Kuba, wyspa jak wulkan gorąca Drukuj Email
17.09.2004.

Chociaż oczy niemal całego świata skoncentrowane są na wydarzeniach w Iraku, istnieją jeszcze, jak się okazuje, ludzie pamiętający o tym, że poza rzeźnikiem z Bagdadu egzystuje także inny niebezpieczny tyran. Między innymi jemu poświęcony jest odbywający się w Pradze szczyt p.t. „Ku demokracji na Kubie”. Bezstronnej informacji o tym wydarzeniu dostarcza w „Gazecie Wyborczej” Carlos Alberto Montaner, kubański emigrant, historyk i publicysta. Ponad rok temu czeska fundacja People In Need (Ludzie w potrzebie) powołała Międzynarodowy Komitet na rzecz Demokracji na Kubie. Na jego czele stanął „zawsze solidarny” Vaclav Havel. Skupił on wokół siebie „cieszących się dużym prestiżem” polityków, takich jak Arpad Goncz czy Jose Maria Aznar, a także „wybitnych pisarzy”, do których Montaner obok Peruwiańczyka Mario Vargasa Llosy i Argentyńczyka Marcosa Aguinisa zaliczył także… Adama Michnika, awansującego tym samym ze zwykłego publicysty na twórcę pełną gębą.

Według korespondenta „Wyborczej” szczyt będzie „najważniejszym od wprowadzenia na wyspie dyktatury, czyli od ponad pół wieku, międzynarodowym spotkaniem polityków w kwestii kubańskiej.” Tym sposobem dowiadujemy się, że przed Castro nie było na Kubie dyktatury, gdy natomiast zwyciężyła rewolucja, obalając przykładnego demokratę Fulgencia Batistę, nastąpiło niewyobrażalne zniewolenie społeczeństwa kubańskiego. Na czym ono polega, można się dowiedzieć z analizy danych. Ten uciemiężony kraj, pomimo nałożonego na niego embarga, posiada największą na świecie liczbę lekarzy w stosunku do liczby ludności. Na 100 tys. mieszkańców przypada tam 530 lekarzy, podczas gdy dla porównania w Polsce, na 100 tys. osób jest ich tylko 236. Od 1963 wysłano stamtąd ponad 50 tys. przedstawicieli personelu medycznego do najbiedniejszych krajów Trzeciego Świata. Do 1988 Kuba wyekspediowała za granicę więcej lekarzy niż jakiekolwiek państwo uprzemysłowione, więcej również niż ONZ-owska Światowa Organizacja Zdrowia. O nastawieniu kubańskiego społeczeństwa do panującego tam porządku świadczą chociażby sondaże z grudnia 1994, wykonane przez ośrodek stowarzyszony z centrum Gallupa. Wynika z nich, że połowa populacji uważa embargo za podstawową przyczynę problemów Kuby, gdy tylko 3% określiło sytuację polityczną jako najpoważniejszy problem. W stosunku 2:1 ludzie sądzą, że rewolucja przyniosła więcej korzyści niż niepowodzeń i że jej największa porażką było „uzależnienie się od krajów socjalistycznych, jak Rosja, która nas zdradziła”. Zatroskani losem Kubańczyków dysydenci, podobnie jak politycy z Europy Wschodniej, mają jednak inne zdanie na temat.

Alberto Montaner nie poprzestaje na demaskowaniu stosunków panujących na wyspie opanowanej niegdyś przez brodatych „terrorystów”, ale upomina Zachód o większe zaangażowanie (jakby dotychczasowe było małe) w obalenie znienawidzonego reżimu. Jak pisze, „Kuba to nieodrobione zadanie Zachodu. Od 1989 r. komunistyczne rządy w Europie znikały jeden po drugim. Nawet sandiniści w Nikaragui, będącej w rzeczywistości protektoratem Hawany, zostali obaleni w 1990 r. w pamiętnych wyborach, do których doszło pod naciskiem międzynarodowej demokracji.” Przed ciemnym okresem władzy pachołków Castro panował w tym kraju niejaki Somoza, równie łagodny i praworządny jak wspomniany wcześniej Batista. Niestety, w 1978 r. obalili go sandiniści, będący radykalnymi wrogami demokracji. W celu jej wspierania administracja Reagana zmontowała armię Contras. Ta świetlana organizacja zabiła i poddała torturom tysiące ludzi. Cóż to jednak znaczy w porównaniu ze szczytnymi celami amerykańskiej administracji, chcącej wprowadzić prawdziwą wolność?

W 1990 wszystko poszło już gładko. Utworzona w Waszyngtonie Fundacja na Rzecz Rozwoju Demokracji przekazała miliony dolarów odpowiednim ludziom mającym za zadanie nie dopuścić do socjalistycznych wybryków sandinistów. Operacja powiodła się fenomenalnie. Dziesięć lat rynkowych przemian, jakie nastąpiły po przegranej „popleczników Hawany”, sprawiły, że Nikaragua stała się jednym z najbiedniejszych krajów regionu, a ponad połowa jej mieszkańców cierpi niedożywienie.

Znaczenie, które nadają słowu „demokracja” uczestnicy wyżej wspomnianej konferencji ma z samą demokracją tyle wspólnego, co Adam Michnik z pisarstwem na miarę Vargasa Llosy. Przy okazji warto przypomnieć, z jakim oburzeniem polski obrońca wolności zareagował na propozycję podpisania się pod listem protestacyjnym przeciwko zamknięciu w Iraku telewizji Al Dżazira. Nie po raz pierwszy okazuje się, że pojęcia można stosować bardzo elastycznie. Czasem jednak zostają one tak maksymalnie naciągnięte, że wszem i wobec daje się słyszeć odgłos pękania. Nie zagłuszą go żarliwe oklaski, za pomocą których Havel i inni prokapitalistyczni „dysydenci” zagrzewają się nawzajem do jeszcze większej gorliwości w służbie USA.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing