Nawrócenie neoliberałów? Drukuj Email
Napisał(a): Agata Rozenberg [socjalizm.org]   
09.05.2009.

Zwiększenie kontroli nad bankami i całym sektorem finansowym – tak oto, zgodnie z przewidywaniami, zabrzmiał końcowy postulat zakończonego niedawno szczytu G20. Konkluzja ta wywołała u obecnych na spotkaniu włodarzy dwudziestu najbogatszych krajów – i rzecz jasna u relacjonujących całą imprezę wielkich mediów -  niezdrowy wręcz samozachwyt. Patrząc na roześmiane twarze Baracka Obamy czy Dmitrija Miedwiediewa odnieść można wrażenie, że oto ludzkość zrobiła gigantyczny krok naprzód, a delegaci na szczyt opracowali zupełnie nowy, lepszy ład. Tymczasem wnioski przedstawione w komunikacie końcowym nie są bynajmniej niczym odkrywczym.

Diagnoza zaprezentowana przez zgromadzonych jest poprawna tylko w niewielkiej części. Zgromadzeni wyszli z założenia, że trwający kryzys nie jest logiczną konsekwencją praw rządzących kapitalizmem, a szaleństwa wolnorynkowej anarchii ostatnich miesięcy to skutek nadinterpretacji zasad wolności gospodarczej względnie ślepej chciwości konkretnych spekulantów i bankierów. Jest to zresztą jedyna interpretacja, na jaką szczyt mógł sobie pozwolić. Nachalnie lansowana po pierwszych zapaściach giełdowych i nacjonalizacjach teza o tym, że kryzys został wywołany przez interwencjonizm państwowy dawno już padła pod naporem niedających się ukryć faktów. Z kolei publiczne uznanie wewnętrznych absurdów kapitalizmu przez prezydentów i premierów czołowych krajów tegoż systemu oznaczałoby w zasadzie podcięcie gałęzi, na której wyżej wymienieni wygodnie siedzą.

Mimo wszystko interesujący jest widok liderów globalnej polityki, którzy pośpiesznie wycofują się z głoszonych wcześniej haseł ograniczania aktywności państwa, liberalizowania handlu i prywatyzowania wszystkiego, co się da. Szczególne wrażenie robi Nicolas Sarkozy, który swój dawny hałaśliwy i prostacki styl promowania neoliberalizmu zamienił na również groteskowy sposób wychwalania interwencjonizmu, ale nie lepsi od niego są przecież – choć może bardziej oszczędni w efektownych wykrzyknikach  – Gordon Brown  czy Dmitrij Miedwiediew. Wszyscy reprezentują tę samą polityczną tradycję, w której cnotą jest bezmyślne zaspokajanie zachcianek bogaczy połączone z atakiem na pracowników na każdym polu. Istotną cechą tego rodzaju myślenia była również ślepa wiara w milczenie tych ostatnich, możliwość utrzymania status quo i dalszego bezkarnego gnębienia najsłabszych. Realizacja tej polityki, opracowanej przez szkołę ekonomiczną z Chicago i jej mniej lub bardziej wiernych naśladowców, kontynuowana była mimo wielu historycznych przypadków, gdy wyczerpana cierpliwość pracowników zaowocowała wielką społeczną eksplozją.

Ten sam scenariusz możemy przerabiać i tym razem, gdyż w związku z kryzysem doszło już na całym świecie do strajków, okupacji zakładów pracy i wielotysięcznych manifestacji. Są to wystąpienia silne i budzące respekt, jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia dopiero z początkiem prawdziwego buntu. Na sztandarach protestujących nadal dominują hasła ekonomiczne – obrony miejsc pracy, nieobniżania płac czy ratowania konkretnych zakładów. Jednak wypadki zaszłe na Węgrzech, Litwie czy Islandii wskazują, że przejście do żądań ustąpienia nieudolnych rządów to tylko kwestia czasu – jak długiego, zależy od konkretnego krajowego kontekstu. Wiedzą o tym również sami zainteresowani, czyli rządzący – i boją się.

Ponownie jak pokazuje historia ruchów masowych, porządne wystraszenie czy to rządu, czy to pracodawcy, okazuje się być najlepszą metodą uzyskania tego, o co się walczy – jeśli nie jedyną prawdziwie skuteczną taktyką. O ile ruch podzielony, wewnętrznie skonfliktowany i mniemający wizji działania chociaż na krótką metę może zostać łatwo ośmieszony i zlekceważony, o tyle większe wystąpienie i głośniejsze wyartykułowanie swoich racji ma znacznie większe szanse powodzenia. A jeśli dzieje się to cyklicznie, na coraz większą skalę, pracownicy mogą nawet sprowadzić na ziemię neoliberalne rządy i zmienić niedawnych fanatyków wolnego rynku w obrońców nacjonalizacji, tak jak stało się to w czasie szczytu G20.

Mamy do czynienia z próbą pacyfikacji ruchu, zanim jeszcze na dobre ten ogarnie się i wyznaczy sobie cele dalsze niż te, które artykułuje do tej pory. Klasa wielkich właścicieli dobrze wie, że zagrażają one jej interesom. Dlatego tak zajadle broni teraz dokapitalizowania Międzynarodowego Funduszu Walutowego, powołania ponadnarodowych instytucji kontrolnych czy ratowania padających sektorów krajowych gospodarek. Wszystko to czyni się po to, by powstrzymać pracowników, zanim ci zaczną zadawać sobie pytania, na ile wiarygodni są nawróceni neoliberałowie i czy korzenie kryzysu nie leżą głębiej, niż się to przedstawia. Jak ponownie uczy historia, skutki takiej refleksji mogłyby być nieobliczalne.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing