Ruch pracowniczy kontra kapitał Drukuj Email
Napisał(a): Agata Rozenberg [socjalizm.org]   
28.11.2008.

Po dłuższym okresie legislacyjnego nieróbstwa ekipa Tuska zabrała się ostro do pracy. Jej dotychczasowe owoce – ustawa o emeryturach pomostowych i zmiany w prawie podatkowym – lepiej niż tysiąc słów ukazują prawdziwe oblicze premiera, który już nie wzywa do powszechnej miłości, ale groźnie piętnuje roszczeniowe mniejszości żyjące na koszt społeczeństwa. Innymi słowy – żąda od pracowników, by zaakceptowali życie w nędzy i pracę na koszt garstki posiadaczy.

Te apele premiera wspierane są przez jego niezastąpionych przyjaciół – polski mainstream. Nagonka wymierzona w pracowników, zorganizowana przez wszystkie polskie media głównego nurtu, nie jest wprawdzie nad Wisłą nowością, jednak jej rozmiary i bezgraniczna bezczelność stanowią zjawisko w każdym razie godne uwagi. Zastąpienie trafnego, dobrze oddającego istotę zjawiska określenia „uprawnienia emerytalne” jawnie nacechowanym negatywnie słowem „przywileje” jest – wśród ogólnej fali mniej lub bardziej wyszukanych ataków – jednym z łagodniejszych środków manipulacyjnych. By zmieszać z błotem podnoszący głowę ruch pracowniczy media musiały sięgnąć po coś więcej niż proste zabiegi semantyczne. „Niezależni eksperci” masowo fałszują informacje, manipulują danymi liczbowymi, a zapatrzeni w neoliberalną dogmatykę dziennikarze okraszają całość chwytającym za serce komentarzem. Odejście na wcześniejszą emeryturę to kradzież dokonana kosztem każdego z nas – alarmują zgodnym chórem środki masowego przekazu. Niekiedy dorzucają jeszcze atak na związki zawodowe. I ponownie – wieść o tym, że są to informacje sabotujące starania ciężko pracujących przedsiębiorców nie robi już specjalnego wrażenia. Trzeba pójść dalej – oskarżyć aktywistów propracowniczych o celowe okradanie swoich zakładów poprzez organizowanie manifestacji, na które wyjeżdżają robotnicy lub, jak to uczyniło „Metro”, sprowadzić ruch związkowy do rangi bandy egoistycznych krzykaczy, która na szczęście najprawdopodobniej wkrótce umrze śmiercią naturalną.

Zakochani w liberalizmie i ekipie Tuska dziennikarze nie bez przyczyny podjęli opisany wyżej intelektualny wysiłek. Nadszedł bowiem moment, który lewica socjalistyczna przewidywała już od jakiegoś czasu – ruch związkowy w Polsce zaczął na serio rozpoznawać niebezpieczeństwo w postaci przedsiębiorców w sojuszu z neoliberalnymi politykami, a co więcej – organizować na nie odpowiedź. Manifestacje OPZZu czy „Solidarności”, mimo ilości pomyj wylanych na nie przez media, gromadziły tysiące niezadowolonych ze swojej sytuacji pracowników. I ponownie wbrew propagandystom głównego nurtu – nie byli to jedynie ci, których nowe projekty ustaw dotkną najbardziej. Na ulice Polski zaczęło wracać bowiem coś, przed czym neoliberałowie drżą nie tylko w kraju – solidarność robotnicza. A realny wpływ zaktywizowanych dołów związkowych na kierownictwo ogólnopolskich central sprawił, że nawet ich kierownictwo, poważnie zbiurokratyzowane, zradykalizowało swoją retorykę, wspominając nawet o strajku generalnym. Choć do zapowiedzi tych należy, mając w pamięci wcześniejszą postawę związkowych biurokratów, podejść z konieczną dozą sceptycyzmu, to jednak samo ich pojawienie się na ustach przywództwa jest wyrazem określonej tendencji. Chodzi o radykalizację szeregowych członków związków, która, najpierw wymusiwszy bardziej zdecydowane deklaracje, w dalszym biegu wydarzeń będzie w stanie wyznaczyć również podobny kierunek realnych działań, a w razie konieczności – także zmienić przywództwo.

Ostatnie wypowiedzi Tuska i jego ministrów, w tym minister pracy Jolanty Fedak dowodzą, że z tego ostatniego faktu zdają sobie sprawę również w rządzie. Nie bez przyczyny pani minister, która swego czasu cynicznie deklarowała, że nie rozumie postawy związkowców ani nie zna ich postulatów, teraz pośpiesznie oznajmiła, że nauczyciele swoich uprawnień emerytalnych nie stracą, podejmując tym samym próbę uspokojenia jednej z najbardziej niezadowolonych grup zawodowych. Inną postawę przyjął Donald Tusk. Premier jest na tyle pewny siebie (i utwierdzany w tej wierze przez media i cytowane przez nie sondażowe słupki), że przyjął strategię ostentacyjnego ignorowania oczekiwań strony społecznej, a niekiedy otwartego jej atakowania. Tusk nie tylko natychmiast zdementował obietnice Fedak, ale również dorzucił od siebie kilka niezbyt nowatorskich, za to wybitnie niewybrednych komentarzy o terroryzowaniu większości przez mniejszość. Słowa takie brzmią szczególnie osobliwie w ustach osobnika, który swego czasu deklarował, że wszystkim będzie żyło się lepiej, i który nie może nie wiedzieć, że prawdziwy terroryzm mniejszości nastąpi, gdy pracodawcy będą w pełni mogli korzystać z dostarczanych im przez usłużną Platformę Obywatelską rozwiązań. Z powstałej w ten sposób sprzeczności wewnątrz rządzącego gabinetu można wyciągnąć jednak jeszcze ważniejszy wniosek. Rząd wprawdzie rozpoznał niebezpieczeństwo, jednak nie jest jednomyślny co do koniecznej na nie reakcji. Oznacza to, że stojący na czele państwa, mimo zachowania werbalnego animuszu, czują się o wiele mniej pewnie, niż mogłoby się to wydawać.

Jeszcze bardziej symptomatyczne jest to, że wkrótce po wylaniu łez nad losem nieszczęsnego społeczeństwa, które musi pracować na pasożytujących na nim wcześniejszych emerytów, Tusk z radością ogłosił projekt zmian podatkowych, które oznaczają nie mniej nie więcej niż pozbawienie skarbu państwa wpływów w wysokości ośmiu miliardów rocznie. Przypomnijmy, że emerytury pomostowe kosztowały dokładnie cztery razy mniej. Pół biedy byłoby, gdyby proponowane zmiany odciążały podatkowo najuboższych obywateli. Takiego rozwiązania jednak nie wybaczyliby Tuskowi jego podstawowi sojusznicy – posiadacze. Dlatego ogłoszony przez niego projekt wychodzi naprzeciw właśnie ich oczekiwaniom, chociaż rzecz jasna w stopniu dalece niedostatecznym. Chodzi bowiem głównie o likwidację najwyższej stawki podatkowej. Zmianę tę media przyjęły z kolei z najwyższym stopniem ukontentowania, ale pośpiesznie przypomniały premierowi, że obiecał swoim bogatym wyborcom coś więcej – podatek liniowy. Czas ku temu najwyższy. Kryzys ekonomiczny zatacza coraz szersze kręgi, zaklęcia Orłowskich i Gadomskich o odporności nań polskiej gospodarki już wkrótce mogą stracić ostatnich wyznawców (pomijając najbardziej twardogłowych fanów wolnego rynku) wobec całkowitej – jak zwykle – niekompatybilności z rzeczywistością, a razem z nimi upadną argumenty o błogosławionym wpływie odbierania biednym i dawania bogatym. Rozpaczliwy stan opartych na neoliberalnych zasadach gospodarek i nagła wolta zarówno rządów, jak i ekonomistów, którzy nagle masowo zaczęli przewartościowywać interwencjonizm państwowy to kontekst raczej nieprzychylny dla wprowadzania w Polsce rozwiązań, które właśnie ponoszą na całym świecie klęskę. Co gorsza, przykłady wyższości udziału państwa w gospodarce nie docierają nad Wisłę już tylko z odległych krajów jak Wenezuela czy wcześniej Argentyna – które to przykłady można było łatwo przemilczać lub przekręcać – ale z coraz bliższej okolicy (jak ostatnia działalność rządu słowackiego) lub z państw, których polityka z racji ich pozycji nie może zostać całkowicie zbyta milczeniem. Polska klasa posiadająca rozumie dobrze, że nadchodzą ciężkie czasy – a mogą być one jeszcze gorsze, jeśli do niekorzystnych przetasowań na scenie międzynarodowej dojdzie ruch masowy w kraju. Ruch, który po latach upokorzeń ma wszelkie predyspozycje, by tym samym odpowiedzieć twórcom fatalnej sytuacji pracowników.

Bez tego ruchu masowego żadne przemiany w Polsce na dłuższą metę nie udadzą się. Tylko działalność pracowników, świadoma swoich celów i konsekwentna w ich realizacji, może ostatecznie pogrzebać dotychczasowy kierunek przemian w kraju i zmusić rządzących do działania na rzecz większości społeczeństwa, a nie najbogatszej grupy. By to mogło się udać, z pracownikami – wewnątrz ruchu, a nie na własnym, oderwanym od świata polu – musi współpracować równie świadoma i konsekwentna lewica socjalistyczna. Tego boją się przedsiębiorcy i ich polityczni rzecznicy – więc bezustannie prowadzą atak na związki i organizacje lewicowe. Nie pozwólmy im, by znowu postawili na swoim! Możemy ich pokonać – świadczy o tym coraz więcej wydarzeń ze świata, jak chociażby ostatnia nacjonalizacja funduszy emerytalnych w Argentynie. W Polsce też może być inaczej!
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing