Śmierć Prezydenta - 85 lat po zamachu Drukuj Email
Napisał(a): Przemysław Prekiel [PPS]   
19.12.2007.

 W grudniu 1922 roku rozegrała się jedna z ciemnych kart w polskiej historii. Wówczas to nacjonalista-fanatyk, Eligiusz Niewiadomski, zastrzelił przy wejściu do warszawskiej galerii „Zachęta” prezydenta Gabriela Narutowicza. 16 grudnia minęła okrągła rocznica tego wydarzenia.
Kim był Narutowicz? Urodził się na Żmudzi w 1865 roku, studiował na Uniwersytetach w Petersburgu i Zurychu, nie mogąc wrócić do kraju (ze względu na carski zakaz) postanowił poświęcić się nauce na emigracji. W latach 1908-1920 był profesorem na Politechnice w Zurychu, jako ekspert od hydroenergetyki. Po wojnie 1920 r. współpracował z dwoma rządami, obejmując teki: ministra robót publicznych oraz ministra spraw zagranicznych.

W 1922 roku marszałek sejmu, Maciej Rataj, uroczyście ogłosił, iż po raz pierwszy w historii będzie wybierany Prezydent RP. Dziś robią to bezpośrednio obywatele, wtedy to Zgromadzenie Narodowe miało wybrać głowę państwa. Wydawało się, że raczej na pewno będzie to kandydat prawicy zjednoczonej w Chrześcijańskim Związku Jedności Narodowej. Posiadała ona zdecydowaną większość, jednak przyszłość miała znów spłatać jej figla.

Poseł Stanisław Thugutt z PSL „Wyzwolenie” wysunął kandydaturę Narutowicza i to głównie poparcie jego klubu pozwoliło na taki wynik głosowań. W ostatecznym rozrachunku przeważyły głosy PSL „Piast” Witosa, którego po głosowaniu prawica uznała za zdrajcę – chociaż partia ta była typową reprezentacją interesów chłopstwa, a nie żadną organizacją rewolucyjną.

Dodajmy, że głosowania (było ich pięć) były bardzo zacięte i podsycane nienawiścią. W jej eskalacji celowała, jak zwykle zresztą, prawica. Sympayzujące z nią media mówiły o przyszłym prezydencie per „Żyd”, „mason”, „antypolak” itd. Mimo zamocowanej i intensywnej propagandy większość głosów – 280 – padła za Narutowiczem, 227 za hrabią Maurycym Zamoyskim.

Jeszcze tego samego dnia cała prawica rozpoczęła walkę przeciw nowo wybranej głowie państwa. Na demonstracjach ulicznych faszyzująca młodzież pod wpływem prawicowych posłów (szczególnie znamienne są tu wypowiedzi gen. Hallera) rozbijała witryny żydowskich sklepów i siała ogólną konsternację wśród mieszkańców Warszawy. Sami warszawiacy różnie reagowali na ten wybór – część uległa propagandzie kleru i prawicy, inni twierdzili, że Narutowicz jest mężem stanu i sprosta urzędowi Prezydenta.

Przez cały okrągły tydzień do zaprzysiężenia, w prasie prawicowej pojawiały się szkalujące Narutowicza artykuły. Prezydent Narutowicz tak komentował te oskarżenia: „ja jestem patriotą, ale nie takim, co zachwyca się polskością obrażając mniejszości z którymi nam żyć wypada? Nienawiść czy tolerancja? Codzienna solidna praca, a nie frazesy! Jakież to zasady cechowały ten naród przez stulecia? Dookoła metodą walki politycznej był sztylet i trucizna, a u nas nie! W Polsce nie adoruje się władców, nie zapala im się kadzideł, czasem obraża, ale się ich uznaje!”. Trzeba przyznać, że Narutowicz prezentował cokolwiek wyidealizowaną wizję dziejów Polski zapominając o wielu okresach tej tezie ewidentnie przeczących. Do tego Prezydent rezygnował z ochrony, oddał swój pistolet, nie wybrał innej trasy przejazdu do Sejmu na zaprzysiężenie, narażając się na niebezpieczeństwo.

Można by pomyśleć, że świeżo obrany prezydent był wywrotowcem, głoszącym zdecydowanie lewicowe hasła, zdeterminowanym do wykorzystania swoich wątłych przecież prerogatyw do budowy w Polsce socjalizmu... Nic z tych rzeczy. Sam określał się jako „postępowy liberał” i radykał, który nie utożsamia się z żadną partią polityczną w Polsce. Jego program w skrócie można nakreślić jako pojednawczy - chciał porozumienia wszystkich stron w parlamencie, choć było to niemożliwe do zrealizowania, przede wszystkim ze względu na postawę sił prawicowych.

Nadszedł 16 grudnia. Prezydent po złożonej wizycie u kardynała Kakowskiego postanowił, jak już wcześniej ustalił, udać się na otwarcie wystawy dzieł sztuki do Zachęty. Podczas rozmowy z angielskim posłem, który powiedział: „Serdecznie gratuluję wybory panu Panie Prezydencie”, Narutowicz słusznie zauważył: „W moim przypadku należy mi chyba współczuć”. Chwilę później dosięgły go kule zamachowca.

Sam Niewiadomski po dokonaniu morderstwa zachowywał się spokojnie i poddał się policji; uspokajał naocznych świadków, że już więcej strzelać nie będzie, a na procesie sam oznajmił: „skruchy nie wyrażam”. Został skazany na karę śmierci. Nowy prezydent, Stanisław Wojciechowski, wcześniej polityk PPS, następnie członek PSL „Piast” nie skorzystał z prawa łaski - wyrok wykonano 31 stycznia 1923 roku.

Kolejnym aktem politycznej hipokryzji i bezczelności było to, co prawica zrobiła po śmierci Niewiadomskiego. Czczono jego imię, odprawiano msze za jego duszę, kreowano go na bohatera narodowego. Kościół otwarcie przyznawał się więc do wsparcia ataku na demokrację, do zaakceptowania metod otwarcie sprzecznych z ewangelicznym chrześcijaństwem w imię zachowania własnych czysto materialnych interesów. Warto przypomnieć, że dziś prawica bardzo chętnie wyciera sobie twarz właśnie „demokracją”. To jej specjalność – zarzucać lewicy to co sama czyni.

Śmierć Prezydenta Narutowicza była efektem działań polskiej prawicy. Tragedia ta jest jednym z wielu dowodów, na stosunek jaki prawica ma do demokracji i jej głównych założeń. Mimo, iż od tego czasu minęło ponad 85 lat, nawet dziś polscy narodowcy uważają zabójcę za bohatera, który wykonał ciężką rzecz, ale dobrze przysłużył się Polsce! Najlepszym na to przykładem jest książka prof. Macieja Giertycha, który w swojej książce pt. „Dmowski czy Piłsudski?” zastanawia się, czy ten mord polityczny nie był zaplanowany i po myśli samego Piłsudskiego z pomocą lewicy! Widać więc, że nadal istnieją w Polsce niebezpieczne elementy proendeckie, z którymi cała lewica i ruch pracowniczy ma obowiązek walczyć.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing