Z niczego coś Drukuj Email
Napisał(a): Bojan Stanisławski [socjalizm.org]   
22.03.2008.

 Trudno zaiste jest pisać o niczym. „Nic” zaś nie konicznie musi oznaczać nieistnienia. Np. jedna z przypowiastek góralskich zaświadcza, iż „nic” oznacza tyle co „pół litra na dwóch”. W materii geopolityki „nic” również ma swoje miejsce i to nie od dzisiaj. W katalog oznaczony taką etykietą wchodzi wiele różnych podmiotów, również i państwa, także i te – formalnie – niepodległe. Kiedyś jako „nic” Otto von Bismarck potraktował Bałkany i ukuł na okoliczność tej refleksji ciekawy aforyzm: „Bałkany, czymkolwiek by nie były, nie są warte krwi pruskiego grenadiera”. Wiadomo zaś, że w jego militarystycznej optyce, coś co takiego poświęcenia nie było godne jest materialnym substytutem „nicości”. Historia jednak udowodniła, że rację miał on tylko po części. Bo choć zgromadzone w tym regionie państwa i państewka są rzeczywiście „niczym” jeśli idzie o światową rozgrywkę geopolityczną, to jednak nicość ich okazała się tyle atrakcyjna dla europejskich mocarstw i amerykańskiego żandarma, że podmioty te chętnie angażowały swoje siły i środki w to, by zapewnić temu skrawkowi świata trwały kryzys na każdym polu – politycznym, dyplomatycznym, militarnym i, a jakże, ekonomicznym. Kolejnym aktem tego spektaklu jest tzw. niepodległość Kosowa.

Niepodległość Kosowa – niezależnie od tego ile krajów zakątek ten uzna za państwo – jest tak samo realna jak marzenia Donalda Tuska o cudzie gospodarczym. Nie ma tam żadnego przemysłu, bo resztki tego co zdołał tam zainstalować Tito, by dźwignąć Kosowo i Macedonię z totalnej zapaści; albo zbombardowali wojacy NATO w 1999 roku, albo wysadziło w powietrze UCK. Uprawiać nie bardzo jest co i jak, bo na Kosowo składa się raptem 10 tyś kilometrów kwadratowych, z czego spory kawałek to góry. Nie ma tam nawet plaży. Kolejne miniaturowe państewko, którego absurdalność istnienia jest odwrotnie proporcjonalna do jego rozmiarów to Czarnogóra. Graniczy z Kosowem na zachodzie. Ale tam jest chociaż plaża. Kuriozalny eksperyment oparcia całej gospodarki na plaży właśnie, nie ma szans się powieść, ale kosowscy włodarze podnieśli poprzeczkę. Oni bowiem zorganizują sobie wszystko w oparciu o amerykańską bazę wojskową. Pentagon zamierza bowiem zbudować w niepodległym Kosowie największy ośrodek wojskowy USA w Europie. Już samo to sygnalizuje wszystkim, którzy potrafią kojarzyć elementarne fakty jakość owej niepodległości, której trzonem będzie stacjonowanie obcych wojsk. Nietrudno również domyślić się jakiego typu przemysł będzie rozwijany wokół samej bazy. Zgodnie z wymogami rynku – teren wokół niej zapełni się (jak można przypuszczać) wieloma ekskluzywnymi domkami o różnych kształtach i rozmiarach, ale zadziwiająco podobnym oświetleniu (różowym) i wyposażeniu (młode kobiety). Poza tym znakomitą część generowanych w ten czy inny sposób dochodów państwowych będzie trzeba zainwestować w Hashima Thaci i jego kolegów, którzy konstytuują rząd. Referencje ma koleś niezłe – przywódca terrorystycznego ugrupowania, które – zanim stało się zbrojnym ramieniem amerykańskiego imperializmu – pełniło tę samą funkcję (bez nazwy, flagi, nacjonalistycznego szału itp. ideologicznego osprzętu) tyle, że pod patronatem rozmaitych grup i grupek zajmujących się działalnością kryminalną na gigantyczną skalę. A przestępczość zorganizowana to rodzaj działalności gospodarczej wciąż na Zachodnich Bałkanach podejmowany najchętniej. Cóż. Nie od dziś wiadomo, że najlepsze interesy robi się na styku polityki i biznesu…

Oprócz olbrzymiego potencjału, wyśmienitych przywódców i znakomitej legitymacji międzynarodowej ma też Kosowo jeszcze jeden ważny, jakże niewątpliwy, element – naród. Po tym jak jako osobna nacja wyodrębnili się Bośniacy, Macedończycy i Czarnogórcy niewiele może zadziwić. Czekamy na kolegium lingwistyczne, które powoła język kosowski oraz specjalny sobór historyczny, który odkryje i autorytatywnie orzeknie, iż Filip Macedoński tak naprawdę nie nazywał się Macedoński tylko kosowski, a to historyczne fałszerstwo jest wynikiem komunistyczno-serbskiego spisku. Następną fazą będzie separatystyczne ugrupowanie Metohijczyków.

Zanim jednak te zjawiska i fakty dadzą o sobie znać Bałkany przejdą zapewne kolejną transformację pod imperialnym jarzmem. Serbskie powiedzonko głosi, że „każda wieś chce mieć dziś swoją republikę”. Trudno udomowić mu racji. A absurd ten jest zasługą wszystkich tych, którzy samozwańczo zaklasyfikowali się jako obrońcy cywilizacji autorytatywnie wyznaczający jej standardy. A że te ostatnie najłatwiej wyznaczać właśnie definiując barbarzyńców…

Gehenna zaczęła się pod koniec XIX wieku. Wtedy to mocarstwa europejskie wyzwoliły Półwysep Bałkański mniej więcej w takim stylu (tylko technologia trochę inna) jak dziś USA wyzwalają Irak. A do tego momentu ludność tam zamieszkująca nie miała się może najlepiej, ale – paradoksalnie – nie przeżywała takiego upokorzenia. Była sobie ona wtedy mieszkała gdzieś na prowincji, na obrzeżach Imperium Osmańskiego i tyle. Zakładała wsie, miasta itp. Nie kłóciła się o język, o granice, o kulturową hegemonię, o historię i podobne różności o takim samym stopniu znaczenia jak ubiegłoroczna mżawka z 14 września. W każdym razie nikomu nie przychodziło do głowy ogłaszać swej malowniczej osady stolicą wielkiego kraju. Gdy jednak europejski establishment, (cywilizowany, a jakże!) wkroczył tam swym potencjałem dyplomatycznym i militarnym sytuacja uległa totalnemu przeobrażeniu. Oczywiście, nie z dnia na dzień. Trzeba było wielu lat, kilku wojen, dziesiątek zmian granic i nieodzownych przy obu tych działaniach – czystek etnicznych, by w końcu społeczności bałkańskie wzięły się za łby. A wszystko to pod starannym nadzorem Zachodniej Europy i USA. Przypadek Kosowa pokazuje dynamikę tego procesu niczym w laboratorium. Najpierw wojna i destabilizacja, potem dyplomatyczne manewry, trochę rozmów, w końcu rozstrzygnięcie przy – mniej lub bardziej bezpośredniej - aprobacie tzw. „opinii publicznej”, którą to się oczywiście uprzednio skutecznie urabiało. A wszystko w imię imperialnego interesu. Kosowo nie jest jeszcze tegoż łabędzim śpiewem. I tak z niczego powstaje coś…
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing