|
05.06.2004 r. trupem padł Ronald Reagan - były amerykański prezydent i - co stało się już tradycją tego urzędu - jeden z największych zbrodniarzy w nowożytnej historii. Polskie media nie zawiodły - wydarzenie to po raz kolejny zjednoczyło wszystkich. Od obozu św. Adama „Jedynej Prawdy” Michnika, przez ociekające brukowym szlamem „Fakt” i „SuperExpress”, po państwowe stacje radiowe i telewizyjne. Wszyscy naraz - niczym najmowane docelowo w czasach antycznego Egiptu na pogrzeb faraonów płaczki - rozlali krokodyle łzy nad śmiercią jakże dostojnego przecież męża stanu, pogromcy „imperium zła”. Histeria ta połączona z możliwie najbardziej szczegółową transmisją z jego pogrzebu, który bez wątpienia był największą, najdroższą i najbardziej nośną propagandowo ceremonią tego roku w USA, stworzyły mieszankę od której przyzwoitym ludziom więdną oczy i uszy.
Postać Ronalda Reagana i rola jaką odegrał są na tyle podłe i obrzydliwe, że warto doprawdy abstrahować w tej chwili od przyprawiającej nudności postawy polskich mediów wysokonakładowych i skupić się na kilku innych bardzo ciekawych wątkach. Nie da się nie dostrzec na samym początku kontekstu propagandowego jaki nadano śmierci Reagana. Jest to jedyny prezydent w dziejach USA, na wystawę zwłok któregoż zjechała tak liczna ekipa notabli z całego świata. Ceremonia pochówku zaś napompowana do granic górnolotnym, syntetycznym, komercyjnym niby-wzruszeniem zakrawała o paranoję i to w klinicznym - nie potocznym - wymiarze tego słowa. Z rytuałem jaki odbył się wokół umarłego Reagana rywalizować może jedynie cyrk odprawiony nad padliną po Lyndonie Johnsonie (także byłym amerykańskim prezydencie i - a jakże - zbrodniarzu) w 1973 roku.
Głównym motywem pogrzebu było chwytliwe bajanie o silnym prezydencie, który odważnie rządził Ameryką w jej najlepszych latach, który nadał historii nowy (bajecznie piękny ma się rozumieć) bieg, niszcząc śmiertelnego wroga całej ludzkości jakim był ZSRR. Nie było to oczywiście działaniem przypadkowym. Od czasu przeprowadzki do Białego Domu George W. Bush wykonał kilka bardzo ewidentnych ukłonów w stronę czasów Reagana. Zresztą już od początku lat 90-tych, od kiedy męczony Alzheimerem wycofał się ów ostatecznie z życia politycznego natychmiast stał się ikoną-masktoką republikanów, którzy gardłują w kółko o konieczności przywrócenia Ameryce utraconej świetności i wszelkiej glorii poprzez bezpośredni powrót właśnie do polityki lansowanej przez Ronalda Reagana. Reagan ma już lotnisko i linie lotniczą nazwane swoim imieniem. Teraz pojawiły się projekty umieszczenia jego twarzy na Mount Rushmore i którymś z nominałów dolara. Przy tej okazji trudno nie wspomnieć pochodzącego z UPR włodarza Środy Wielkopolskiej, który zamierza doprowadzić do obdarowania jedynego ronda w miasteczku właśnie imieniem tego imperialnego tyrana.
"Odmalowanie" Reagana
Wielu może się to wydać dziwne, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, iż Reagan nie cieszył się zbyt dużym popraciem w czasach gdy sprawował władzę. Był on dużo mniej popularnym prezydentem niż Kennedy, Johnson, Bush senior czy Clinton. W 1992 roku sondaże prasowe pokazały, że jest on najbardziej niepopularnym żyjącym ex-prezydentem USA (zaraz po Nixonie ma się rozumieć). W tym samym roku rozpoczęła się masowa kampania mająca na celu nie tylko totalną rehabilitację Reagana jako politycznej osobowości, ale nadania mu rangi wzorca amerykańskiego męża stanu - historycznej figury, która dźwignęła USA z kryzysu w latach 70-tych i przekształciła je w mlekiem i miodem spływającą krainę prawdziwej wolności i demokracji. Nachalna propaganda kultu Ronalda Reagana i pompa jaka towarzyszyła jego pogrzebowi natychmiast przywołują obrazy znane mieszkańcom naszego regionu z pogrzebów najwyższych włodarzy radzieckich.
Odmalowanie postaci Ronalda Reagana jako niemalże narodowego bohatera wymagało tak dużej koncentracji kłamstwa i tak olbrzymiego natężenia propagandy tegoż, że zdumiewa doprawdy, iż ktoś w ogóle się na tak karkołomny czyn odważył. Poziom i intensywność historycznego fałszu, którym spłynęła cała ceremonia był do prawdy porażający. Nie stało się tak oczywiście bez przyczyny.
Wyborcze kunktatorstwo
Obecny namiestnik Białego Domu ma kłopoty. Termin wyborów w USA zbliża się wielkimi krokami, a sondaże są Bushowi mało przychylne. I choć poparcie dla jego rządów wciąż wyraża aż 47% Amerykanów to jest to za mało. 49% jest mu bowiem przeciwnych. A to nie wszystko. Jeśli przyjrzeć się przeprowadzonym w czerwcu badaniom bliżej, wynika z nich, że wśród deklarujących udział w najbliższych wyborach, głos na Busha oddałoby jedynie 44% zaś na Johna Kerry’ego - kandydata demokratów - 49%. A to nie tak miało być... Administracja waszyngtońska, prognozując zwycięski blitzkrieg w Iraku, snuła plany o bezproblemowej reelekcji Geroge’a Busha. Tymczasem wojna i okupacja Iraku przebiegają - eufemizując - wyjątkowo problematycznie. Masowe powstanie, wojna partyzancka, codzienne zamachy terrorystyczne, wzrastająca stale liczba ofiar wśród żołnierzy amerykańskich i codzienny koszmar irackiej rzeczywistości transmitowany przez media wszędzie na świecie (z wyłączeniem Polski) zamieniły to co miało być dźwignią ku następnej kadencji w równię pochyłą. Jakby tego było mało, media ujawniły niedawno horror, który rozgrywał się w bagdzadzkim więzieniu Abu-Gharib, gdzie za pomocą fizycznych tortur i psychicznego znęcania się nad aresztowanymi „przygotowywano” ich do przesłuchania. Zaś groteskowe „przekazanie władzy w ręce Irakijczyków” szybko okazało kabaretową farsą.
Dlatego właśnie Bush junior jak i jego partia potrzebują niejako Reagana, jego fałszywej legendy i rzekomej bohaterskiej spuścizny. Niemniej więzy łączące obie administracje - Busha juniora i Reagana - to coś więcej niż tylko ideologiczna paralela. Interesujący jest aspekt kadrowo -personalny. Okazuje się bowiem, że wielu dzisiejszych wysoko postawionych czynowników amerykańskich zaprawiało się w bojach w gwardii właśnie Reagana. Najznamienitsi „jastrzębie” - Paul Wolfowitz i Donald Rumsfeld są jego uczniami. Podobnie jak Collin Powell i John Pointdexter. Tym jednak jego wychowankiem, który najbardziej przykuwa uwagę jest niewątpliwe John Negroponte, który został niedawano wysłany do Bagdadu jako amerykański ambasador. Owo indywiduum nie tylko stanowi personifikację ideologii republikańskiej skrajnej prawicy, lecz także - poprzez swą barwną przeszłość i historyczne uwikłania - jest wręcz symbolem. Ten sam John Negroponte piastował bowiem urząd ambasadora Stanów Zjednoczonych w Hondurasie skąd kierował jedną z największych i najbardziej obrzydliwych operacji w dziejach CIA - wojną przeciwko sandinwoskiej Nikaragui. Sprowadzenie tego pana na Bliski Wschód to doprawdy zły omen.
Reaganizm w ekonomii
Osobę Ronalda Reagana wykorzystano nie tylko do komercyjnej promocji osławionej już „wojny z terroryzmem”, ale także do propagowania obecnej polityki podatkowej amerykańskiej administracji. Przedstawia się go - między innymi - jako światłego nauczyciela i wybitnego politologa, który dał Republikanom porządną lekcję. Pokazał im rzekomo, że rząd mniejszy, to rząd bardziej sprawny, bardziej zdyscyplinowany i mniej kosztowny. Nauczyć ich miał także, iż państwo nie powinno wikłać swych struktur w kwestie gospodarcze.
Oczywiście współcześni fascynaci Reagana skupieni wokół Busha zdają sobie sprawę, że obraz jego nauk jest - na użytek opinii publicznej - cokolwiek zmanipulowany i w czyn wprowadzają rzeczywistą reaganowszczyznę. Rozszerzają administrację na potęgę, grzmiąc wyłącznie o konieczności wycofania się ze wszystkich możliwych wydatków publicznych i socjalnych. Cały system - i tak minimalnej - pomocy społecznej został doszczętnie rozbity, podobnie jak mechanizm finansowania uczelni państwowych i państwowych szpitali (z których większość w USA to szpitale psychiatryczne). Pomimo tych drastycznych cięć wydatki budżetowe stale rosną. Wzorem Reagana uderzono także w związki zawodowe. Przypomnijmy, że Reagan rozłożył swego czasu na łopatki związek pracowników lotnictwa PATCO. Była to tak olbrzymia porażka, że amerykańscy robotnicy do dziś liżą rany.
Tak jak deficyt budżetowy pod rządami Busha juniora, tak rosły struktury państwowe pod rządami Reagana. Pomiędzy bajki włożyć należy propagandowy bełkot amerykańskiej prawicy. Aparat państwowy nie tylko rósł, ale ćwiczył się w redystrybucji kapitałowej „w górę” - od najuboższych do milionerów. To właśnie jest istotą słynnych „reaganomics”. By zaś można było to realizować potrzebne jest silne, mocne, rozbudowane państwo. Tak jak dziś Bush, tak dawniej Reagan gardłował za mniejszymi podatkami i upierał się, że są one gwarantem szybkiego rozwoju gospodarczego. I jeden i drugi - wraz ze swoimi podwładnymi - majstrowali przy systemach podatkowych. Zmniejszyli obciążenia fiskalne wszelkiej maści korporacjom, a wszystkie inne i opłaty państwowe podnieśli - od podatków począwszy na mandatach skończywszy. Bush pobił jednak swego mistrza pod względem rozmiarów deficytu budżetowego. Jego administracja osiągnęła pod tym względem nieco więcej.
Ekonomiści amerykańscy wspominają Reagana jako wielkiego wroga keynesianizmu i twardego faceta, który zdecydowanie opowiedział się raz na zawsze po stronie liberalnego monetaryzmu nie zważając na ględzenie społeczeństwa. Wspomnienie to jest cokolwiek fałszywe. Pompowanie olbrzymich sum pieniędzy w wyścig zbrojeń, który miał zrujnować ZSRR, było - jakby na to nie patrzeć - formą właśnie keynesowskiej taktyki. Na dodatek Reagan wykorzystał gigantyczne zadłużenie krajów Trzeciego Świata zmuszając ich rządy do akceptacji liberalizmu ekonomicznego, prywatyzacji i pakietów rozwiązań gospodarczych dostarczanych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Reaganowi udało się rozbić ruch pracowniczy w Stanach Zjednoczonych i wejść na głowę pracownikom Trzeciego Świata. Z ich pracy i z ich pieniędzy sfinansował on bowiem olbrzymie inwestycje w przemysł militarny i załatał dziurę powstałą po obniżeniu podatków dla wielkiego biznesu. Pamiętajmy jednak, że wszystkie te działania podejmowane były nie z pozycji pewnego siebie mocarza na jakiego pozował Ronald Reagan. Były reakcją zastraszonego kryzysem desperata, który oglądając się przez ramię widział jeszcze spore pozostałości po recesji z lat 1973 - 74, a w dali przed nim materializował się kolejny kryzys. Próbując ratować przed jego konsekwencjami amerykański „big business” Reagan zrobił to co zrobił. Czasy jego prezydentury były dla korporacyjnych notabli i całej reszty finansowej elitki niewątpliwie pomyślne. Czy może zatem dziwić, że właśnie postreaganowska spuścizna jest dla George’a W. Busha tak ważna?
Potrzeba mitu
Pogrzeb Ronalda Reagana obfitował w setki żałosnych przemówień. We wszystkim - w mniejszym lub większym stopniu - przewinął się wątek jego wybitnej znakomitości jako jednoosobowego pogromcy Związku Radzieckiego - czyli… „imperium zła”. Brzmi znajomo? Powinno! Obecna administracja USA używa dokładnie tej samej nomenklatury przedstawiając swoją „wojnę z terroryzmem” jako walkę „dobra” ze „złem”. Wystarczy przywołać choćby osławioną „oś zła”. Reagan zaś - odwrotnie niż chcieliby tego dzisiejsi piewcy jego wielkości - nie pogrążył i nie pokonał ZSRR. Wyścig zbrojeń - który niewątpliwe odbił się tragicznym kryzysem na radzieckiej gospodarce - był jedynie przysłowiową kropką nad „i”. ZSRR leżał już na obu łopatkach, gdy Reagan się zabierał za zbrojenia. Państwo radzieckie rozłożyła ekonomicznie rządząca tam kasta biurokratycznie usposobionych, stalinowskich zakapiorów.
Bush i jego koledzy liczą najprawdopodobniej na to, że perorując o "Ameryce Reagana" i jej wielkości, odwrócą - choćby na chwilę - uwagę od gigantycznych problemów z jakimi się borykają. Gardłują o silnej Ameryce sprzed lat, bo Ameryka współczesna jest niestabilna i słaba. To, co miało potwierdzać jej potęgę ukazało jej kruchość. Obie gigantycznie inicjatywy - wojna z terroryzmem i wojna w Iraku - skończyły się totalną klęską. Terror nie tylko przetrwał „wojnę”, ale jeszcze się podczas niej rozwinął. Irak zaś, który miał zostać przekształcony w demokratyczne państwo jest nękany okupacją i wojną, a pieniążków z tamtejszej ropy jak nie było tak wciąż nie ma, pomimo, że na „zabezpieczenie” tamtejszych pól naftowych wydano już setki milionów dolarów.
"War on Terror - REAKTYWACJA"
W tej matni kłamstw, fałszerstw i wszelkich innych podłości uważnemu obserwatorowi jawi się jednak pewien wątek - przez swą ironię, aż humorystyczny (chodzi jednak - zaznaczam i podkreślam - o humor wyjątkowo czarny). Oto bowiem tyle mówi się o Reaganie, o jego wielkich osiągnięciach jako wybitnego polityka, a ani słowem - pomimo narzucającej się wręcz analogii - nikt nie wspomniał o „wojnie z terroryzmem” z czasów jego władania. Wszczęta została na początku lat osiemdziesiątych. Wtedy to US Army dokonała „precyzyjnych” nalotów na Libię, wysłała „siły ekspedycyjne” do Libanu, a CIA sprzedawała broń do Iranu, by sfinansować faszystowskie bojówki Contras w Nikaragui. Nie zapominajmy także, że reżim Reagana wspierał aktywnie politykę apartheidu w RPA i zafundował uzbrojenie ultra-prawicowym najemnikom UNITA w Angoli. Do tego spisu warto jeszcze dorzucić inwazję na Grenadę… Można by tak wymieniać jeszcze długo.
Sporo jest przyczyn z powodu których Bush i spółka nie mogą się swobodnie powoływać na te wydarzenia jako wykwit reaganowskiej wspaniałości są jednak dwie najważniejsze. Pierwsza związana jest z Saddamem Husseinem i obecną wojną w Iraku. Któż bowiem mógłby zapomnieć owo przejmujące zdjęcie, na którym Donald Rumsfeld ściska radośnie dłoń Saddama dobiwszy targu. Przypomnijmy, że USA wspomogło go wówczas gdy walcząc z Kurdami i Irańczykami używał przeciwko nim broni chemicznej. Szczytem ironii i groteskowego absurdu, a jednocześnie politycznej obłudy, zakłamania, manipulacji i bezwstydnej podłości jest fakt, że prowadząc swoją własną "war against terror", Reagan wyhodował sobie (i potomnym) w Afganistanie niejakiego Osamę bin Ladena - psychopatyczne, ogarniete religijną furią, terrorystyczne monstrum. Wówczas jednak ostrze antyterrorystycznej histerii skierowane było na tych, których Osama także nie darzył szczególnym uwielbieniem - ZSRR. Administracja Reagana wpopmpowała w walczących z radziecką Armią Czerwoną, Mudżahedinów miliardy dolarów. To właśnie wówczas stworzono warunki do rozwoju terrorystycznemu zapleczu w tamtym regionie, a już wtedy koła islamskich fanatyków były wrogo nastawione do USA. Pomimo tego CIA stale dozbrajała i dofinansowywała te grupy chcąc za wszelką cenę zadać jeszcze jeden cios "imperium zła". Potem szanownych sojuszników Waszyngton porzucił i zostawił samopas, by sami rozwiązali problemy totalnej powojennej zapaści. Zapomnieli jednak, że oprócz "krajobrazu po bitwie" zostawili tam jeszcze obozy szkoleniowe i całe militarne know-how, a także mnóstwo broni.
"Demokratyczne" tradycje
Trudno oczywiście oczekiwać, że Bush junior przyzna, iż rządy Ronalda Reagana były niejako kamieniem węgielnym pod budowę katastrofy z 11-ego września. W końcu czerpie on z tych samych tradycji. Pominąwszy ogranięty wojną Irak, całkiem niedawno przeprowadzono "zmianę reżimu" na Haiti. Metoda była dokładnie ta sama co w latach 70-tych - sposnoring tzw. "opozycji demokratycznej", która uzbrojona w karabiny i pieniądze, ma za zadanie obalić legalnie wybrany rząd celem zabezpieczenia imperialnych interesów USA. Najbardziej jednak jaskrawym przykładem pozostaje kwestia rewolucji boliwariańskiej w Wenezueli, którą USA próbuje zamordować już od dawna. Dwa zamachy stanu, bojkot gospodarczy, manipulacje przy głosowaniach, celowe wywoływanie ulicznych burd... Ponieważ US Army jest w tej chwili zajęta w Iraku zaproponowano ostatnio by konieczne zmiany dokonać siłami wojsk kolumbijskich. Tamtejsza elitka rządząca - jeszcze bardziej oddana interesom USA niż ta polska - nie posłała tam dotychczas czołgów (nota bene: otrzymała niedawno nowy darmowy kontyngent tychże pojazdów z Francji i Niemiec) jedynie z obawy przed reakcją własnego społeczeńśtwa nad którym coraz trudniej utrzymać kontrolę.
I tak amerykańsy prezydenci czerpią z nauk swych mistrzów i doskonalą swe umiejętności w praktyce. Chwała i cześć wszystkim ich ofiarom!!!
|