|
W Wenezueli trwa od kilku lat ludowe, antykapitalistyczne powstanie, które zdołało przezwyciężyć kilka bardzo ciężkich ataków organizowanych przez CIA. |
| Powroty |
|
|
| Napisał(a): Bojan Stanisławski [socjalizm.org] | |
| 11.07.2006. | |
|
Do Polski wraca się ciężko. I to niezależnie od środka transportu, bowiem nie idzie o zmęczenie podróżą, lecz torturę jakiej człowiek doświadcza przekraczając granicę Rzeczpospolitej (już czwartej zdaje się). Można wlec się przez całą Europę, oglądać miejsca napawające smutkiem i żalem, może przygnębiać pogoda, widok zza okna pociągu, autobusu, samochodu; niezainteresowani mistrzostwami świata w piłce nożnej mogą podróżować pogrążeni w samotności, gdyż wszyscy potencjalni interlokutorzy gotowi są do rozmowy wyłącznie na ten temat. Niemniej jednak prawdziwe przygnębienie zaczyna się dopiero w kraju nad Wisłą. Polska swojszczyzna jest bardzo intensywna. Zwłaszcza pierwszy z nią kontakt może być przykry i objawiać się fizjologicznie. Tym bardziej, że jej strumień uderza coraz bardziej precyzyjnie. Poza tym zaprogramowana jest tak, by z maksymalną dokładnością pokrywać cały obszar kraju, nawet poza jego terytorium geograficznym. Jeśli na przykład decydujemy się na powrót samolotem, a naszym przewoźnikiem są polskie linie lotnicze, to na pokładzie maszyny stewardzi i stewardesy ze sztucznie przylepionymi do twarzy uśmiechami przywitają nas Gazetą Wyborczą, Rzeczpospolitą, a od niedawna i Naszym Dziennikiem, który od bodaj lutego LOT zakupuje zamiast Trybuny. Dlatego właśnie powrót drogą powietrzną skłonny jestem odradzać każdemu. Skoncentrowana ideologiczna papka, zwłaszcza nasycona wspomnieniami po niedawnej wizycie watykańskiego włodarza połączona z prawdopodobnymi turbulencjami oraz przeterminowanymi kanapkami rozdawanymi w polskich samolotach i nagłymi zmianami ciśnienia przy starcie i lądowaniu, wymioty spowoduje niezawodnie nawet u wytrwałych. Potem na warszawskim lotnisku trzeba przejść koło kapliczki, a zaraz po wyjściu z niego zmierzyć się z ziejącym z wielkiego billboardu spojrzeniem Benedykta XVI, który grozi: „trwajcie mocni w wierze”. Podróż samolotem to aplikacja końskiej wręcz dawki polskich klimatów. Dlatego – zwłaszcza po dłuższej przerwie – wskazane są inne środki lokomocji. Pewną alternatywą jest autobus. Zwłaszcza jeśli należy do przewoźnika niepolskiego. Wówczas można liczyć na uprzejmych kierowców, ale to nie jest najważniejsze. W autobusie polskim jedyne, co może nas spotkać przy wsiadaniu, to majtający się wokół lusterka kierowcy krzyż, ale nie musimy przecież ładować się przednimi drzwiami. Poza tym filmy o tematyce religijnej są w Polsce uznawane za przednie kino, w związku z czym są drogie, i firmy transportowe rzadko mogą sobie pozwalać na ich projekcję w trakcie trwania podróży. To się zapewne niedługo zmieni, ba powstanie może i nakaz (bądź „zalecenie”) zabawiania pasażerów takimi seansami, ale póki co, na to jeszcze (sza!) Kaczyńscy nie wpadli. Tak więc będziemy ewentualnie męczeni filmami typu „Pulpety 4” albo „Robocop”. Gdyby to dokuczało nam w stopniu uniemożliwiającym normalne funkcjonowanie, zawsze możemy się wyizlolwać za pomocą przenośnego odtwarzacza MP3 lub stoperów. W samolocie nie jest to możliwe gdyż używanie urządzeń elektronicznych jest zabronione, na sen za krótko, a nawet jeśli sami nie poprosimy o gazetę, to możemy być pewni, że pasażer ulokowany na siedzeniu obok lub przed nami rozłoży swój egzemplarz na tyle uroczyście byśmy i my – nolens volnes – łypali na tytuły i leady. Gdy autobus przekracza granicę Polski, przeciętny pasażer znajduje się w fazie totalnego otępienia po ostatnich 20 godzinach spędzonych w tymże. Strażnikowi granicznemu paszport podaje już automatycznie, więc nawet nie zwraca uwagi co i w jakim języku ten do niego mówi. Jest też tak zmęczony, że nie daje wiary oczom i wydaje mu się, że 135 przydrożnych kapliczek, które minął to rezultat zmęczenia mózgu i zmysłu wzroku. Gdyby mu ktoś ustawił oczy na zapałkach i przylepił Wprost na siedzeniu to ten i tak nie wiedziałby nawet na co patrzy. Trwając w stanie takiego sensorycznego głuptactwa, gdy pasażer dotrze do domu, to od razu pójdzie spać. Będzie spał długo, szczęśliwie śniąc o tym, że spełniło się największe marzenie jego życia – przyjął pozycję horyzontalną. Po wybudzeniu dosłyszy zapewne ów już polską mowę, która z ulicy wedrze się do jego mieszkania przez nieszczelne okna i pierwszy kontakt przebiegnie łagodnie i miło. Połechce to bowiem delikatnie jego mini-nostalgię, którą rozwinął za granicą. Potem może przez jakiś czas nie włączać radia, telewizji, nie kupować gazet i tylko słuchać ulubionej muzyki zażerając się tym co jeszcze zdołał przywieźć ze swoich wojaży. Przyzwyczajenie może następować stopniowo. Dobra pogoda sprzyja pierwszym spacerom i powolnemu zaznajamianiu się z rzeczywistością. Osobom, którym się spieszy, lub tym którzy cenią sobie komfort podróży należy polecić kolej. O ile polskie pociągi mają zwyczaj się spóźniać o tyle polska rzeczywistość atakuje z precyzją godną szwajcarskich inżynierów. Stwierdzenie to bazuje na mojej własnej empirycznej obserwacji. Pociąg Eurocity Polonia, przyjeżdżając z Wiednia, przekracza polską granicę w Zebrzydowicach. Zatrzymuje się on na tej stacji wyłącznie w celu umożliwienia celnikom oraz policji granicznej opuszczenia pojazdu. Skoro już jednak tam staje, dopuszczalne jest także przyjmowanie pasażerów. Nikomu do głowy by nie przyszło, że na tak małej, ultraprowincjonalnej stacyjce ktoś zechce wsiąść do pociągu Eurocity. Przypomnijmy, że z tej stacji odjeżdżają też inne składy i to dużo tańsze. Dopłata do pociągu tej klasy wynosi od 15tu do 17tu złotych. Okazuje się jednak, że istnieją indywidua, które się na to decydują. Tak więc zaraz po przekroczeniu granicy do mojego przedziału wmaszerowały z buciorami (dosłownie i w przenośni) polskie klimaty. Naprzeciwko mnie usadowił się mężczyzna, po cerze którego łatwo było zorientować się, iż jest najlepszym klientem zebrzydowickiego solarium. W rzadkie blond włosy wtartą miał tonę żelu, koszulę miał czarną, plastikową, rozpiętą do połowy. Na klacie majtał mu się łańcuch koloru złotego, a spod prawego rękawa (celowo rozpiętego) wystawała złota imitacja Rolexa. Czarne szpiczaste buty były już mocno sfatygowane. Po tym jak usiadł, włożył do buzi gumę i jął rzuć ostentacyjnie, po czym otworzył sobie puszkę piwa, z której radośnie pochlaptywał. Po tym jak skonsumował swój szlachetny kordiał filtrując jego smak miętową gumą wyciągnął OZON i CKM, a do uszu podłączył sobie jakieś słuchawki. Obok mnie zaś (po lewej stronie) usiadła paniusiowata strojnisia, która trzymając się ledwo na szpilkach, odetchnęła z ulgą po spoczęciu. Rozluźnienie nie trwało jednak długo, gdyż zaraz wyciągnęła jakieś dokumenty unijne, które czytała z przejęciem godnym wierszy Andricia. Wyprawa do ubikacji skończyła się katastrofą – złamaniem lewej szpilki. Dobrze, że w plecaku miała sandały. Chłonąłem to przez jakieś 5 minut po czym ewakuowałem się do wagonu restauracyjnego. Tam zakupiłem piwo za 8PLN (nawet na La Rambli w Barcelonie, piwo w restauracji nie kosztuje więcej niż 1,75 Euro) i przysłuchiwałem się tylko rozmowie dwóch biznesmenów ze stolika obok, którzy namiętnie i entuzjastycznie rozprawiali o tym jak to jeden rozbił swoje pierwsze mondeo, a drugi jeździ teraz alficą, ale się nie patyczkuje z nią i nawet jak ją zajedzie to już namierzył beemwicę z komputerem pokładowym… Jeszcze nie włączałem TOK FMu… Na szczęście nie mam telewizora… Aklimatyzacja przebiega spokojnie. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |