|
Jeszcze nie tak dawno głośno było o strajku lekarzy. Kwestia podwyżek do dziś nie została ostatecznie rozstrzygnięta, tymczasem do głosu dochodzi kolejna, niezadowolona ze swojej sytuacji, grupa społeczna – nauczyciele.
25 października ZNP udało się zorganizować pikiety pod 14stoma różnymi urzędami wojewódzkimi w kraju. Pracownicy oświaty wciąż bezskutecznie domagają się podwyżek. Odchodzący rząd obiecał, że zapis dotyczący obniżenia kwoty bazowej, na podstawie której ustala się pensje, zostanie poprawiony przez następny parlament. Donald Tusk obiecał przecież, że już niedługo „nasze dzieci uczyć będą dobrze zarabiający nauczyciele”. Szef ZNP – Sławomir Broniarz - domaga się więc spotkania z nowym premierem i rozmów o przyszłorocznym budżecie. Tym razem nauczyciele nie dadzą o sobie zapomnieć. Od wielu lat już są bowiem jedną z najgorzej opłacanych grup zawodowych w Polsce. Zarobki w granicach 1200 zł, są absolutnie niewspółmierne do wiedzy i wykształcenia pracowników. Nie raz zdarza się, że nauczyciel po 5 latach studiów, z dyplomem w ręku zarabia mniej aniżeli ekspedientka w sklepie lub poseł po zawodówce, który miesięcznie zarabia do 13 tysięcy złotych. Od 1980 roku, kiedy to nakazano nauczycielom zacisnąć pasa, wiele razy już wychodzili na ulice domagając się godnych zarobków. Za każdym razem otrzymywali obietnice podwyżek po czym szybko zostali zapominani przez polityczne elity. Tym razem jednak nauczyciele zdają się być zdeterminowani. Słychać coraz częstsze głosy o zaostrzeniu strajku. Skoro uliczne protesty i pikiety nie wystarczają, czas, na wzór lekarzy, odejść od uczniowskich ławek, przestać wydawać świadectwa, zbojkotować egzamin maturalny. Chociaż odbije się to bezpośrednio na samych uczniach, wielu nauczycieli uważa, że jedynie tak radykalne działania są szansą na jakiekolwiek zmiany. W innym wypadku rząd będzie w nieskończoność odwlekał problem i tłumaczył się mało wiarygodnymi argumentami. Na co jednak wielu zwraca uwagę środowisko nauczycielskie jest wciąż podzielone. Jedni optują za kontynuowaniem pikiet i podwyżką o 50%. Inni widzą potrzebę radykalizacji protestu i żądają 100% wzrostu wynagrodzeń. Kolejnym problemem są pozostali pracownicy oświaty – chodzi tu min. o administrację. Wielu z nich ma pretensje do nauczycieli, że dbają jedynie o własne interesy, zapominając o swoich kolegach, których pensje są jeszcze niższe, a którzy także mają do wyżywienia swoje rodziny. ZNP domaga się od nich poparcia strajku, nie wysuwając jednocześnie w ich imieniu żadnych postulatów. Pojawiają się więc apele o potrzebie zjednoczenia i wspólnej walki wszystkich pracowników oświaty – nie tylko nauczycieli. Podziały w ruchu szybko mogą przyczynić się nie tylko do klęski akcji protestacyjnej ale też do wewnętrznych sprzeczek i oskarżeń.
Dziś, tymczasem, kiedy nadarza się szansa na realną zmianę nie można pozwolić sobie na jakiekolwiek kłótnie. Sytuacja wymaga wypracowania wspólnego frontu walki o godne życie. Potrzebna jest dobra i skuteczna organizacja. Nauczycielom nie wolno zapominać, jak wielu ich koleżanek i kolegów dzieli z nimi codzienne trudy w pracy. Razem nie pozwolą zapomnieć o sobie rządowi, a jeśli ten po raz kolejny postara się zrobić unik, edukacja milionów polskich uczniów stanie pod znakiem zapytania. |