powrotu do pracy albo godziwych odpraw. Następnego ranka w ich ślad poszło 80 pracowników z fabryki w Enfield, na północ od Londynu.

Powszechnie wiadomo, że kryzys jest tylko wymówką dla szefów, by pozbyć się układu zbiorowego, który zapewniał takie same, dobre, warunki pracy i płacy w Visteon, co w fabryce Forda. Przez całe lata zakład przynosił milionowe zyski, a teraz – nagle – szefowie ogłaszają bankructwo. A wszystko to po to, by otworzyć nową firmę – Visteon Automotive Company – gdzie płace i warunki będą o wiele gorsze.

Ludzie uczą się szybko

Jeden z pracowników fabryki w Enfield w kilka dni po rozpoczęciu okupacji tłumaczył dziennikarzowi brytyjskiego pisma „Socialist Appeal”: „wszyscy mamy kredyty hipoteczne, młode rodziny… nie wiem jak poradzimy sobie jeśli zostaniemy zwolnieni”. Inny pracownik dodawał: „z trzech zmian zeszliśmy na dwie, potem na jedną, a teraz zarząd kazał nam w dziesięć minut wynosić się z zakładu pracy”. Pracownicy domagają się należnych im praw – godziwej odprawy, którą gwarantują im podpisane układy zbiorowe.

Załoga fabryki Visteon w Enfield uczyła się bardzo szybko. Najpierw zorganizowano straże robotnicze, które pilnowały, by na teren zakładu nie dostała się policja.

Podjęto też konkretne działania, by rozpocząć na nowo produkcję. Pracownicy z Visteon, fabryki produkującej elementy plastikowe do samochodów Forda, zaproponowali nawet zmianę profilu produkcji i przestawienie jej na innych, nie związanych z przemysłem motoryzacyjnym odbiorców. Szefowie jednak nie zgodzili się, nie podając żadnych konkretnych argumentów. Jeszcze raz pokazuje to, że od początku nie byli zainteresowani utrzymaniem miejsc pracy w zakładzie. Doszło też do spotkania dużej delegacji załogi z szefem. W tym celu reprezentacja pracownicza musiała udać się do jego willi, położonej kilkadziesiąt kilometrów od zakładu. Zastane bogactwa wywarły na wielu bardzo duże wrażenie. Oto jak jeden z pracowników na bieżąco komentował sytuację: „to obrzydliwe. On wzbogacił się na pracownikach, którzy pracowali dla Visteon i Forda. Ten facet zgarnął większą część tortu dla siebie, a nas – pracowników – zostawił na lodzie.”

Tak samo, jak w Irlandii protest zyskał poparcie wielu ludzi. Pracownicy z okolicznych zakładów czynnie uczestniczyli w okupacji, przychodzili, pomagali, dostarczali żywność i inne potrzebne artykuły. Wiedzą oni bowiem, że to co spotkało dzisiaj pracowników Visteon, jutro może wydarzyć się w innych zakładach. Lokalna społeczność również włączyła się do protestu. Zamknięcie fabryki oznaczać będzie bowiem strukturalne bezrobocie w całym mieście i odbije się na wszystkich mieszkańcach. Dlatego też organizowane są regularnie zbiórki pieniędzy, które pomogą utrzymać pracowników okupujących fabrykę. Reprezentanci załogi zapraszani są też na spotkania solidarnościowe organizowane przez różne związki zawodowe. Zwykli związkowcy w całym kraju też zbierają pieniądze dla pracowników, gdyż są oni - jak powiedział jeden z działaczy - inspiracją dla całego ruchu.

Wreszcie, po dziewięciu dniach okupacji, nadszedł nakaz sądowy opuszczenia zakładu, a wraz z nim – silnie uzbrojone oddziały policji. Sądy nie są bezstronne, a ich celem jest obrona obecnego status quo i przede wszystkim własności prywatnej – to jedna z ostatnich, gorzkich lekcji, jaką musieli pobrać pracownicy z Enfield. „Nie wróciliśmy do domów, lecz do końca walczyliśmy o nasze miejsca pracy. To sygnał dla wszystkich szefów. Nadejdzie jeszcze taki dzień, że sprzeciwimy się całemu temu bałaganowi. Potrzebujemy zmian, tu i teraz.” – mówił jeden z pracowników tuż przed opuszczeniem zakładu. W toku walki pracownicy uświadomili sobie jak ważna jest jedność. Często powtarzane było hasło „pracownicy zjednoczeni, nigdy nie zwyciężeni”. Wielu podkreślało, że nie ma zgody na to, by po latach ciężkiej pracy całej załogi szefowie uciekali z wielomilionowymi zyskami, a pracowników wyrzucali na bruk.

I chociaż okupacja została zakończona, to walka trwa dalej. A pracownicy dopiero zaczynają się uczyć jak wielką siłę stanowią, gdy działają wspólnie.

Trochę historii

Okupowanie, a nawet przejmowanie przez pracowników zakładów to nic nowego w historii ruchu robotniczego. Od co najmniej stu lat pojawiają się przykłady fabryk okupowanych i zarządzanych przez swych pracowników. Taktykę strajków okupacyjnych rozwinęli i niejako wprowadzili do powszechnej praktyki amerykańscy pracownicy w latach trzydziestych. Gdy ostatni tak poważny kryzys ekonomiczny zbierał swoje krwawe żniwo, pracownicy domagali się podstawowych praw – w tym uznania ich związków zawodowych. Wielotygodniowe, zakończone sukcesem okupacje amerykańskie z tego okresu przeszły do historii ruchu pracowniczego.

Od tamtego czasu upłynęło wiele lat, a taktyka okupacji znalazła wielu naśladowców. We Francji w maju 1968 roku głównym problemem były nie protesty studenckie, lecz właśnie dziesięć milionów pracowników okupujących swoje fabryki. Lata siedemdziesiąte przyniosły cały szereg bardzo bojowych protestów, w takich krajach jak Hiszpania, Włochy, Niemcy, Szwecja, Francja, czy Wielka Brytania, gdzie pracownicy nie tylko okupowali, ale i zarządzali fabrykami.

Okupacje zakładów pracy nie są obce też i tradycji polskiego ruchu pracowniczego, sięgającej aż 1905 roku. Tuż po drugiej wojnie światowej fabryki na nowo uruchamiała nie nowa władza, ale załoga zakładu, która jeszcze przez kilka lat walczyła o samorząd pracowniczy. To samo działo się w latach 1956, 1970 i wreszcie – na ogromną skalę – podczas powstania i działalności pierwszej „Solidarności” z lat 1980-81. I to właśnie przejmowanie zakładów pracy oraz tworzenie straży robotniczych ostatecznie przekonało władze o konieczności wprowadzenia stanu wojennego.

W ciągu ostatnich 20 lat też nie zabrakło protestów okupacyjnych. Przypomnijmy chociażby strajk okupacyjny pracowników KGHM z 1992 roku, którzy skutecznie zablokowali w ten sposób prywatyzację spółki. Wreszcie, w 2003 roku pracownicy Fabryki Kabli w Ożarowie przez kilka miesięcy okupowali swój zakład pracy, a do opuszczenia siedziby firmy zmusiła ich dopiero brutalna pacyfikacja będąca dziełem wynajętej przez szefa prywatnej firmy ochroniarskiej ściśle współpracującej z policją.

Teraźniejszość i przyszłość ruchu fabryk okupowanych

Początek obecnej dekady był też i zaczątkiem całej serii rewolucyjnych wydarzeń w Ameryce Łacińskiej, którym towarzyszyły okupacje fabryk. Region ten jest miejscem szczególnie dotkniętym przez organiczny kryzys, w jakim obecny system tkwi od co najmniej trzydziestu lat, dlatego też naturalnym jest, że to tam na nowo powstały koncepcje okupowania fabryk. Jako pierwsi z pomysłem wystąpili pracownicy argentyńscy w 2001 roku, którzy – zupełnie jak wcześniej cytowani Brytyjczycy – postanowili nie wracać do domu z założonymi rękami, ale wziąć sprawy w swoje ręce. Okupowane i zarządzane przez pracowników zakłady, takie jak Zanón czy Brukman, stały się nie tylko symbolami walki o godną płacę i pracę, ale także wzorem zarządzania przedsiębiorstwem. Podwyższono pensje, ulepszono park maszynowy, podniesiono standardy BHP. Ale nie tylko. Z pieniędzy zaoszczędzonych na bonusach dla szefów pracownicy wspierają lokalne szpitale, szkoły, czy teatry. Oto po raz kolejny ruch pracowniczy udowodnił, że szefowie bez pracowników funkcjonować nie mogą, ale pracownicy bez szefów radzą sobie bardzo dobrze. Jeszcze bardziej inspirujące są przykłady zarządzania fabrykami przez pracowników z Wenezueli, czy Brazylii, którzy osiągnęli jeszcze więcej.

W dobie światowego kryzysu kapitalizmu, z którym mamy do czynienia od co najmniej pół roku, te same rozwiązania intuicyjnie podchwytywane są przez pracowników z całego globu. Okupacje fabryk widzimy nie tylko w Ameryce Łacińskiej. Fabryki okupuje się też w Rosji, na Ukrainie, w Serbii. Pojawiły się jednak i pierwsze zwiastuny tego zjawiska w sercu globalnego kapitalizmu – w Stanach Zjednoczonych. W grudniu ubiegłego roku kilkuset pracowników chicagowskiej firmy Republic Doors and Windows okupowało ją, walcząc o godne warunki odprawy, należne im na mocy podpisanych układów. Podczas tych kilku grudniowych dni okazało się, że pracownicy potrafili wygrać nawet z potężnym Bank of America. A to dopiero początek. Cytowany przez „The Economist” prof. Garry Chaison, specjalista w zakresie ruchu pracowniczego z Uniwersytetu Clarka w Massachusetts uważa, że „z powodu nieuczciwości szefów przy wypłacaniu pensji protesty amerykańskich pracowników staną się o wiele bardziej gwałtowne” („The Economist”, 21.03.2009).

Ruch fabryk okupowanych ma przed sobą przyszłość, gdyż to sam kryzys ekonomiczny i masowe zwolnienia tworzą jego podstawy. Pracownicy z całego świata powoli wyciągają bardzo konkretne nauki ze swoich doświadczeń. Jednak przede wszystkim potrzebna jest jedność w działaniu oraz jasny program politycznego rozwiązania sytuacji w zakładach pracy.

Natura ludzka a natura systemu

Okupacja i nawet przejęcie zakładów pod kontrolę pracowników to krok w dobrym kierunku. Jednak, o czym wiedzą pracownicy z Wenezueli, potrzebne są też i sprawnie działające organizacje związkowe. To rolą związków zawodowych jest przecież nagłośnienie konfliktu, organizacja pomocy z innych zakładów i stworzenie jednego, wspólnego frontu działań w obronie niezbywalnych praw pracowniczych. Ostatnie wydarzenia w Irlandii i Wielkiej Brytanii wskazują jeszcze raz jak wielką wagę odgrywa odpowiedzialne przywództwo związkowe – lub raczej, jak wielką katastrofą jest jego brak.

Wielu komentatorów zwala winę za obecny kryzys na mityczną już naturę ludzką, która nieodzownie łączy się z chciwością i chęcią posiadania. W opisywanych wyżej przypadkach pracownicy i społeczności lokalne jeszcze raz zadali kłam tej tezie. Naturę ludzką kształtują konkretne, ekonomiczne przesłanki. Chciwość leży nie w naturze ludzkiej, ale w naturze kapitalizmu i jest z nim nierozerwalnie związana. Warunki jednak się zmieniają. Ludzie, którzy powstają z kolan i zaczynają się sprzeciwiać temu systemowi pod wpływem swych działań zaczynają się zmieniać. Okupacje fabryk pokazują, jak w takich momentach wychodzi z pracowników wszystko to, co jest w nich najlepsze – solidaryzm, chęć pomocy drugiemu, ofiarność i wreszcie chęć wspólnego, kolektywnego działania. To zaczątek nowego, społeczeństwa, które powstanie na gruncie właśnie tych wartości. Struktura ekonomiczna tego społeczeństwa da zaś realne, materialne przesłanki, by to, co najlepsze w ludziach mogło się swobodnie rozwijać. Przesłanki w postaci upaństwowienia głównych sektorów gospodarki pod zarządem pracowniczym oraz międzynarodowej współpracy między pracownikami.

Polskim pracownikom widmo kryzysu też zagląda w oczy. Być może okupacje i kontrolowanie zakładów pracy wydają się w tej chwili melodią przyszłości. Ale sprawnie działające związki zawodowe, które tu i teraz będą aktywnie walczyły o utrzymanie pozycji pracowników w dobie kryzysu to kwestia kluczowa dla załogi każdego zakładu pracy. Silne i demokratyczne związki zawodowe, które nie będą bały się nie tylko postawić warunków szefowi, ale też i użyć tkwiącego w nich potencjału do mobilizacji społecznej, są nam jeszcze bardziej potrzebne niż kiedykolwiek. Związki, które ochronią pozycję pracownika dzisiaj, a jutro – gdy zajdzie taka potrzeba – będą w stanie zorganizować przejmowanie zakładów w zarząd pracowniczy, aby dokończyć to, czego nie udało się wywalczyć dziesięciu milionom pracowników przed niespełna trzydziestu laty.
 
następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing