Reformizm czy rewolucja? Marksizm a socjalizm XXI wieku – polemika z H. Dieterichem Drukuj Email
Napisał(a): Alan Woods (tłum. Bartosz Walocha)   
19.11.2009.
 
Publikacja niniejszej pracy wymaga pewnego wyjaśnienia. Wielu przyjaciół pytało mnie, dlaczego poświęcam tyle czasu, aby polemizować z Heinzem Dieterichem – człowiekiem, którego książki czytane są przez bardzo nieliczną publikę, głównie na uniwersytetach w Ameryce Łacińskiej i w większości dostępne są jedynie po hiszpańsku. Odpowiadam niniejszym, że skłoniły mnie do tego nieustępliwe prośby moich kubańskich i wenezuelskich przyjaciół, którzy mieli już dość jego teoretycznych demonstracji i prosili abym na nie odpowiedział.
 
Otóż, Heinz Dieterich prowadzi, od kilku lat, hałaśliwą kampanię, twierdząc, iż wynalazł on doktrynę socjalizmu XXI-ego wieku. Znalazło to naturalnie odzew w pewnych kręgach lewicy wenezuelskiej i ogólnie latynoamerykańskiej. Jest to szczególnie ważne w odniesieniu do Wenezueli gdzie trwa obecnie – zainspirowana deklaracjami prezydenta Hugo Cháveza – ważna debata na temat socjalizmu, jego kształtu i natury.

Jest to niezwykle istotne, nie tylko dla procesu boliwariańskiego w Wenezueli, ale dla całego międzynarodowego ruchu pracowniczego. Od czasu upadku Związku Radzieckiego w łonie międzynarodowej lewicy trwa burzliwa dyskusja. Historyczna porażka porządku stalinowskiego i obłąkańcza antykomunistyczna kontrofensywa klas rządzących na całym świecie doprowadziła niektórych do wniosku, że przestarzałe idee marksizmu (socjalizmu naukowego) są już nieaktualne i że trzeba szukać zupełnie nowej, oryginalnej drogi. Dieterich twierdzi, że ją odnalazł.

Nazwisko Heinza Dietericha zaczęło zrazu nabierać większego rozgłosu podczas kampanii przedreferendalnej w sprawie reformy konstytucyjnej w Wenezueli, w grudniu 2007 roku.  Był on przeciwny tej reformie i przy tym publicznie bronił niejakiego generała Baduela, dawnego ministra obrony, który przeszedł na stronę opozycji i nawoływał do głosowania na „nie”. Później Dieterich się od tego połowicznie odżegnał określając poparcie proponowanych w referendum zmian mniejszym złem. Jak to się stało, że człowiek uchodzący za wiernego stronnika Cháveza i rewolucji boliwariańskiej mógł w ten sposób postąpić? Było to niewątpliwym szokiem dla wielu ludzi lewicy, którzy często bezkrytycznie przyjmowali tezy prof. Dietericha za dobrą monetę. Niemniej, po wielu miesiącach uważnej lektury jego książek i artykułów, nie było to dla mnie żadnym zaskoczeniem.

Heinz Dieterich – w decydującym dla dalszego rozwoju rewolucji boliwariańskiej momencie – zajął stanowisko niewątpliwie temu procesowi przeciwne i nie jest to wybór przypadkowy.  Okazało się to logicznym, nieuchronnym następstwem stosowania wszystkich jego mętnych teorii, a zwłaszcza swoistego wynalazku pt. socjalizm XXI-ego wieku. Wyjątkowej odmiany socjalizmu, która z socjalizmem ma doprawdy niewiele wspólnego.

Od Dühringa do Dietericha


W trakcie pisania niniejszej polemiki postanowiłem raz jeszcze sięgnąć po słynną pracę Engelsa „Anty-Dühring”. Jest ona odpowiedzią na argumenty człowieka, który ponad 100 lat temu stworzył nową i oryginalną teorię socjalizmu. Sprawić ona miała, iż idee Marksa (i wszystkich innych) okażą się przestarzałe. Dostrzegłem zdumiewające wręcz podobieństwo pomiędzy Dühringiem i Dieterichem, nie tylko jeżeli chodzi o ich polityczne koncepcje, ale także sposób ich wyrażania.

Pierwsze słowa wstępu do „Anty-Dühringa” brzmią następująco. „Praca niniejsza nie jest bynajmniej owocem jakiejś potrzeby wewnętrznej. Przeciwnie”[1]. Podobnie jak Engels, tak i ja nie paliłem się do tworzenia niniejszej pracy. Zgodziłem się na to niechętnie. Uważałem to za nader kłopotliwe zakłócenie rytmu codziennej pracy politycznej i konieczność odłożenia innych, ważnych działań na później. Myślałem, jak się okazuje dość naiwnie, że mogę sobie z tym poradzić stosunkowo szybko. Myliłem się. Im dłużej przedzierałem się przez tę gęstą dżunglę zagmatwanej prozy i jeszcze bardziej zagmatwanych koncepcji, tym bardziej byłem przekonany, że prof. Dietrichowi nie da się krótko odpowiedzieć.  Im dłużej pisałem, tym częściej przywoływałem słowa Engelsa ze wspomnianego „Anty-Dühringa”.

Mimo to upłynął rok, zanim zdecydowałem się odłożyć inne prace, aby zanurzyć zęby w tym cierpkim jabłku. Było to bowiem jabłko, które trzeba było spożyć w całości, gdy się je napoczęło. A było ono nie tylko bardzo cierpkie, ale i bardzo duże. Nowa teoria socjalistyczna występowała jako ostatni praktyczny owoc nowego systemu filozoficznego. Trzeba więc było ją zbadać w powiązaniu z tym systemem, czyli zbadać również sam system; trzeba było wędrować za panem Dühringiem po owych rozległych terenach, gdzie rozprawia on o wszystkim, co możliwe, i jeszcze o czymś ponadto.[2]

Pisma Heinza Dietericha są nawet większym i bardziej cierpkim jabłkiem, niż to, które przyszło smakować Engelsowi. Podobnie jak herr Dühring, Heinz Dieterich pisze o bardzo wielu kwestiach i jako, że wszystko nieustannie miesza, byłem zmuszony podążać za nim we wszystkich jego dziwacznych kombinacjach i nagłych zwrotach. Dieterich, widać, nie potrafi pisać np. o ekonomii politycznej bez zagłębiania się w historię filozofii, czy też o perspektywach dla rewolucji boliwariańskiej bez spekulacji o naturze wszechświata.

Niniejsza polemika spełnia zatem dwie podstawowe funkcje. Ma być polemiką, odpowiedzią na nowatorskie idee Heinza Dieteriecha, a także klarownym wyjaśnieniem koncepcji klasycznego socjalizmu naukowego, które to – dodajmy – nie są z pomysłami pana profesora w żadnej mierze kompatybilne.

Świadom jestem, że moja polemika nie jest najłatwiejszą lekturą. Zawiera ona sporo obszernych cytatów – niektóre z prac towarzysza Dietericha oraz inne z dzieł klasyków marksizmu. Jeśli zatem opracowanie to wyda się komuś nader długie, to ewentualnych Czytelników pocieszyć mogę jedynie tym, że uniwersum, po którym towarzysz Dieterich przechadza się z godną pozazdroszczenia łatwością i lekkością, jest dużo większe. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że pewnego dnia ktoś może wytłumaczy Heinzowi Dietrichowi wagę słów Szekspira: „zwięzłość jest duszą rozumu”. Lecz zanim ta chwila nadejdzie, nie ma innego wyjścia, jak odpowiadać mu punkt po punkcie, strona po stronie, galaktyka po galaktyce, milenium po milenium…

Niniejsza polemika jest wyrazem moich starań w zakresie ostrożnej analizy ekstrawaganckich tez towarzysza Dietericha celem politycznej weryfikacji aktualności, realizmu i prawdziwości jego idei. Czy rzeczywiście jest prawdą, że odkrył on (czy też stworzył) zupełnie nowy i oryginalny korpus ideowy myśli socjalistycznej? Gdyby okazać się to miało prawdą, oznaczałoby poważne konsekwencje dla całej międzynarodowej lewicy. Musielibyśmy wówczas zrewidować wszystkie podstawowe idee socjalizmu naukowego i stworzyć zupełnie nowy zbiór idei i zasad.

Jako autor tej polemiki mam obowiązek przedstawić uczciwie Czytelnikom mój punkt widzenia. Piszę z pozycji socjalisty, marksisty i wieloletniego działacza politycznego. Twierdzę, że socjalizm naukowy to jak najbardziej realna, potrzebna i aktualna alternatywa dla wszechogarniającej dekadencji i beznadziei. Naturalnie, gotów jestem do dyskusji, jeśli ktoś zdoła przekonać mnie, że jego oferta jest bogatsza, lepsza, skuteczniejsza i bardziej aktualna od marksizmu – zmienię zdanie. Jednakże, od prawie pół wieku uważnie studiuję nie tylko wszystkie prace klasyków myśli socjalistycznej, ale także wielu ich krytyków. Wysłuchawszy jednak ogromu argumentów wszelkiego autoramentu filozofów, ekonomistów, myślicieli, intelektualistów itp., odpowiedzialnie stwierdzam, że nie słyszałem jeszcze niczego, co dorównywałoby głębi i bogactwu marksizmu w najmniejszym choćby stopniu. Nie natrafiłem jeszcze na żadną doktrynę, która podważyłaby jakość marksizmu lub mogła go w jakiś sposób zastąpić jako naukowy i polityczny instrument służący zrozumieniu i przekształcaniu rzeczywistości.

Wyjątkowość tzw. metody marksistowskiej demonstruje już sam „Manifest Komunistyczny”; rzecz można – założycielski dokument naukowego socjalizmu. Napisany w 1848 przez dwóch młodych rewolucjonistów, jest bodaj najbardziej współczesną analizą polityczną, jaką można dziś przeczytać. Właściwie, dziś jest on bardziej aktualny niż w okresie gdy powstawał. Czytając „Manifest” widzimy opis i analizę świata, nie takiego jakim był wtedy, ale jakim jest teraz. O ilu innych traktatach politycznych napisanych w ciągu ostatnich 150 lat można to powiedzieć? Ci, którzy próbują przekonać nas, iż marksizm jest koncepcją przestarzałą dowodzą jedynie swojego oderwania od rzeczywistości.

Nowe idee?

Co do nowej i oryginalnej idei socjalizmu XXI-ego wieku, to powiem tylko, że jak dotąd, poza ogólnym rejwachem, w całym dorobku literackim Dieterichów tego świata, nie przeczytałem jeszcze ani jednej autentycznie nowej myśli! Natknąłem się tam za to na wiele prawdziwie przestarzałych pojęć wyłowionych ze śmietnika historii – nie naukowych, a utopijnych idei, na które Marks, Engels i Lenin dawno temu dali odpowiedź; idee należące do prehistorii ruchu pracowniczego. Socjalizm XXI-ego wieku to swoista ideologiczna ekshumacja startych, zużytych koncepcji z okresu premarksowskiego, utopijnego socjalizmu. Dziś Heinz Dieterich przedstawia je jako odkrywcze i nowatorskie. Niektórzy – niestety – traktują to poważnie.

Cała ta absurdalnie przeintelektualizowana gadanina o zupełnie nowych i oryginalnych ideach może być pozornie atrakcyjna. W końcu, któż nie wolałby ładnego, nowego samochodu, czy też nowego komputera, zamiast modelu z zeszłego roku? W rzeczywistości jednak analogia ta jest fałszywa i niejednokrotnie sprzeczna z naszym codziennym doświadczeniem. Nowość jako taka nie zawsze musi być pozytywna, tak jak coś nie musi być złe czy nieprzydatne tylko dlatego, że jest stare. Na przykład nowy niesprawny samochód lub komputer jest gorszy od starego, który działa. Koło zaś jest bardzo starym, antycznym wręcz, wynalazkiem, ale po tysiącach lat sprawdza się całkiem nieźle. Co powiedzielibyśmy o człowieku, który przekonywałby do rezygnacji z koła argumentując, iż jest ono koncepcją przestarzałą? I co gdyby taka osoba poszukiwała zupełnie nowego typu koła – koła XXI-ego wieku? Jakiego rodzaju byłoby takie koło? Kwadratowe? Trójkątne? Jakikolwiek nie byłby jego kształt, jedno jest pewne – daleko byśmy na nim nie ujechali.

Ze swojej strony chcę powiedzieć, że nie wierzę, iż istnieje potrzeba wymyślania jakiegoś nowego socjalizmu, podobnie jak nie ma sensu wymyślać nowego koła. Oczywiście, konieczne jest wprowadzanie pewnych modyfikacji, ale najbardziej niezwykłe jest właśnie to, jak niewiele ich potrzebują dziś idee wypracowane przez Marksa i Engelsa, a później rozwijane przez innych klasyków socjalizmu naukowego. Jego fundamentalne założenia pozostają nadal aktualne. Stwierdzenie to nie ma naturalnie podważać sensu dyskutowania marksizmu. Wręcz przeciwnie, takie debaty pomagają rozwijać te idee i odpowiedzialni działacze powinni w tych dyskusjach uczestniczyć. Gorzej jest gdy Heinz Dieterich i jemu podobni twierdzą, że mają monopol na interpretację pojęcia socjalizmu XXI-ego wieku. Najgorsze jednak jest to, iż owa interpretacja okazuje się niczym innym jak kolejną wariacją konserwacji międzynarodowego kapitalizmu.

Heinz Dieterich jawi się międzynarodowej publice jako przyjaciel rewolucji boliwariańskiej. Niewątpliwie należy mu to zapisać in plus. Rewolucja boliwariańska potrzebuje wszystkich przyjaciół, jakich tylko może pozyskać. Wrogów ma bowiem wystarczająco wielu. Są jednak przyjaciele i przyjaciele. Biblijny Hiob miał powody, by żałować wsparcia jakiego udzielili mu jego przyjaciele w chwilach największej potrzeby. Ja zaś nie mam najmniejszych wątpliwości, że Wenezuelscy rewolucjoniści będą mieli olbrzymie powody do żalu, jeśli za dobrą monetę przyjmą rady, tak hojnie udzielane im, przez przyjaciół pokroju Heinza Dietericha. Przyjaźń tego sortu nasuwa na myśl stare przysłowie: boże chroń nas przed przyjaciółmi – z wrogami poradzimy sobie sami.

Londyn, 11 maja 2008

Metodologia

Dobiega końca pierwsza dekada XXI wieku. Ludzkość stoi na rozdrożu. Z jednej strony, zdobycze naukowe, technologiczne i przemysłowe wyznaczają drogę ku świetlanej przyszłości – przyszłości postępu, społecznego dobrobytu i rozwoju kultury; z drugiej zaś, wisi nad nami widmo totalnej destrukcji naszej planety w imię zysku, a miliony ludzi cierpią nędzę i głód. W kolejnych krajach dojrzewać zaczyna istne barbarzyństwo.

Upadek Związku Radzieckiego stał się sygnałem do rozpoczęcia bezprecedensowej ofensywy przeciw socjalistycznej lewicy. Implozję biurokratycznie sterowanych państw bloku wschodniego przedstawiano, jako ostateczny dowód porażki komunizmu i marksizmu. Apologeci kapitalizmu w upadku Związku Radzieckiego dostrzegali realną przesłankę do twierdzenia, iż to właśnie ich ulubiony reżim jest jedynym możliwym. Śnili oni wówczas o pięknym Nowym Ładzie światowym opartym na pokoju i dostatku. Fantazjowali sobie, że ówczesny ekonomiczny boom jest wieczny, że kryzys nie nadejdzie już nigdy, a oni pozostaną wiecznie młodzi…

Cóż, trudno potraktować to inaczej niż rojenia niedołężnych umysłów, których właściciele notorycznie odmawiają spoglądania w lustro. Złudzenia te legły bowiem w gruzach nader szybko. Dziś ze wspaniałych marzeń światowego establishmentu nie pozostał kamień na kamieniu.

Czasy nam współczesne to zupełnie nowy okres w dziejach ludzkości. Kapitalizm jest dziś powszechnie kontestowany lub przynajmniej kwestionowany, rośnie społeczne zapotrzebo-wanie na alternatywę, rośnie zainteresowanie socjalizmem. Najważniejszą cechą charaktery-styczną rzeczonej nowej epoki będzie właśnie otwarcie na nowe idee. Te, które znajdują obecnie posłuch wśród niewielu, mają szanse okazać się wkrótce realną ofertą polityczną dla milionów. Dziś zaobserwować to można już w Ameryce Łacińskiej. Tam proces ten zaszedł, póki co, najdalej. Rewolucja boliwariańska w Wenezueli jest ostateczną odpowiedzią wszystkim maruderom i renegatom, którzy twierdzili, iż społeczna rewolucja i marksizm wylądowa-ły na śmietniku historii.

Lenin bardzo upodobał sobie rosyjskie przysłowie „życie uczy”. Rewolucja zaś jest swego rodzaju akceleratorem – wówczas życie uczy bardzo szybko; odnosi się to zarówno do mas, jak i do przywódców. Hugo Chávez bez wątpienia nauczył się bardzo wiele i wyciągnął istot-ne wnioski z doświadczenia jakim dla niego była i jest rewolucja boliwariańska. Otwarcie nowej, publicznej debaty na temat socjalizmu, co uczynił prezydent Chávez, nie jest przypadkiem. Proces boliwariański rozwija się bardzo dynamicznie i zmierza ewidentnie poza granice systemu kapitalistycznego próbując przełamać paradygmat nienaruszalności własności prywatnej. Stare społeczeństwo, pogrążone od dziesiątków lat w dekadencji, umiera na naszych oczach. Nowe zaś walczy o to… by się narodzić. To co dziś jest codziennością w Wenezueli jutro stanie się realne na całym świecie – także w Stanach Zjednoczonych.

Przychylne socjalizmowi deklaracje Hugo Cháveza dały początek bardzo poważnej debacie politycznej w Wenezueli. Socjalizm jest obecnie gorliwie dyskutowany praktycznie wszędzie – w  każdym zakładzie pracy, w miastach i na wsiach, a nawet w sklepach i na przystankach. Nie są to z pewnością okoliczności typowe dla kręgów intelektualno-uniwersyteckich. Ruch masowy, od Heinza Dietericha i jego kolegów, odróżnia poważny stosunek do wspomnianych idei. Są one bowiem dla niego kwestią życia i śmierci, a nie intelektualną przygodą w stylu rozprawy doktorskiej, habilitacji czy profesury. Socjalizm opuścił gabinety uczonych i stał się przedmiotem rozważań całego społeczeństwa. Osiągnięcie to wieszczy przełom.

Marksizm jest bowiem filozofią nie tylko teorii, ale też działania i bez niego jego jest niczym. Sygnalizował to już sam Marks stwierdzając, iż „filozofowie rozmaicie interpretowali świat, idzie zaś o to, aby go zmienić”[3]. Jednakowoż nie wszystkim właściwość ta odpowiada. Przykład Wenezueli obrazuje to bardo dobitnie. Już następnego dnia po deklaracjach Hugo Cháveza, w których pojawiły się odniesienia do socjalizmu, do boju ruszył szwadron lewicowych „myślicieli”, który – przez nikogo nie proszony – jął „poprawiać” prezydenta. „Naturalnie! Oczywiście! A jakże! Jesteśmy zwolennikami socjalizmu” słyszymy od nich. „Ale ostrożnie! – grzmią – Chcemy jedynie socjalizmu XXI wieku”! Wielką zaletą tego pojęcia jest zamieszanie jakie można za jego pomocą wywołać. Nikt bowiem nie wie co to dokładnie znaczy. Jest to semantyczna pustka, którą wypełnić można prawie dowolną treścią. Spróbujmy więc ustalić czym ów socjalizm XXI wieku rzeczywiście jest.

Propozycje Heinza Dietericha

Heinz Dieterich jest niemieckim akademikiem. Określa siebie jako naukowego ekonomistę i socjologa. Od 1977 roku jest profesorem Niezależnego Stołecznego Uniwersytetu w Meksyku[4]. Jest czołowym przedstawicielem grona, które zapragnęło oświecić lud i wyjaśnić nam wszystkim co Chávez naprawdę miał na myśli. Widać ich zdaniem prezydent Wenezueli nie potrafi mówić za siebie.

Wiele lat temu prof. Dieterich pisał prace broniące marksizmu. Dziś jednak odciął się od tych głupstw. Wynalazł bowiem coś zupełnie nowego i oryginalnego, co nazywa socjalizmem XXI wieku (lub Nowym Projektem Historycznym). Opublikował bardzo wiele książek, artykułów i rozpraw dotyczących tego i innych tematów. Nie da się nie zauważyć, że gdyby jakość jego literackiego dorobku była porównywalna z jej ilością, ludzkość miałaby niewątpliwie powody do radości… Niestety tak nie jest. Koniec końców – zostałem przekonany, by zbadać te „nowe” i „oryginalne” teorie, których autor obiecuje nam wyzwolenie ludzkości, dostatek i pokój.

Dziwnym zbiegiem okoliczności, jeśli wierzyć temu co Dieterich pisze w swoich niezliczonych woluminach, Chávez miał na myśli dokładnie to, co nasz pan profesor rozumie przez socjalizm XXI wieku. Jako, że według Dietericha, jest to jedyny możliwy i jedyny pożądany socjalizm, wydaje się to całkiem logiczne. Jednocześnie dowiadujemy się, że przeznaczeniem każdego kto kwestionuje to twierdzenie jest błądzenie po otchłani beznadziei. W wywiadzie opublikowanym w niemieckim lewicowym dzienniku „Junge Welt”, (7 stycznia 2006) Dieterich dokonuje następującego obwieszczenia. „Ofiarowałem, między innymi, ideę socjalizmu XXI wieku, wraz z kilkoma innymi, w ramach których moje skromne wsparcie teoretyczne, prawdopodobnie może pomóc i pozytywnie wesprzeć proces”[5].

Pokora doprawdy godna podziwu! „Skromne wsparcie teoretyczne” Heinza Dietericha „prawdopodobnie może pomóc” i „wesprzeć proces”. „Ofiarował” on ideę socjalizmu XXI wieku, co oznacza, że to właśnie on ją wynalazł („wraz z kilkoma innymi”), a nie Hugo Chávez. W związku z tym, to właśnie Dieterich, a nie Chávez, czy ktokolwiek inny, ma mo-nopol na właściwą interpretację tego pojęcia. Pan Profesor obiecuje nam ponadto dokładnie wyjaśnić (szkoda, że nie potrafi tego zrobić używając odrobinę mniej skomplikowanego języka) jak wyglądać ma nowy, socjalistyczny porządek społeczny oraz metodę bezbolesnego i bezwysiłkowego obalenia międzynarodowego kapitalizmu. Ba, obiecuje nam nawet więcej!

Jako socjalista uważam zatem za swoją powinność podążyć za nim w tej wielkiej, odkrywczej podróży ufając, że u jej kresu odnajdę nie tylko garniec złota, czekający – zdaniem niektórych – na końcu tęczy, ale tajemnicę ludzkiego szczęścia, sprawiedliwości i równości. I byłoby to wszystko wspaniałe… Gdyby tylko było prawdziwe.
 
Dieterich i Dühring

Marksiści przywykli do gwałtownych ataków przeciw socjalizmowi i komunizmowi. Nie tylko ze strony otwartych protagonistów systemu kapitalistycznego i imperializmu, lecz także tych, które są udziałem wszelkiej maści reformatorów kapitalizmu i tzw. radykalnej inteligencji. Gwoli ścisłości, dodać trzeba, że wśród obu tych grup znajdują się osoby, które rzeczywiście chcą walczyć z kapitalizmem, ale zupełnie nie wiedzą jak się do tego zabrać. Tendencje te znane są nie od dziś. Marks i Engels odpowiedzieli na nie częściowo w rozdziale trzecim „Manifestu Komunistycznego”, w sekcji poświęconej „socjalizmowi drobnomieszczańskiemu”. Kolejnym epizodem walki przeciwko nim jest wojna jaką obaj filozofowie wypowiedzieli tzw. Katheder Sozialisten, czyli socjalistom ex-cathedra. Chodzi tu o przemądrzałych akademików, którzy usiłowali zdominować ruch pracowniczy i nieco rozcieńczyć rewolucyjne, marksistowskie przesłanie. Ludzie Ci zawsze odgrywali, w ruchu pracowniczym, rolę nadzwyczaj szkodliwą. Wspomniany już wcześniej Eugeniusz Dühring był typowym przedstawicielem tego nurtu, Engels poświęcił mu całą książkę.

Ktoś mógłby pomyśleć, że po tak gruntownej polemice, w której wyczerpano praktycznie cały arsenał argumentacji, powiedziane zostało już ostatnie słowo. Jednak nie… Idee, które dziś promuje Heinz Dieterich są najnowszym wyrazem tego samego zjawiska, które uosabiał właśnie Dühring i inni Katheder Sozialisten, których bezpośrednim politycznym sukcesorem jest nasz bohater. Dühring puszył się i nadymał twierdząc, że odkrył zupełnie nowy i oryginalny rodzaj socjalizmu, który Marksowi zadaje kłam. W ten sam sposób wypowiada się również Dieterich. Twierdzi, że jego nowy i oryginalny socjalizm XXI wieku wypiera i zastępuje marksizm oraz wszystko co było przed nim.

Obecnie mamy do czynienia ze swoistą obsesją nowych idei, którymi należy zastąpić te stare i skompromitowane. Trudno uznać to za przypadek. Klasa pracownicza nie jest bowiem grupą wyizolowaną ze społeczeństwa i może – jak wszystkie inne klasy – ulegać ideologicznym naciskom swoich przeciwników. Jest tak zwłaszcza w okresach reakcji, po wielkich historycznych klęskach, gdy robotnicy popadają w tymczasową bierność. Wtedy elementy drob-nomieszczańskie (które, podobnie jak ubodzy i wykluczeni, zawsze są z nami) wychodzą na przód, przepychając pracowników na swoją stronę. Głos pracowników tonie wówczas w chó-rze „mądrych” ludzi, którzy stracili całą wolę, aby sami walczyć i starają się przekonywać pracowników, że rewolucja przynosi jedynie łzy i rozczarowanie.

Wydaje się, że dostatecznie dużym problemem jest fakt, iż cały czas musimy mierzyć się z kłamstwami i propagandą antykomunistyczną uprawianą przez establishment. Inaczej jednak uważa wielu dawnych „komunistów”, którzy porzucili marksizm i przeszli na stronę kapitału. Wielu z nich otwarcie atakuje idee, których – w przeszłości – żarliwie bronili. Inni wciąż gardłują o marksizmie, jednak – jak Bernstein i Kautsky – dostrzegają palącą potrzebę jego zrewidowania, oraz wprowadzenia nieco drobnych zmian i przez to uaktualnienia go.

Jak każda inna dyscyplina naukowa, marksizm podlega oczywiście zmianom i modyfikacjom. Marksizm musi brać pod uwagę wszelkie zmiany obiektywnej sytuacji, gdyż w przeciwnym razie nie byłby metodą naukową, lecz martwym dogmatem. Warto jednak kierować się pewnym poczuciem proporcji. Dialektyka wskazuje, że dostatecznie duża ilość drobnych zmian może przekształcić przedmiot tychże w jego jakościowe przeciwieństwo.

Prawda jest taka, że rewizjoniści nie chcą żadnego uaktualniania marksizmu, ale jego politycznego rozwodnienia i usunięcia całej jego rewolucyjnej treści. Z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy poruszają oni niebo i ziemię, aby tylko wznieść gigantyczny mur pomiędzy masami, a marksizmem, insynuując, że marksizm jest przestarzały i musimy stworzyć nowy, całkiem nowatorski system idei, który – jak nas zapewniają – będzie autentycznym socjalizmem XXI wieku. Dokładniejsza obserwacja tej oferty politycznej pokazuje jednak, że nie jest ona ani nowatorska, ani socjalistyczna. Jest jedynie mierną przeróbką utopijnych prób reformistów i syzyfowej pracy tworzenia tzw. kapitalizmu z ludzką twarzą.

Jedynym zamiarem tego hałaśliwego chóru, jest odwrócenie uwagi młodzieży i pracowników od starań o prawdziwe przemiany społeczne i polityczne. Chcą to osiągnąć powodując mak-symalne zamieszani i systematycznie budując ów mur, który uchroni nowe pokolenie przed niebezpiecznymi igraszkami z przestarzałym marksizmem. Jest to po prostu lustrzane odbicie antysocjalistycznej kampanii prowadzonej przez przedstawicieli kapitału. Zjawisko to wydaje się jednak jeszcze bardziej szkodliwe, ponieważ kampania ta jest dodatkowo prowadzona pod fałszywym sztandarem! Jej orędownicy zdecydowanie sprzeciwiają się socjalizmowi, lecz tego otwarcie nie przyznają – prawdopodobnie nawet przed samym sobą(choć to, w jakim stopniu wierzą oni w brednie, które piszą, jest czymś co może ocenić jedynie wyspecjalizowany psycholog). Maskują swoje antysocjalistyczne przesłanie grubą warstwą lewicowej, czasem radykalnej frazeologii, która czyni całą materię – dla większości ludzi – dużo trudniejszym do rozpoznania obszarem.

Jest to metoda utopistów – zupełnie nie nowa i zupełnie nie oryginalna – z których każdy wy-nalazł właśnie swój określony plan zbawienia ludzkości i stanowczo twierdził, że jedynym powodem, tego iż ludzkość wciąż cierpi, jest, to że nie uzyskała ona jeszcze do tych planów dostępu. Dla utopistów walka klas nie istnieje. Zwracają się oni do oświeconych kapitalistów z apelami o wykonanie ich utopijnych planów. Rewolucyjna (czy w ogóle jakakolwiek poza podporządkowaną) rola klasy pracowniczej nie jest w tych planach uwzględniona, tak samo jak nie jest uwzględniona w osobliwych projektach towarzysza Dietericha.

Nie można jednak nie przyznać, iż dawni utopiści byli wybitnie oryginalnymi myślicielami, którzy mieli wielki wkład w rozwój idei socjalizmu. Nawet mimo, iż ich idee miały charakter całkowicie utopijny. Pisali na temat upadku kapitalizmu, gdy występowanie przemysłu było w zasadzie ograniczone do jednego tylko kraju – Anglii. Zaś klasa pracownicza dopiero się kształtowała. Lecz Heinz Dieterich nie ma takiego usprawiedliwienia! W pierwszej dekadzie XXI wieku kapitalizm stworzył silną klasę pracowniczą w każdym kraju. Dziś – bez zgody klasy pracowniczej – nie zaświeci żadna żarówka, nie obróci się żadne koło, ani nie zadzwoni żaden telefon. Ignorować tę kolosalną siłę i starać się cofnąć zegar o dwa stulecia – dyskredytując naukową metodę Marksa na rzecz planów należących do dziedziny fantazji i sentymentalnej retoryki utopistów – znaczy: całkowicie wycofywać się na reakcyjne, prawicowe pozycje!

Metoda towarzysza Dietericha ma więcej wspólnego z osiemnastowiecznym racjonalizmem niż z marksistowską. W przeddzień Rewolucji Francuskiej racjonalizm był siłą rewolucyjną. Lecz w stadium starczego uwiądu kapitalizmu – gdy jest skierowany przeciw dialektyce marksistowskiej – racjonalizm może odgrywać bardzo negatywną rolę. Co prawda, Dieterich wciąż mówi o marksizmie i dialektyce. Jest to jednak „marksizm” odarty ze swej istoty, po-zbawiony swego podłoża klasowego i naukowej metody materializmu dialektycznego. Inaczej mówiąc, wcale nie jest to marksizm.

Heinz Dieterich, świadomie, bądź nieświadomie, udziela w ten sposób teoretycznego (i to jako lewicowego) uzasadnienia racjom prawicowej propagandy. Pod fałszywym sztandarem socjalizmu XXI wieku, prowadzi on de facto kampanię przeciw socjalizmowi i rewolucji so-cjalistycznej. Wprowadza on zamieszanie w umysłach kadr ruchu boliwariańskiego, które nie mają dość czasu, i możliwości, by – z pierwszej ręki – poznać idee socjalizmu naukowego. Czy jest świadom swojej roli? Nie sposób odpowiedzieć na to pytanie, a – w każdym razie – nie ma to większego znaczenia. Droga do piekła zawsze była wybrukowana dobrymi chęciami.

Metoda Dietericha

Najnowsza praca Dietericha nosi tytuł „Hugo Chávez i Socjalizm XXI wieku”. Praca ta rości sobie bardzo ambitne pretensje. Proponuje nam zupełnie nową teorię socjalizmu, która „wyjdzie poza zwykłą krytykę globalnego kapitalizmu oraz historyczne interpretacje” („hermeneutykę”), tego co Marks i Lenin naprawdę chcieli powiedzieć.

Rozpoczyna on chwalebnym zamiarem wyjaśnienia swego zadania, ponieważ „podstawy psychologii uczą nas, że jeśli nie możemy określić zadania, nie jest możliwym rozpoznanie czy rzeczywiste tendencje sprzyjają wynikom naszych starań, czy wręcz przeciwnie”. Tak, jest to zupełną prawdą. Jeśli postawimy sobie za zadanie iść na zachód, przydałoby się niewątpliwie przypilnować, by nasze stopy nie prowadziły nas na wschód. Jest to jeden z wyników głębokich studiów nad podstawami psychologii, które uczą nas także, że jeśli postanowiliśmy iść w górę, powinniśmy za wszelką cenę oprzeć się pokusie pójścia w dół. Lecz cóż, kontynuujmy to określanie naszego zadania…

O nie! Nie tak szybko! Powstrzymuje nas towarzysz Dieterich, który postanowił pokazać nam jak trudno jest określić nasze zadanie, a co dopiero wykonać je. Kontynuuje on: „bez orienta-cji co do naszych konkretnych, specyficznych zadań, każda ludzka praktyka ulega rozprosze-niu i ma skłonności do zawodzenia i zbaczania z drogi, z powodu przeszkód jakie się na dro-dze analizy pojawiają”.

Trudno doprawdy się z tym nie zgodzić. Jeśli nie określę sobie konkretnych zadań, gdy wstaję rano z łóżka, takich ja zdjęcie piżamy i włożenie ubrań, umycie twarzy i zębów oraz nałożenie na stopy obu butów, upewniając się, że zawiązałem sznurówki, mogę nigdy nie zdołać wydostać się w ogóle z mojego mieszkania. Ludzka praktyka będzie rozproszona i mogę się zawieść oraz zboczyć z drogi, z powodu przeszkód, które się pojawią na tej drodze wyjścia z domu i rozpoczęcia moich codziennych zajęć. Dalej. Jeśli chcę pozostać przy życiu, niezłym pomysłem wydaje się pamiętać o oddychaniu.

Tak, wszystko to jest zupełnie prawdziwe i mniej więcej oczywiste dla większości kobiet, mężczyzn i dzieci obu płci, którzy nie potrzebują profesora uniwersytetu, aby im to wyjaśnił. Problem jednakowoż polega właśnie na tym, iż ten profesor posiada szczególny talent do obwieszczania nam rzeczy najzupełniej oczywistych i entuzjastyczne okazuje go we wszystkich swoich publikacjach. Chwali się swoją erudycją używając najbardziej skomplikowanych słów i wyrażeń takich jak „hermeneutyka” na ten przykład. Dodatkowo żongluje on różnymi niemieckimi i łacińskimi terminami, by stworzyć fałszywe wrażenie głębokości i nowatorskości jego analizy.

„Chodząc uczymy się chodzić” informuje nas prof. Dieterich, zakładając zapewne, iż tego wcześniej nie widzieliśmy. Lecz możemy chodzić skutecznie „tylko gdy orientujemy się przy pomocy kompasu.” Kompas, którego potrzebujemy, aby iść we właściwym kierunku, to nic innego, jak teorie Heinza Dietericha ma się rozumieć. Więc weźmy teraz ten kompas do rąk i podążmy ochoczo na miłą, pouczającą wycieczkę, która zaprowadzi nas w wiele miejsc, a na koniec – cali i zdrowi – wylądujemy na Ziemi Obiecanej socjalizmu XXI wieku.

Towarzysz Dieterich opisuje teraz nie tylko swój cel, lecz również swoją – o zgrozo – metodę! Po czym „łączy tę potężną metodę rozumowania naukowego z celem – solidarnością i pokojowym współistnieniem społeczeństwa”. Na początek, Dieterich ujawnia, że cel ten może być – w zasadzie – zaakceptowany przez socjaldemokratę, reformistę, duchownego lub kapitalistę-filantropa. To, że wszyscy mężczyźni i wszystkie kobiety na świecie powinni żyć ze sobą w pokoju, jest – na dobrą sprawę – życzeniem każdego człowieka na świecie i nie ma w tym nawet grama innowacyjności. Koncepcja mówiąca, iż ludzie powinni żyć według za-sady solidarności, jest przynajmniej tak stara, jak „Nowy Testament” (a tak naprawdę nawet znacznie starsza). Powinniśmy wszyscy się szanować i kochać, a na świecie powinien pano-wać pokój, nie wojna. Amen! Lecz już w „Starym Testamencie” znajdujemy stosowną odpo-wiedź wszystkim kołtuńskim sentymentalistom, którzy „usiłują zaradzić katastrofie mojego narodu, mówiąc beztrosko ’Pokój, pokój!’, a tymczasem nie ma pokoju!” (Jr, 6:14).

Prof. Dieterich próbuje naprowadzić nas na wniosek, którego istotą jest teza jakoby wszystkie wojny, terroryzm, głód, wyzysk i ucisk były wynikiem jakiegoś drobnego nieporozumienia. Wszystko czego trzeba, to poinformować rodzaj ludzki, że powinniśmy żyć w pokoju i har-monii. A można to osiągnąć idąc za kilkoma prostymi sugestiami, które sformułował towa-rzysz Dieterich. Przedkłada je on ludzkości w dogodnej formie. Jest to książka w miękkiej oprawie o objętości – bagatela – około 200 stron. W tym niewielkim tomie Heinz Dieterich pisze o wszystkich zjawiskach pod słońcem o jakich zdarzyło mu się usłyszeć… i jeszcze o paru innych. Jaki jest zamysł tego wszystkiego? Otóż chodzi o to by wywołać u niewinnego Czytelnika poczucie trwogi. Przypomina nam to słowa XVIII wiecznego irlandzkiego poety Olivera Goldsmitha, który w swoim pastoralnym eposie pt. „Opuszczona Wioska” opisuje niewykształconych chłopów słuchających w osłupieniu wioskowego belfra.

Osoba co w mowie też posiada talent,
Po ciężkiej klęsce nawet, wciąż ciągnie wytrwale;
Gdy grzmią uczone słowa o trudnej wymowie
Prostaczkowie oczami rzucają po sobie,
I tak spoglądają, i zdziwienie wzbiera,
Że tak mała głowa ogrom ten zawiera.
[6]

Nie zawsze łatwo jest zorientować się co prof. Dieterich chce dokładnie przekazać, gdyż używa on słownictwa nieznanego przeciętnym śmiertelnikom. Dzieła Heinza Dietericha są dość nieczytelne i niejasne również dlatego, że piętrzy się w nich błąd na błędzie. I aby zatuszować swoje błędy, nasz bohater ucieka się do mistyfikującego treść, niezrozumiałego języka.

Pisma Marksa i Engelsa są na ogół dość przejrzyste, gdyż posiadają jasne, socjalistyczne przesłanie. Marks i Engels pisali prostym językiem, gdyż pisali dla robotników i każdy robot-nik o przeciętnej inteligencji może zrozumieć ich pisma. To nie jest przypadek. Dobry autor wie jak skomplikowane idee przedstawić w sposób zrozumiały, podczas gdy zły autor najprostszy pomysł przedstawia jako intelektualny labirynt. Heinzowi Dieterichowi można postawić wiele zarzutów, ale nikt przy zdrowy zmysłach nie oskarży go bycie dobrym autorem! Przyczyną niezmiernych trudności w lekturze jego ksiąg nie jest ich głęboka treść, a wręcz przeciwnie – kompletna pustka, udekorowana bogato skomplikowaną frazeologią.

Kompletny brak realnej treści jest tu rekompensowany bogactwem skomplikowanego języka i niejasnego słownictwa oraz istnym labiryntem zawiłej składni. Tego typu zjawisko bardzo dobitnie skomentował ongiś Hegel: „tak jak istnieje pusta szerokość, istnieje też pusta głębia”[7]. Nic dodać, nic ująć.

Przypisy:

1. Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła - tom 20, Książka i Wiedza 1969.
2. Tamże.
3. Karol Marks, Tezy o Feuerbachu w Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, t. 3,  Książka i Wiedza, Warszawa 1975
4. Universidad Autónoma Metropolitana de México
5. Brzmienie oryginału: „positively support the process” – przyp. tłum.
6. Tłumaczenie autorskie, brzmienie oryginału: „In arguing, too, the parson owned his skill / For, even though vanquished, he could argue still / While words of learned length and thundering sound / Amazed the gazing rustics ranged around / And still they gazed, and still the wonder grew / That one small head could carry all he knew”.
7. G. W. F. Hegel, Fenomenologia ducha, tom I, tłum. Adam Landman, Warszawa 1963, s 17.
 
następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing