Żer dla prawicy - Wołyń 1943 Drukuj Email
Napisał(a): Piotr Kuligowski [socjalizm.org]   
22.08.2008.
 
Nie tak dawno minęła 65. rocznica tragicznych wydarzeń na Wołyniu. Mimo iż przebrzmiały już echa patetycznych uroczystości, w których tak lubują się patrioci (narzekający w tym roku na zbyt mały rozmach obchodów), oraz wypowiedzi postendeckich „historyków” uważny obserwator polskiej przestrzeni publicznej z pewnością dostrzegł, iż rzeź wołyńska nie doczekała się żadnych, przekonujących opracowań czy nawet głębszych refleksji natury historiozoficznej. Dla prawicy bowiem – a ta niemalże całkowicie zdominowała polską historiografię – ta historia jest bardzo prosta. Oto nieskazitelnie czyści żołnierze AK bohatersko bronili ludności cywilnej narodowości polskiej przez faszystowskimi, kolaborującymi z III Rzeszą bandami OUN – UPA. Każdego, kto jednak choć trochę orientuje się w realiach historycznych, taka interpretacja zaprowadzić może nie gdzie indziej jak na sedes – wywołuje bowiem silny odruch wymiotny.

Marny poziom opracowań historycznych oraz nikłe zainteresowanie problematyką polsko-ukraińską świetnie odwzorowuje sondaż przeprowadzony dla OBOP w 2003 roku, według którego niemal połowa Polaków nie wie o wydarzeniach z 1943 roku absolutnie nic! Te same badania pokazały, iż 17 proc. społeczeństwa „coś słyszało, ale dokładnie nie wie, o co chodzi”, 20 proc. „wie, ale mało” i tylko 14 proc. „wie dużo”. Jak widać nikła świadomość w tej materii otwiera duże pole do popisu szczególnie dla lewicy, której wizja rzeczywistości zawsze różni się w sposób istotny od uproszczonej (a w dodatku celowo przeinaczonej) wizji neoliberałów. Aby jednak tę wizję wypracować, należy najpierw spojrzeć na historię Ukrainy całościowo.

Ziemie naszego wschodniego sąsiada zostały inkorporowane do Korony w przededniu zawarcia unii lubelskiej z 1569 roku. Tereny te, z racji peryferycznego położenia stały się swoistym Eldorado dla zbiegłych chłopów i przestępców, którzy z czasem stworzyli istotny potencjał militarny. W wyniku nieporozumień pomiędzy przywódcami kozackimi a królami Rzeczypospolitej doszło do serii powstań, w wyniku których lewobrzeżna Ukraina z Kijowem została zagarnięta przez Rosję. Carat na podbitych terenach prowadził bezwzględną rusyfikację, chcąc trwale zasymilować ich mieszkańców. Nie lepiej sytuacja wyglądała na ziemiach ukraińskich, które pozostały w Rzeczypospolitej. Zachowały się liczne świadectwa wskazujące, iż dla kresowych magnatów język ukraiński był jedynie językiem niewykształconych, lubujących się w wódce chłopów.

Po rozbiorach sytuacja nieco się zmieniła. Wprawdzie Ukraińców pozostających pod panowaniem cara nadal bezwzględnie rusyfikowano, ale ci mieszkający w zaborze austriackim uzyskali z czasem pewną autonomię, dzięki czemu mogli rozwijać własne organizacje oświatowe, kulturalne i ekonomiczne.

Po I wojnie światowej, w wyniku toczącej się wojny terytorium Ukraińskiej Republiki Ludowej zostało podzielone pomiędzy kraje ościenne. Równie niekorzystnie dla tego kraju wyglądał okres międzywojenny, w którym miliony ludzi zmarły w wyniku stalinowskiej totalnej kolektywizacji i celowo wywołanej klęski głodu. Niewiele lepiej pod tym względem wyglądała postawa sanacyjnych i endeckich pachołków, którzy nie tylko mieli do mniejszości narodowych stosunek niechętny i pełen arogancji, ale także nie wahali się przed przetrzymywaniem „krnąbrnych chłopów ukraińskich” w polskim obozie koncentracyjnym – Berezie Kartuskiej. Warto zwrócić również uwagę na – zorganizowaną pod patronatem Kościoła katolickiego – akcję odbierania i niszczenia cerkwi, a także cmentarzy grekokatolickich i prawosławnych. Znane są także przypadki przymusowego nawracania na katolicyzm ukraińskich chłopów.I nie jest tu mowa o jednostkowych wydarzeniach, ale o zmuszaniu do konwersji całych lokalnych społeczności, jak i o wyburzaniu setek obiektów, często mimo ich wysokiej wartości historycznej.

Trudno się zatem dziwić, że  utrzymywani w ciągłej atmosferze nacjonalizmu przez prężnie działające organizacje o takim politycznym profilu Ukraińcy wciąż marzyli o niepodległym państwie. Logiczną konsekwencją wzrastającej frustracji musiało być to, iż zapragnęli ten kraj zdobyć za wszelką cenę. Nic dziwnego, że z ich punktu widzenia zwycięstwa faszyzmu – najpierw nad II RP, a potem ZSRR – były szansą na uzyskanie konkretnych politycznych korzyści. Wprawdzie obecnie obie strony konfliktu, czyli i żyjący żołnierze UPA, i AK-owcy wzajemnie oskarżają się o kolaborację z Hitlerem to jednak nie ulega wątpliwości, iż z ewentualnej współpracy więcej korzyści wynieśliby Ukraińcy.
 
Powody samej rzezi Polaków na Wołyniu mogły być różne. Rzeczniczka antyklerykalnej do granic absurdu partii RACJA Polskiej Lewicy Teresa Jakubowska w swoim artykule pod tytułem „Rzezie na Wołyniu” wskazuje, iż głównym ich powodem była polonizacja, a co za tym idzie – przymusowa katolicyzacja Ukraińców. Powoływała się ona na artykuł doktora Pawła Boreckiego, który opisywał trwające od 1918 roku niemal do wybuchu II wojny światowej wspomniane wyżej akcje niszczenia prawosławnych obiektów sakralnych. Oczywiście mógł być to jeden z powodów straszliwych rzezi.. Na sprawę należy jednak spojrzeć bardziej kompleksowo. Wszystkie wymienione wcześniej czynniki w zestawieniu z niewielkimi lewicowymi tradycjami Ukraińców przyczyniły się do rozwoju nacjonalizmu o ogromnym nasileniu. I to właśnie on odpowiedzialny jest za  dziesiątki tysięcy zabitych. Warto podkreślić, iż najbardziej wiarygodne źródła donoszą o 60 tys. po stronie polskiej i około  20 tys. po stronie ukraińskiej. Szkoda, że w swym artykule „Trudne sąsiedztwo - w kolejną rocznicę rzezi wołyńskiej”, opublikowanym przez portal lewica.pl,  Przemysław Prekiel dokonał tego, w czym tak lubują się prawicowi politycy – napompował liczbę ofiar po stronie polskiej do 120 tys.!. Nacjonalizm ten jednakże, – co warto podkreślić – towarzyszył zarówno oddziałom UPA, kiedy ci palili żywcem uważanych za odwiecznych wrogów Polaków,jak i AK-owcom, którzy prowadzili akcje odwetowe (w wyniku których śmierć poniosło kilkanaście tysięcy niezwiązanych z UPA zwykłych Ukraińców).

Rzecz jasna znacznie większa odpowiedzialność za krwawe wydarzenia z 1943 roku spoczywa na ukraińskich nacjonalistach, którzy mordowali nie tylko Polaków, ale także Żydów, a nawet swoich pobratymców, którzy udzielali pomocy mordowanym lub odmawiali przyłączenia się do oprawców. My jednak jako odpowiedzialni, lewicowi działacze nie możemy zachowywać się niczym IPN i stwierdzać jednoznacznie, który nacjonalizm – polski czy ukraiński – miał w tym przypadku więcej historycznej racji. Możemy stwierdzić jedynie, iż – mimo że za nakręcenie spirali terroru bezpośrednio odpowiedzialni są faszyści z UPA i OUN – to jednak nie bez winy jest także strona polska, która przez kilkaset lat nie pozwalała Kozakom, a później Ukraińcom na rozwój, jeżeli nawet nie własnego państwa, to przynajmniej niezależnych instytucji.
 
Przy okazji warto zaznaczyć, iż prawda o UPA też nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać, bowiem w UPA obok frakcji faszystowskiej i kolaborującej z hitlerowcami istniała także spora grupa, przeciwna tego rodzaju działaniom.

Rzeź wołyńska to jednak nie tylko wydarzenie, które należy wspominać i, co chętnie robi prawica, roztrząsać, po czyjej stronie były historyczne racje – to przede wszystkim ważna lekcja dla późniejszych pokoleń. Lekcja, z której wynika jednoznacznie, iż raz uwolnionego ducha nacjonalizmu nie da się z łatwością pohamować. Dlatego właśnie tak ważna jest w XXI wieku promocja internacjonalizmu, który nie tylko pozwoli zapobiec podobnym, krwawym wydarzeniom w przyszłości, ale także doprowadzić raz na zawsze do zniesienia państw narodowych. Póki co jednak pozostaje nam mieć życzenie, aby do tego rodzaju rzezi nie doszło w Osetii, w której podjudzana świadomość narodowa przeplata się z zakusami imperialnych mocarstw.

Obchodzona niedawno 65. rocznica rzezi wołyńskiej, czego łatwo się było domyśleć, stała się oczywiście żerem dla polityków spod znaku Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości, którzy pohukiwali z ekranów telewizorów o ludobójstwie i szacunku dla patriotów, którzy zginęli w walce z oddziałami UPA. Szkoda, że ci panowie – jak zwykle zresztą – postanowili z ważnej lekcji historycznej uczynić PR – owską rozgrywkę, i zamiast rzeczowej refleksji historycznej zaserwowali odbiorcom pseudointelektualną papkę. Cóż, trzeba jednak przyznać, że chyba zdążyli oni nas już do tego przyzwyczaić…
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing