Dyrekcja „Poczty Polskiej”, kancelaria premiera, dwie komisje parlamentarne, posłowie, urzędnicy ministerialni, media, pozarządowe fundacje i międzynarodowy ruch związkowy – wszyscy oni, w sposób nie mający precedensu, aktywnie wyrazili swoje zainteresowanie sytuacją pracowników Poczty Polskiej. Nawet nie będąc wybitnym lewicowcem i obserwatorem zmagań na linii pracodawcy-pracownicy trudno nie dostrzec faktu, że spór zbiorowy i strajki w państwowym przedsiębiorstwie zatrudniającym 100.000 osób to wydarzenie niezmiernie istotne dla związków zawodowych (i nie tylko).
Abstrahując nawet od medialnego szumu i konieczności odkłamania wielu faktów warto przeanalizować to doświadczenie, gdyż stanowi ono bardzo cenną naukę . Polskiemu ruchowi związkowemu, który odbudowuje siły po kilkunastu latach politycznego i organizacyjnego odwrotu, taka refleksja może pomóc wzmocnić swe struktury i skuteczniej organizować wystąpienia w obronie praw i płac pracowniczych.
Nie roszczę sobie pretensji do wydawania ostatecznych wniosków i jednoznacznego oceniania sytuacji – jest to raczej głos w związkowej dyskusji. Skoro bowiem państwo i jego organy, po wielu latach bezczynności, zainteresowały się wreszcie sytuacją poczty, to tym bardziej my – dziennikarze i publicyści lewicowi – powinniśmy spróbować zagłębić się w niuanse tej sytuacji i przynajmniej rozpocząć poważną analizę tego, co stało się i co dzieje się obecnie w PPUP Poczta Polska.
Medialny szum
Sporo ostatnio mówiło się w mediach o fali podwyżek, która miała rzekomo ogarnąć cały kraj. Oczywiście podwyżki owe przede wszystkim należeć się miały tym, którzy najwięcej pracują, a nie nierobom zatrudnionym w przeżartych biurokracją przedsiębiorstwach państwowych. Te ostatnie trzeba zresztą – co oczywiste dla większości publicystów głównego nurtu – natychmiast sprywatyzować. Rzeczywistość jednak okazuje się być bardziej skomplikowana.
Państwowe Przedsiębiorstwo Użyteczności Publicznej Poczta Polska zatrudnia ponad 100.000 pracowników. Kolejne rządy od wielu lat próbują je „reformować”. Każda taka reforma doprowadza jednak do pogorszenia się warunków pracy dla zatrudnionych w firmie osób oraz warunków obsługi dla korzystających z jej usług klientów. I tak oto od dobrych kilku lat mamy do czynienia z chaosem kompetencyjno-organizacyjnym na poczcie. Do tego zarobki jej pracowników – na tle całej gospodarki – wypadają bardzo słabo. I nie pomogą nawet reszty od emerytur i innych przesyłek pieniężnych. Wbrew medialnemu szumowi i oburzeniu neoliberalnych ekspertów nie stanowią onejakiejś astronomicznej kwoty uzupełniającej płacę listonosza (ile osób w dzisiejszym świecie nie ma kont bankowych?). Musi on związać koniec z końcem za około 1.400 złotych miesięcznie. Dodajmy także, iż Poczta Polska, niejako z definicji, będąc przedsiębiorstwem użyteczności publicznej, jest zobligowana do świadczenia usług na terenie całego kraju. 60% urzędów pocztowych, głównie rozlokowanych na wsiach i małych miasteczkach - niezbędnych dla funkcjonowania tych obszarów – jest nierentownych z rynkowego punktu widzenia.
W takiej właśnie atmosferze wybuchł tegoroczny spór zbiorowy. Jego bezpośrednią przyczyną były zbyt małe podwyżki płac. U podłoża jednak, co podkreślają związki zawodowe, tkwi problem znacznie bardziej zasadniczy – związkowcy domagają się reorganizacji przedsiębiorstwa. „Potrzebujemy rozwiązań systemowych” – tłumaczy Sławomir Redmer, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Poczty.
Negocjacje między firmą a wspólną reprezentacją związków zawodowych pocztowców trwały cztery miesiące. Jako dodatkowy środek nacisku na dyrekcję, już na samym ich początku, rozpisano referendum, w którym zapytano pracowników o to, czy w razie niepowodzenia negocjacji będą gotowi wziąć udział w akcjach protestacyjnych „do strajku włącznie”. Na tak postawione pytanie ponad 70.000 pracowników, czyli 86% biorących udział w referendum, odpowiedziało twierdząco. Spór zbiorowy zaczynał przeradzać się w poważniejszy konflikt społeczny.
Rząd wychodzi do ludu
Wtedy to zaczęły dziać się rzeczy do tej pory niespotykane. Nagle pocztą zainteresowali się wszyscy: dwie komisje sejmowe i jedna senacka, urzędnicy ministerialni, a nawet szef doradców strategicznych premiera. W ciągu dwóch miesięcy związkowcy z Poczty Polskiej mogli na tych wszystkich forach przedstawić swoją opinię, dotyczącą kondycji firmy. Skąd to nagłe zainteresowanie ze strony najwyższych urzędników państwa?
Po pierwsze obiektywnie należy przyznać, że poczta znalazła się w kryzysie i nawet rządzący tym krajem potrafią to dostrzec. Nikt nie chce mieć na głowie paraliżu i strajku w zatrudniającym 100.000 pracowników przedsiębiorstwie. A wysłuchać pracowników można zawsze, wszak to nic nie kosztuje – problem polega jednak na tym, czy ich głos zostanie wzięty pod uwagę. Można mieć też wątpliwości co do tego, czy rządzący w ogóle będą zdolni do wypracowania jakiegokolwiek rozwiązania dla piętrzących się od lat kłopotów Poczty Polskiej.
Należy przy tym przyznać, że Platforma Obywatelska – w przeciwieństwie do PiS-u – potrafi zadbać o swój image. Nawet gdy zapadła decyzja działaczy związkowych o okupacji części budynku Dyrekcji Generalnej Poczty Polskiej nie użyto siły, by wynieść związkowców, lecz zarówno dyrekcja firmy, jak i rząd, starali się udowodnić za wszelką cenę, że naprawdę chcą pomóc pracownikom.
Postawa dyrekcji
Mimo deklarowanych najszczerszych chęci dyrekcja jednak nie potrafiła doprowadzić do zakończenia sporu zbiorowego. Taktyka negocjacyjna, którą przyjęto, co łatwo dostrzec przeglądając kolejne protokoły rozbieżności, była niespójna i pokazywała słabość dyrekcji. Trudno jest bowiem zarządzać 100.000-tysięcznym przedsiębiorstwem, szczególnie jeśli dyrektorzy zmieniają się średnio raz na rok.
Niemniej przyznać należy, że gdy doszło już do samego strajku, dyrekcja wykazała niezwykłą sprawność w używaniu dostępnych im środków komunikacyjnych. Cała poczta objęta jest siecią intranetową, do której podłączonych jest 20.000 komputerów. Na forach pocztowych zapisanych jest ponad 8.000 osób, co zapewnia doskonały przepływ informacji wśród pracowników. W czasie strajku dyrekcja zdolna była do wykorzystania tych nowych kanałów, aby propagować swój punkt widzenia.
W tym miejscu warto nadmienić, że pocztowe związki zawodowe o wiele wcześniej zainteresowały się nowymi technologiami. Jak przyznaje Sławomir Redmer – „tegoroczne protesty przebiegłyby zupełnie inaczej gdyby nie fora dyskusyjne i inne narzędzia, jakie daje nam nowoczesna technologia”. Pracownicy poczty mieli możliwość na bieżąco zapoznawać się z działaniami reprezentujących ich związków zawodowych. Przepływ informacji odbywał się niezwykle sprawnie: „każdego dnia strajku o 10 i o 16 dyrekcja wydawała informacje ile osób strajkuje, gdzie, jakie węzły… w kilka minut później udostępniane były one na forum. W ten sposób wszyscy pracownicy wiedzieli o tym, jaka jest dynamika strajku” – tłumaczy Redmer. Warto, by ten przykład wziął sobie do serca cały ruch związkowy – jedną z głównych nauk sporu na poczcie jest to, jak bardzo istotny jest przepływ informacji między pracownikami.
Porozumienie
Wreszcie, po czterech miesiącach negocjacji, 26 maja doszło do zawarcia porozumienia między większością związków zawodowych a dyrekcją poczty. Ustalono, że do podwyżki styczniowej w wysokości 137 złotych, dołączy jeszcze druga, od sierpnia, w wysokości 400 zł średnio na jeden etat. W ten sposób roczny wskaźnik średniego wzrostu płac w przedsiębiorstwie osiągnąłby 13,7% (początkowo pracodawca proponował 7,29%). W wyniku realizacji tych postulatów Poczta Polska osiągnie ujemny wynik finansowy w wysokości -350 mln zł, ale nie straci płynności finansowej. Dodatkowo pracownicy otrzymają bony towarowe na święta na sumę 400 złotych oraz zostanie powołany „wspólny zespół do oceny dodatkowych środków, jakie powstaną w wyniku działań naprawczych, pod kątem skierowania ich dla pracowników (…) Na ten cel zostanie skierowane przynajmniej 400 zł na pracownika”. Część związków, zrzeszająca kilkanaście tysięcy pracowników, odmówiła podpisania porozumień i zdecydowała się na organizację strajku. Argumentacja jest prosta – pieniędzy na podwyżki jest za mało, a podwyżki wchodzą w życie za późno. Dodajmy, że realizacja tych dodatkowych postulatów pociągnęłaby za sobą wydatek rzędu 240 mln zł.
Strajk na poczcie trwał od 3 do 11 czerwca. Według dostępnych obliczeń wzięło w nim udział około 5000 pracowników. Zakończyło go zawarcie porozumienia pomiędzy Dyrekcją a sześcioma protestującymi związkami, które gwarantowało niepodjęcie żadnych sankcji wobec strajkujących.
Strajkować czy nie strajkować – oto jest pytanie
Powstaje jednak pytanie o zasadność podejmowania akcji strajkowej w obliczu podpisania przez większość będących w sporze zbiorowym związków zawodowych porozumienia. Od niektórych środowisk intelektualnych i związkowych na lewicy często można usłyszeć, że strajk to przestarzała forma protestu. Argumentują oni, że w dobie technologii informacyjnej i nowoczesnego społeczeństwa kapitalistycznego lepiej jest, by związki zawodowe – zamiast strajkować – były doskonale przygotowane do negocjacji i umiały, używając liczb, statystyk i konkretnych faktów, stać się poważnym partnerem do rozmów dla szefa przedsiębiorstwa. Jest to argumentacja słuszna tylko połowicznie.
Oczywiście dobry związkowiec nie idzie codziennie z rana na barykady, tudzież okupować fabrykę, bez namysłu i przygotowania – teoretycznego i faktograficznego. Pracownicy, jako ludzie od podszewki znający swoje zakłady pracy, dysponują najbardziej rzeczową informacją o ich funkcjonowaniu – powinni być ekspertami w zakresie pracy przedsiębiorstwa w większym stopniu, niż jakikolwiek menedżer. Związki zawodowe, jako organy reprezentujące pracowników, tym bardziej powinny położyć nacisk na rzeczowość i trafność argumentacji. Niemniej w ostatecznym rozrachunku walka o godną płacę i pracę nie jest prowadzona wyłącznie poprzez negocjacje i przekonywanie pracodawcy do oczywistych racji pracowników. Istnieją też inne instrumenty nacisku: manifestacje, strajki, petycje, prasa pracownicza itd. Problem tkwi w ocenie sytuacji przez przywództwo związkowe i dostosowaniu środków, których zamierza się użyć, do konkretnej sytuacji i układu sił.
Decyzję o podjęciu strajku generalnego należy podjąć z dużą rozwagą. Masowy strajk bezterminowy oznacza nie tylko całkowite sparaliżowanie pracy przedsiębiorstwa, ale także stawia na porządku dziennym kwestię władzy. W toku doświadczeń strajkujący pracownicy dostrzegają, iż firma może obejść się bez zarządu, szczególnie, jeśli jest on tak nieudolny, jak ten na poczcie, nie może za to obejść się bez pracowników. Podczas każdego strajku, a w szczególności powszechnego strajku bezterminowego, powstaje następujące pytanie: kto tutaj rządzi: Wy czy My?
Doświadczenia przeszłości
Jednym z elementów, który może pomóc przywództwu związkowemu trafnie odczytać sytuację są doświadczenia z przeszłości oraz wnikliwa obserwacja nastrojów społecznych. W przypadku PPUP Poczta Polska mamy do czynienia z permanentnym konfliktem społecznym, który trwa od co najmniej trzech lat. Najpierw były to protesty w roku 2005 związane z reformą poczty. Potem fala dzikich strajków, która przetoczyła się przez pocztę zimą 2006 roku. Wreszcie, ostatnio, spór zbiorowy o podwyżki. Dane mówią same za siebie. W szczytowym momencie protestów z grudnia 2006 roku brało w nich udział około 10% pracowników. W apogeum protestów z 2008 roku – tylko 5%. Dodajmy, że ta liczba – około 5000 osób – stanowi ledwie 1/3 związkowców zrzeszonych w „Solidarności”, która strajk ogłosiła i zorganizowała.
Dane te pokazują jasno, że pracownicy są zmęczeni sytuacją ciągłego konfliktu społecznego na poczcie. W przeprowadzonym w marcu referendum nie pytano o przeprowadzenie strajku, lecz jedynie o poparcie „akcji protestacyjnych do strajku włącznie”, co udowadnia niezadowolenie pracowników z wynagrodzeń, ale nie ich gotowość do poparcia i przyłączenia się do akcji strajkowej. Pracowników nie można traktować jak kurka w kranie, który włącza się i wyłącza wedle uznania użytkownika umywalki. Każdy ruch ma swoje wzloty, ale także i upadki. Obecnie znajdujemy się najwyraźniej w tej drugiej fazie.
Kontrowersje
Do tego wszystkiego dochodzą różne kontrowersje. Do dzisiaj nie ma jednoznacznej opinii, czy strajk był legalny czy nie. Zdaniem wielu prawników referendum strajkowe zostało przeprowadzone w trakcie trwania negocjacji, a nie po zakończeniu wymaganych ustawą procedur. Jeśli te relacje potwierdziłyby się, to związki organizujące strajk musiałyby zapłacić milionowe odszkodowania na rzecz przedsiębiorstwa.
Ponadto w wielu regionach donoszono do bardzo kontrowersyjnej postawy niektórych działaczy związkowych, którzy – choć otwarcie namawiali do brania udziału w strajku – sami podpisywali listy obecności lub brali urlopy na żądanie argumentując, że organizując protesty znajdują się w pracy. Na przykład w jednym z regionów lokalna dyrekcja poczty po kilku dniach strajku ogłosiła jego koniec, gdyż wszyscy przywódcy związków organizujących akcję protestacyjną są w pracy. Oznaczałoby to absolutną kompromitację tych działaczy, którzy potraktowali pracowników niczym mięso armatnie dla uzyskania legitymizacji swoich działań. Strajk nie może służyć legitymizacji społecznej danej organizacji związkowej, tudzież udowodnieniu, że opowiada się ona po stronie pracowników - powinien mieć na celu poprawę sytuacji szeregowych pracowników.
„Co nie zabije to wzmocni?”
To dobrze, że przywództwo strajkujących związków zawodowych przyjęło „z pokorą” lekcję, której udzielili im pracownicy i inne związki zawodowe. Dla ruchu związkowego – podkreślmy to jeszcze raz – najważniejsze jest wyciąganie nauk z konkretnych doświadczeń. Nieprawdą jest jednak, że strajk wzmocnił związki zawodowe.
Po pierwsze, w przeciwieństwie do strajków z zimy 2006 roku, tym razem pracodawca był o wiele lepiej przygotowany do konfrontacji z protestującymi. Nie tylko pracownicy, ale i szefowie wyciągają wnioski z doświadczeń ruchów społecznych. Pracodawca nie tylko podjął akcję prawną, ale także trafnie wyczuł klimat w przedsiębiorstwie. Po zakończeniu strajku prawie od razu rozpoczął represje pracowników. Nie komentując zasadności stawianych związkowcom zarzutów, należy stwierdzić, że totalne wyczerpanie i do pewnego stopnia poróżnienie załogi, na pewno nie będzie sprzyjało obronie miejsc pracy i działaczy związkowych przed ofensywą pracodawcy.
Co dalej?
Po każdym strajku przychodzi okres na wyciągnięcie wniosków i prowadzenie dalszych działań na rzecz obrony interesów pracowniczych. Przed pocztą stoi kilka wyzwań: komercjalizacja, liberalizacja rynku oraz prywatyzacja. Związki zawodowe muszą zająć w tych sprawach jednoznaczne stanowisko i działać wspólnie. Z lektury dokumentów związkowych wynika jasno, że wariant prywatyzacyjny nie ma poparcia żadnej z formacji.
Doświadczenia zachodnioeuropejskich związków pokazują, że prywatyzacja sektora pocztowego doprowadziła wyłącznie do masowych zwolnień (np. 30.000 ludzi w Deutsche Post w latach 2000-2007) oraz wzrostu płac zarządu firmy (dla tej samej firmy z 5 mln do 15 mln w latach 2000-2007).
Liberalizacja rynku pocztowego, wymuszona przez Unię Europejską, najprawdopodobniej nastąpi 1 stycznia 2013 roku. Sytuacja ta wymaga, by związki zawodowe – w skali ogólnoeuropejskiej – były gotowe do ogarniających cały sektor i wszystkie działające w jego ramach firmy wspólnych działań na rzecz obrony powszechnych i tanich usług pocztowych oraz płac pracowniczych.
W polskim parlamencie istnieją zakusy na pełną prywatyzację i liberalizację usług pocztowych. Świadczą o tym dobitnie „rekomendacje” komisji Palikota, wedle których tylko pełna liberalizacja rynku jest w stanie zapewnić powszechny dostęp do usług pocztowych. Równie jasną strategię ma też dyrekcja Poczty Polskiej. W jednym z dokumentów, przedstawionych na kwietniowej konferencji dotyczącej procesów liberalizacji i prywatyzacji w europejskim sektorze usług pocztowych, pod hasłem „Sytuacja PP i kontekst społeczny w obliczu liberalizacji” czytamy: „Potencjalny, zakładany wzrost wydajności i jakości w wyniku liberalizacji ograniczają: obecność wysokich kosztów stałych (infrastruktura, świadczenia pracownicze, socjalne, emerytalne), wpływ uwarunkowań społecznych na dostosowanie struktury PP do działań w warunkach zliberalizowanego rynku.”
Zarząd ma dość jasne cele: wzmocnić swoją pozycję i zwiększyć zyski firmy poprzez zmuszenie pracowników do dalszego zaciskania pasa.
Jednak podstawą do podjęcia jakichkolwiek działań jest naprawa samych związków zawodowych. Z indywidualnych rozmów i lektury materiałów dwóch najbardziej liczących się central wynika, że obie zamierzają usprawnić swoje struktury.
Według Sławomira Redmera, przewodniczącego Związku Zawodowego Pracowników Poczty, istnieją dwie główne patologie funkcjonujące w niektórych strukturach związków zawodowych. Pierwszą jest obecność działaczy związkowych objętych ustawową ochroną w organach kierowniczych przedsiębiorstwa, drugą zaś – łączenie funkcji dobrowolnych w związkach zawodowych z wysokimi funkcjami w przedsiębiorstwie.
Nie jest rolą publicysty lewicowego, by wskazywać dokładny kierunek zmian i schemat działań dla związków zawodowych. Bo kto, jeżeli nie zwykli, szeregowi pracownicy, lepiej zna mechanizmy działania firmy? Nikt inny nie będzie potrafił jej uzdrowić. Dlatego też niezwykle budująco brzmi deklaracja Sławomira Redmera, wydana na samym początku strajku: „Jeśli sami nie będziemy potrafili siłami pracowników Poczty Polskiej zmienić sytuacji w naszej firmie, a politycy prawdopodobnie nam w tym nie pomogą, to w rzeczywistości jesteśmy skazani na trwanie w chaosie organizacyjnym i ekonomiczno- finansowym, co w efekcie spowoduje upadek naszej Firmy.”
Związkowcy! To Wy możecie wypracować i wypracujecie rozwiązanie obecnego kryzysu. A my dołożymy wszelkich starań, by Wam w tym pomóc i poprzeć Was w waszej walce.