|
Niemal 1/5 ludności świata jest pozbawiona dostępu do świeżej wody pitnej. |
| Bałkanizacja pierwszomajowa? |
|
|
| Napisał(a): Bojan Stanisławski [socjalizm.org] | |
| 28.03.2008. | |
Czy w tym roku polska lewica pobije kolejny rekord? Niewykluczone. W okresie największych od lat mobilizacji pracowniczych jest ona pogrążona w stale pogłębiającym się kryzysie i – co najgorsze – wygląda na to, że jej działacze nie chcą z niego wyjść. Niczym istoty pierwotne (brak cerebrum), opadli na dno i zamiast szukać dróg wybicia się na powierzchnię, odkryli, że wszak po dnie również można spacerować, można na nim trwać do końca. A po nas… Choćby potop. Dobitnym tego świadectwem są pojawiające się w Internecie sygnały o planowanych obchodach najbliższego Święta Pracy. W ubiegłym roku lewicowe grupy i grupki zorganizowały w samej tylko Warszawie aż pięć manifestacji. W ogóle trzeba powiedzieć, że cyfra pięć jest dla tychże wyjątkowo pechowa. Pięć nieudanych demonstracji, jedna z nich zarejestrowana na pięćset osób, na którą przyszło właśnie pięć. Inna złożona była z pięćdziesięciu. Obie miały podobny zasięg oddziaływania – największy na samych organizatorów. Jeżeli „liderzy” tych wyśmienitych „ugrupowań” tym razem sprężą się bardziej, to mają szanse podnieść poprzeczkę. Jest to o tyle prawdopodobne, że nawoływania do wszelkiego typu rozbijackiej chuliganerii zaczęły się pojawiać już na czterdzieści dni przed samym pochodem (czyżby nawiązanie do prawosławnego postu?). Są one tyleż absurdalne , co prymitywne . Mentalność, której są one tworem, jest porównywalna jedynie z poziomem rozumowania władców państw bałkańskich z początku ubiegłego stulecia (choć dzisiejsi niewiele się od tamtych różnią w sensie jakościowym). Na Bałkanach każdy lokalny gubernator chciał mieć swoje władztwo. I tak powstawały tam różne mikropaństewka, których namiestnicy przydawali sobie napompowane tytuły carów i cesarzy. Szkopuł jednak w tym, że owe twory z napuszonymi wodzami na czele wystawiały się przy każdej okazji na oczywistą śmieszność i tolerowano je – dopuszczając ich przedstawicieli czasem na salon – tylko i wyłącznie dlatego, że stosunkowo łatwo szło nimi manipulować. Podobnie jest i tutaj. Wrzaskliwi wyjadacze, którzy od lat trwają na posterunku bacznie pilnując swej dominacji na politycznym marginesie i na obrzeżach ruchu pracowniczego, grzmią o swej prawdziwości i niepodważalnej wiarygodności, której znakiem jest nienawiść wobec wszystkiego co establishmentowe. Oczywiście jest ona uzasadniona. Pytanie jednak, czy odpowiedzialny działacz lewicowy buduje swoje strategie opierając się na własnych emocjach, czy też na konkretnej politycznej perspektywie. To zagadnienie retoryczne dla każdego trzeźwo myślącego – nie musi być marksistą. Skutkiem tak drastycznych ułomności w zakresie elementarnej analizy politycznej są jakże osobliwe wnioski. W poczet zdecydowanie najbardziej przykuwających uwagę jest z pewnością dyskurs oparty o wyjątkowo wyszukany motyw przypisywania „konkurencyjnym” działaczom nowozdefiniowanych jednostek chorobowych. Trzeba jednak przyznać, że aktywiści tego nurtu nie postarali się nadmiernie. Nie dość, że sięgnęli do oklepanego schematu prostackich pomówień, to jeszcze przy tej okazji ujawnili swoje prawdziwe, bynajmniej nie lewicowe, inklinacje. Oto bowiem bon mot ów zaczerpnięty jest ze znanego tygodnika „Wprost”. To właśnie tam, lata temu, pewien redaktor poświęcił polskiej lewicy wielki artykuł opisując nas wszystkich jako „lewicofreników”. Czytelnikom tego czarownego tytułu wmawiano wówczas, że wszyscy cierpimy na manie prześladowcze i urojenia, gdyż wydaje nam się, iż występujemy w imieniu tych, którzy milczą. To miało być również świadectwem omamów słuchowych i rozlicznych innych schorzeń. Dziś, gdy na podobne supozycje nie pozwala sobie już nawet osławiony „Wprost”ak, po argumentację tę sięgnęły środowiska niepokalanej lewicy chuligańskiej. Ich sztubackie żarciki, publikowane tu i ówdzie, porównywalne swą wartością są jedynie z rynsztokowymi wymiocinami werbalnymi neoliberalnych studentów w stanie skrajnego zamroczenia alkoholowego. Mało tego, chodzi o studentów którym to w stanie owej gigantycznej toksykozy etanolowej zebrało się na emocjonalne pogadanki o lewicy i jej działaczach. Wynurzenia niektórych „lewicowców” w żaden sposób nie odbiegają bowiem, formą czy treścią, od ultraprawicowej nagonki prowadzonej non-stop w mediach głównego nurtu. Przynoszą jedynie bezbrzeżną sromotę stronom WWW i „alternatywnym” mediom, które pozwalają na polityczne warcholstwo na swoich łamach. Oprócz wyżej opisanych wspaniałości, środowiska te sączą też inny jad. Nawołują mianowicie do totalnej izolacji i skrajnego sekciarstwa polegającego na skoncentrowaniu całej uwagi na sobie samym. Na tym polega istota funkcjonowania towarzystwa wzajemnej adoracji, nieprawdaż? „Zostawcie nas w spokoju” - zdają się wołać. Proszą, by nie jednoczyć środowisk na siłę, bo to szkodliwe, a ci „zakażeni” chorobą psują im tylko zabawę, bo akurat ich widać w mediach. Przy okazji znów widać, że zaangażowani są w prawicową argumentację przeciw lewicy. A jeśli chodzi o sam pochód, to widać – w tym roku wyraźniej niż w latach poprzednich – że celem nie jest obrona praw pracowniczych czy wspieranie/budowanie ruchu pracowniczego, lecz zabawa. Fiesta, w której czerwona ekstaza zatriumfuje i znajdzie swe ujście na ulicach. Cóż, że wrzaski skromnych grupek puszczone zostaną mimo uszu? Cóż, że kompromituje to lewicowe idee? Wszak maszerują oni po ulicach Warszawy i mają rację! Oni, oni – niepokalani! Nie zakażeni! Oni – sterylni, których od związkowego biurokraty dzieli tysiące uścisków dłoni! Pełzną w czerwieni ulicami i wykrzykują prawdę. Tym razem poszli nieco dalej, bo żądaniom subordynacji nie podporządkowało się zbyt wiele osób. Teraz chcą po prostu, by nikt nim nie przeszkadzał. A potem zmęczeni oddalą się i upojeni swym bohaterskim wyczynem śnić będą sen malowany… I choćby wiercili się niczym nadepnięte dżdżownice i krzyczeli najgłośniej jak potrafią – pozostaną tylko tym, czym są. Najgorsze jednak jest to, że z ich powodu światło dzienne oglądać muszą wszelkie smrody i brudy, które lewica powinna rozstrzygać wewnątrz, a nie publicznie, zniechęcając do siebie wszystkich myślących. Służy to bowiem nikomu innemu jak prawicy i klasom rządzącym, którym osłabiona i podzielona lewica jest niezbędna. Dlatego też apeluję gorąco, by nie słuchać prawicowych podszeptywań z lewej strony. Idźmy wszyscy na jeden pochód. Bać się mogą tylko Ci, którzy obawiają się, że w masowym pochodzie ich infantylizm zostanie uwidoczniony, a to zakłóci im dobrą zabawę. A Pierwszy Maja i tak pozostanie świętem pracowniczym, nawet jeżeli niektórzy będą tkwili w błędnym przekonaniu, że jest to święto radykalnej lewicy. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |