|
W USA aż 15% dzieci żyje w niedostatku. Dla porównania w Szwecji ten odsetek wynosi tylko 3%. |
| Odsiecz wiedeńska, czyli na pomoc zaborcy |
|
|
| Napisał(a): Piotr Kuligowski [socjalizm.org] | |
| 01.10.2007. | |
|
Gdy w 1683 roku sułtan Mehmed IV postanowił rzucić do walki o Europę swe najpotężniejsze siły pod wodzą wielkiego wezyra Kara Mustafy, żaden kraj zachodnioeuropejski nie był w stanie samodzielnie mu się przeciwstawić. Rozstrzygnięcie przyszło dzięki jednej szarży polskiej husarii. Jan III Sobieski przeszedł do historii jako zwycięzca spod Wiednia, a Rzeczpospolita zaczęła być nazywana „przedmurzem chrześcijaństwa”. Piękny epizod polskiej historii? Niekoniecznie…
Bitwa, która rozegrała się pod Wiedniem była dla Polski zwycięska tylko z punktu widzenia militarnego. Jeśli zaś chodzi o realne korzyści polityczne, nabytki terytorialne czy sojusze, sprawa została przegrana z kretesem. Imperium w stanie rozkładu Dzieje upadku Turcji mogą nieco przypominać dzieje I Rzeczypospolitej. Potężne jeszcze w połowie XVII wieku Imperium Otomańskie zostało w ciągu dwustu pięćdziesięciu lat sprowadzone do roli drugorzędnego państewka, interesującego Europę raczej ze względu na strategiczne położenie niż potencjał gospodarczy czy militarny. Podobnie też jak w Rzeczypospolitej główną przyczyną rozpadu była anarchia wewnętrzna, której skutkiem, a nie przyczyną, stały się najazdy państw ościennych, utrata olbrzymich terytoriów i spadek znaczenia w polityce międzynarodowej. Już za panowania Ahmeda I doszło do buntu janczarów, którzy stanowili nie tyko trzon i elitę armii oraz bezpośrednią ochronę sułtana, ale pełnili też rolę swoistej policji. Oznaczało to, że każde wypowiedzenie przez nich posłuszeństwa stanowiło utratę realnej kontroli nad olbrzymimi obszarami imperium, a co za tym idzie – bunty plebejskie oraz tendencje odśrodkowe na terenach etnicznie nietureckich. A były to dopiero pierwsze symptomy upadku. Sułtan Murad IV wprawdzie opanował w pewnej mierze sytuację, jednak już za rządów Ibrahima I anarchia powróciła ze zdwojoną siłą. Janczarzy, odrzucając zasady skoszarowania, celibat i ograniczenia finansowe, przekształcili się z bractwa religijno – rycerskiego w mafię, działającą na styku polityki, gospodarki i wojska. Szantażowali oni sułtana, a także defraudowali pieniądze pochodzące ze skarbu. Skorumpowani zarządcy prowincji sprzeciwiali się rozkazom sułtana, które dotyczyły np. szkolenia armii czy budowy kosztownych fortyfikacji, a także nie wysyłali pieniędzy pochodzących z podatków lub ceł do Istambułu, trwoniąc je na własne cele. W tej sytuacji, zdając sobie sprawę, że żaden kraj nie wytrzyma zbyt długo takiego stanu rzeczy, podjęto decyzję o rozpoczęciu wojny. Było to prowadzenie polityki na najkrótszą metę, ponieważ spodziewane korzyści nie mogły zrekompensować kosztów wyprawy. Jednak był to jedyny sposób, żeby wyprowadzić janczarów ze stolicy i zmusić prowincje do współdziałania. Taka właśnie była w Imperium Osmańskim sytuacja, gdy sułtan Mehmed IV wyruszał na beznadziejną wyprawę przeciwko Polsce i Austrii. Sprawa Węgier W tym samym czasie na Węgrzech trwało antyhabsurskie powstanie dowodzone przez Imre (lub, jak podają inne źródła, Emeryka) Thököly’ego, który, wbrew polityce prowadzonej przez Jana III Sobieskiego, związał się sojuszem z Mehmedem IV. Nie trafiały do niego argumenty o potrzebie stworzenia koalicji państw chrześcijańskich przeciwko Turcji, która miała grozić eksterminacją wyznawców Jezusa (co było oczywistą nieprawdą). Nie podnoszono tam też histerycznych wrzasków z obawy przed wymordowaniem katolików i kalwinów, czy też niemądrych okrzyków piętnujących wiązanie się sojuszem z pogańską Turcją. Rozumowaniu Thököly'ego trudno odmówić racji. Związanie się sojuszem z upadającym Imperium Osmańskim mogło prowadzić jedynie do osłabienia Austrii. Wiedział on doskonale, że żadna wiktoria nie pomoże już Turcji, która w przedśmiertnych drgawkach może jednak osłabić jego przeciwnika, co byłoby dla Węgier idealnym rozwiązaniem. Z jednej strony Austria po klęsce w wojnie z Mehmedem IV, z drugiej rozsypująca się Porta – ot, precyzyjne, geopolityczne myślenie, któremu trudno cokolwiek zarzucić. Primaaprilisowy sojusz i propaganda Jak w takiej sytuacji zachował się Jan III Sobieski? Przecież polski władca powinien być zorientowany w realiach tureckich. Nawet nie powinien, ale musiał. I zapewne był. Dlaczego więc związał się antytureckim sojuszem z Austrią? Trudno uwierzyć w tezy, jakoby miał on miękkie serce i tylko z tej przyczyny zgodził się na błagania papieża i cesarza Leopolda I. Bowiem Sobieski nie mógł nie pamiętać tego, że w 1672 roku Austria pozostawiła Rzeczypospolitą samej sobie. Postanowienia traktatu też nie przynosiły Polsce jakichś wielkich korzyści. Austria zobowiązała się wyłożyć na koszty prowadzenia wojny 1,2 mln złotych, anulowała długi Rzeczypospolitej z czasów potopu szwedzkiego i zrezygnowała z wszelkich pretensji do polskiego tronu. Ponadto obie strony zobowiązały się wyruszyć na odsiecz w razie zagrożenia Wiednia czy Krakowa oraz prowadzić akcję dywersyjną w wypadku tureckiej agresji na terytorium sojusznika. Oprócz tego postanowiono o zawarciu wspólnego sojuszu z Imperium Osmańskim. Feralny traktat podpisano 1 kwietnia 1683 roku, ale, ponieważ data ta kojarzyła się jednoznacznie z prima aprilis i mogła zostać przyjęta za złą wróżbę, porozumienie postanowiono antydatować na 31 marca. Niektórzy współcześni historycy zapominają o tym fakcie i podają w swych opracowaniach tą drugą datę jako dzień podpisania dokumentu. Co tak naprawdę skłoniło Jana III Sobieskiego do wejścia w antytureckie przymierze, które było nie tylko szkodliwe dla Rzeczypospolitej, ale także zdradzało naszych dotychczasowych sojuszników – Węgrów i było w przewidywalnych konsekwencjach geopolitycznych katastrofalne? Wiadomo, że Sobieski był władcą bardzo ambitnym. Niestety, od początków panowania, a tym bardziej po utracie francuskiego poparcia jego reformy nie znajdowały na sejmach szlacheckich posłuchu. Tylko w jednej kwestii, mianowicie – w wojnie z Turcją w 1683 roku brać szlachecka zaakceptowała plany królewskie. Być może źródłem tej akceptacji był fanatyzm religijny i niechęć Polaków do Turków. Sobieski na pewno nie zapomniał o tym, że drogę do tronu polskiego otworzyło mu sławne zwycięstwo pod Chocimiem. Być może chodziło więc o propagandę? Może król polski sądził, że spodziewana wiktoria wiedeńska przyniesie mu kolejne 5 minut entuzjazmu narodowego, które wykorzysta do realizacji swoich planów? Niestety, nawet najbardziej spektakularne zwycięstwo poza terytorium Rzeczypospolitej nie mogło spowodować eksplozji radości wśród szlachty. Pod Chocimiem chodziło przecież o obronę ojczyzny przed turecką nawałą. Tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę, że niektórzy oczyma wyobraźni widzieli nieprzyjaciół w Krakowie, a nawet Lwowie czy Warszawie, zachowanie szlachty podczas wyboru króla nie dziwi. Dziwi natomiast postawa Sobieskiego. Powinno być dla niego oczywiste, że zwycięstwo zaspokoi w jakimś stopniu szlachecką dumę, ale to zbyt mało. Polacy liczyli na realne zyski natury politycznej. Tych zaś nie było… I być nie mogło! Sytuacja po bitwie Król polski starał się podnieść w oczach Europy rangę wiktorii wiedeńskiej, w której był głównodowodzącym. Wysłał on list do papieża Innocentego XI, w którym napisał, parafrazując Cezara: „Veni, vidi, deus vincit” ("Pzybyłem, zobaczyłem, bóg zwyciężył"). Równie lakonicznie mógł podsumować swoje „dzieło” słowami „zagrażającego uratowałem, nie zagrażającego pokonałem, potencjalnemu sprzymierzeńcowi odebrałem szansę”. 15 września 1683 roku w miejscowości Schwechat doszło do spotkania sojuszniczych wojsk. W obozie panowała bardzo niemiła atmosfera. Polski król już wtedy musiał zdawać sobie sprawę, że przegrał. Żeby zwycięstwo znalazło wystarczający aplauz wśród szlachty w Rzeczypospolitej, powinien on być przez Austriaków noszony na rękach. Tymczasem cesarz Leopold I miał za złe Sobieskiemu, że jako pierwszy wkroczył do Wiednia… Jedyną szansą na wyjście z twarzą z zaistniałej sytuacji było dążenie do sojuszu z Węgrami. Thököly po klęsce wojsk Kara Mustafy gotów był w każdej chwili zmienić alianse, doszukując się w Rzeczypospolitej przeciwwagi wobec agresywnej polityki Habsburgów. Jednak i to się nie powiodło. Wojska litewskie, które nie zdążyły na koncentrację głównych sił sprzymierzonych i nie wzięły udziału w odsieczy wiedeńskiej zajęły się systematycznym plądrowaniem Górnych Węgier. Lecz to także Jan III Sobieski jako doświadczony hetman powinien przewidzieć. Podczas audiencji Polacy poczuli się zlekceważeni. Nie wzięto pod uwagę ich propozycji, która nota bene była ostatnią deską ratunku dla polskiego króla, by królewicz Jakub zasiadł na węgierskim tronie. Później Austriacy zapomnieli o tym, kto był naczelnym wodzem, i nie chcieli przyznać Sobieskiemu zasługi za zwycięstwo. Jakie były więc realne następstwa bitwy pod Wiedniem? Wzmocniona Austria szybko zajęła spustoszone Węgry i zajęła się odbudową swej potęgi. Zwycięstwo to rozwiązało także ręce Rosji, która i tak pod koniec XVII wieku była dla Rzeczypospolitej groźniejszym przeciwnikiem niż Turcja. Z wiktorii skorzystały też Prusy, wyzwalając się ostatecznie spod niewygodnej zależności. Trzy lata później powrócono do koncepcji ligi antytureckiej, by zaś umożliwić w niej udział Rosji, Polacy pod presją Austrii i Rosji zawarli z tą ostatnią tak zwany wieczysty pokój, zwany inaczej traktatem Grzymułtowskiego. Na jego mocy ostatecznie oddano naszej wschodniej sąsiadce tereny, które zatrzymała po rozejmie w Andruszowie. Fatalnym punktem traktatu była zgoda Rzeczypospolitej na niebezpieczną politycznie możliwość ingerowania Rosji w wolność wyznania ludności prawosławnej w Polsce. Dokument ten był pierwszą oznaką uzależniania się naszego kraju od potężnych sąsiadów, którzy starannie dbali o to, by Polska się nie wzmocniła. Co poza tym? Malarze prześcigali się w uwiecznianiu „pogromcy spod Wiednia”, a w kraju odbyło się kilka uroczystości na jego cześć; wszak akademie „ku czci” to nasza narodowa specjalność. Jednakże oprócz solennych podziękowań papieża, kilku podarunków oraz łupów zdobiących później polskie muzea nikt nie spieszył z nagradzaniem Sobieskiego (bo i za co miałby go nagradzać?). O tym, że w polityce nie ma wdzięczności można było przekonać się już dziewięćdziesiąt lat później, kiedy Austria wzięła udział w pierwszym rozbiorze… Przedmurze chrześcijaństwa wczoraj i dziś Wprawdzie od opisywanych wydarzeń minęło już trzysta lat, ale w mentalności Polaków chyba niewiele się zmieniło. W XVII wieku stosy w całej Europie już dogasały, tymczasem w Rzeczypospolitej dopiero zaczynały płonąć. Gdy popatrzymy na pozycję naszego kraju w Unii Europejskiej też łatwo można dojść do wniosku, ze ciągle jesteśmy swoistym przedmurzem chrześcijaństwa. Zamiast brać przykład z innych krajów europejskich, które wychodzą już z zaściankowości i religijnej ciemnoty, dosłownie topimy się w konserwatyzmie, homofobii, ksenofobii i walce z postępowością. Na zachodzie Polak utożsamiany jest z katolickim fanatykiem, który kręci nosem na wszelkie liberalne prawa obyczajowe. Jak bóg przykazał. Trzysta lat temu papież Innocenty XI doskonale wiedział, że jeśli poprosi Sobieskiego o pomoc w walce z Turcją, ten nie zawaha się go posłuchać. W XXI wieku kościół katolicki zakazuje aborcji, eutanazji i innych „bestialstw”. I jak na to reaguje nasz prawicowy parlament? Nie tak dawno toczyła się batalia o zaostrzenie przepisów aborcyjnych w Polsce. Na szczęście prawica tę wojnę przegrała. Dopięła za to swego jeśli chodzi o wliczanie religii do średniej… Od ponad trzystu lat posuwamy się w stronę katolickiego Iranu. I jesteśmy chyba całkiem blisko. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |