Marks na końcu historii Drukuj Email
Napisał(a): Jan Szymczyk [socjalizm.org]   
01.06.2009.

Kres mrzonek Fukuyamy

Na początku lat dziewięćdziesiątych, po upadku bloku wschodniego, prawicowi ekonomiści i w ogóle orędownicy kapitalizmu z triumfem obwieścili, że oto „skończyła się historia”. Wszyscy żyć mieli szczęśliwie w najlepszym z możliwych systemów politycznych – liberalnej demokracji parlamentarnej oraz w najlepszym systemie ekonomicznym – kapitalizmie. Bo w końcu… There is no alternative[1]. Wątek ten podchwyciły media i politycy wszystkich opcji, w tym socjaldemokraci.

Dziś – dwadzieścia lat po upadku muru berlińskiego widzimy skuteczność tych przepowiedni.

Miliony bezrobotnych, zapaść najważniejszego sektora dzisiejszej ekonomii – banków, nawet perspektywa bankructw niektórych krajów… a to dopiero początek. Życie na tym "najlepszym z możliwych światów" powoli staje się wolterowską kpiną, coraz bardziej gorzką. We wszystkich mediach, zachowujących minimum odpowiedzialności (mediów polskich żadną miarą nie da się do tego grona zaliczyć) wrze dyskusja nad iście leninowskim pytaniem: co robić? W dyskusji tej padają różne mniej lub bardziej nierozsądne pomysły, które w najlepszym wypadku (jak plan Obamy) odsuną tę, największą od lat trzydziestych ubiegłego wieku, recesję o kilka lat kosztem gigantycznego zadłużenia co spowoduje jeszcze bardziej dotkliwy kryzys w jeszcze mnie odległej przyszłości. Co bardziej rozważni komentatorzy wskazują, że powtórzenie „New Dealu”, czy stosowanie kynesowskich pomysłów nie jest receptą na kryzys, na to jest już za późno o co najmniej 30 lat. W tej ekonomicznej burzy mózgów czasami przebijają się słowa „Marks”, „socjalizm”, „planowanie gospodarcze”, zupełnie nie do pomyślenia jeszcze w połowie ubiegłego roku.

Okazuje się, że wyśmiewany i pogardzany marksizm jest dzisiaj jedyną spójną doktryną tłumaczącą obecną rzeczywistość, co potwierdzają niektórzy eksperci głównego nurtu, których o sympatie socjalistyczne posądzić nie sposób. W obliczu tego co absurdalne są stwierdzenia czołowych neoliberalnych ekonomistów, że kryzysu nie dało się przewidzieć. To mniej więcej tak, jak z drogowcami, których co roku zaskakuje zima… Wystarczy jednak sięgnąć choćby do niedługiej broszury Karola Marksa „Praca najemna i kapitał”, żeby przekonać się, że naprawdę nietrudno jest przewidzieć kryzys.

Kryzys, czyli co wypadałoby, żeby ekonomiści wiedzieli

Gospodarka wolnorynkowa opiera się na swobodnym obrocie towarami i usługami, które zapewniają właściciele tzw. środków produkcji. Ci z kolei przy pomocy posiadanych przez siebie fabryk, firm, zakładów usługowych, maszyn etc. chcą osiągnąć maksymalny dochód. Żeby go osiągnąć, potrzebują pracowników najemnych, którzy ów towar wytworzą, aby został sprzedany i przyniósł zysk. Różnica pomiędzy kosztami zatrudnienia pracownika, kosztami amortyzacji maszyn lub ewentualnych inwestycji a przychodem ze sprzedaży towaru wędruje do kieszeni kapitalisty. Problem stanowi właśnie stopa zysku, gdyż jest ona zasadniczo zawsze, zbyt niska z punktu widzenia właściciela. Bo podatki, bo ceny rosną, bo inflacja… i tak wymieniać mogą bez końca. Należy wtedy albo zmniejszyć koszty, albo zwiększyć produkcję. Kosztów nie da się ciąć w nieskończoność, dlatego też trzeba stawiać na rozwój.

Tak wygląda skala mikro, przekładając to na skalę makro z każdym rokiem zwiększa się całkowita ilość wyprodukowanych dóbr – stąd tak fetyszyzowany przez rządy przyrost PKB. Jeżeli więc ów przyrost wynosi 5%, to oznacza to, że w ciągu 20 lat ilość wyprodukowanych dóbr wzrośnie ponad 2,5 krotnie, pytanie tylko kto będzie je nabywał. Głównym nabywcą są pracownicy najemni stanowiący około 80% społeczeństwa a zatem sprowadza się to do tego, że kupują oni to, co sami wyprodukowali. Nie mogą oni się jednakowoż pochwalić ponad dwukrotnym wzrostem dochodów w ciągu 20 lat, wobec tego rodzi się dylemat za co zakupić towar, skoro nie ma wystarczającej ilości pieniądza? Towar wyprodukowany w jednym kraju nie musi być właśnie tam sprzedawany, należy więc eksploatować nowe rynki zbytu a jeżeli się nasycą, to z pomocą przychodzi bank i kredyt, który pozwala na nowe inwestycje i zwiększanie produkcji, by zwiększyć konkurencyjność. Marks pisał, określał kredyt jako instrument umożliwiający tymczasowe przekroczenie ram wyznaczanych przez rynek. Ów "zagraniczny wypad" nie pozostaje jednak bez konsekwencji.

Tani, łatwo dostępny kredyt pobudza wzrost inwestycji, zwiększa się zatrudnienie, w skali makro zwiększa się więc ilość pieniądza na rynku i wszystko wydawałoby się idzie ku lepszemu. Jednak, jak już sygnalizowano, ten wzrost nie idzie w parze ze wzrostem realnej siły nabywczej w społeczeństwie, która, co prawda, zwiększa się ale nie w takim stopniu. Znów z "pomocą" przychodzi bank ze swoim kredytem, tym razem dla odbiorcy indywidualnego (pracownika), może on teraz swobodnie przeznaczyć go na zakup potrzebnych towarów, na które bez niego musiałby odkładać pieniądze przez lata.

Kredyt konsumpcyjny jeszcze mocniej nakręca spiralę. Więcej pieniędzy – większy popyt – więcej inwestycji – więcej towarów – więcej kredytów – większy popyt – więcej inwestycji... W szale kredytowym poprzedzającym tę zapaść pożyczki brali wszyscy, a banki udzielały je niemal każdemu. Aby zaś mieć z czego pożyczać, zaczęły między sobą brać pożyczki pod zastaw umów kredytowych, czyli obietnic spłat zaciągniętych u nich kredytów. Proceder taki kwitłby może do dziś, gdyby ktoś w końcu nie zadał głupiego pytania – „zaraz, zaraz, a ile te kwity są warte?”.

Okazało się, że niewiele bowiem wartość zobowiązań kredytowych przekraczała ilość towarów na rynku, a ta z kolei okazała się zbyt duża, aby rynek mógł ją wchłonąć i… pojawiła się nadprodukcja. Coś co jeszcze wczoraj było magazynem pełnym skarbów, dziś okazuje się magazynem pełnym śmiecia, którego nikt nie kupi. Kapitaliści ograniczają produkcję, zwalniają pracowników, ci kupują mniej – spada popyt, co ciągnie za sobą kolejne zwolnienia. Ten scenariusz powtarza się średnio raz na kilka, kilkanaście lat i za każdym razem ekonomiści są zaskoczeni chociaż globalny plan produkcyjny byłby w stanie rozwiązać sprawę, ale to trzeba by poczytać lewicowych ekonomistów. Ostrożna analiza prowadzi do jednego tylko wniosku – mamy do czynienia z klasycznym kryzysem nadprodukcji, który Karol Marks opisał w sposób nader wyczerpujący. Dziś trzeci tom „Kapitału” wydaje się być jedną z najbardziej aktualnych rozpraw ekonomicznych, przy którym nie tyle bledną, co wręcz zapadają się w bezkresie swej bezmyślności opracowania współczesnych "ekspertów".

Mit społeczeństwa bezklasowego w kapitalizmie

Po niewczasie wracają też zapomniane przez media głównego nurtu pojęcia takie, jak „klasa pracownicza” i „kapitaliści”. To dość symptomatyczne, bo w ciągu ostatnich kilkunastu lat, z uporem godnym lepszej sprawy, wmawia się wszystkim, że nie ma czegoś takiego jak sprzeczności klasowe, a wszyscy, od najbiedniejszych po najbogatszych, stanowimy jedność i przyświeca nam ten sam interes – stać się bogatszymi.

Warto wspomnieć, że te idee święcą triumfy przede wszystkim na polskich uniwersytetach, gdzie zdecydowana większość, zarówno studentów jak i akademików, jest święcie przekonana, że po ukończeniu nauki będzie albo pracować na swoim i trzepać kasę albo w jakiejś prywatnej firmie i też zarabiać duże pieniądze. Nawet przy założeniu, że myślenie życzeniowe ma realne przełożenie na codzienność (teoria liberalna), to niemal we wszystkich przypadkach rozbijać się ono będzie o brutalną rzeczywistość ekonomiczną. Większość studentów i tak zasili szeregi pracowników najemnych.

Tuszowanie różnic klasowych przez media nachalną propagandą nie ma prawa sprawdzić się podczas kryzysu. Nie można bowiem utrzymywać, że człowiek człowiekowi jest bratem, w momencie, gdy tym bardziej staje się wilkiem. Kapitalizm właśnie w takich chwilach wymusza na ludziach prowadzenie szczególnie brutalnej walki o przetrwanie, przy użyciu wszelkich oferowanych przez wolny rynek środków i instrumentów. Kryzys zwiększa konkurencję pomiędzy pracownikami, ich wzajemną niechęć jako potencjalnych konkurentów ale także – paradoksalnie – umacnia w nich poczucie jedności klasowej Pracownicy powoli definiują, kto jest ich prawdziwym wrogiem, stąd wznoszone na coraz częstszych  demonstracjach hasła: „nie będziemy płacić za wasz kryzys”, „niech zapłacą szefowie”.

Taka sama sytuacja występuje również po drugiej stronie barykady. Pracodawcy, pomimo że są zażartymi konkurentami, jednoczą się by za wszelką cenę przeciwdziałać dążeniom pracowników do podnoszenia wynagrodzeń lub obrony wywalczonych dotąd praw. W dobie kryzysu nawet wspierają się, aby te wynagrodzenia obniżać.

Rodzi się jednak pytanie, dlaczego pomimo faktu, że właściciele/szefowie stanowią niewielką liczebnie klasę, ich pomysły mogą zostać zrealizowane przy społecznym poparciu lub bez niego? Znów kłania się Marks. Burżuazja – modny w czasach Marksa termin – jest klasą rządzącą. Posiada kapitał, kontroluje gospodarkę, ma de facto większy wpływ na politykę, niż obieralni przedstawiciele rekrutujący się w zdecydowanej większości właśnie z jej szeregów.  Logicznym wnioskiem więc jest, iż państwo jako struktura, kontrolowane przez klasę posiadającą, będzie reprezentantem jej interesów. Wnioskując dalej – państwo nie jest neutralne w konflikcie między pracownikami a pracodawcami. Czy wyobraża sobie ktoś sytuację, w której policja wpada do biura właściciela firmy i żąda od niego podwyżek dla pracowników? Widok policji pacyfikującej strajkujących jest natomiast widokiem jeżeli nie powszechnym, to cokolwiek tradycyjnym. To tylko jeden z przykładów ukazujących w jaki sposób państwo utrzymuje status quo korzystny tylko dla rządzących. Państwo więc reprezentuje interesy jakichś pięciu procent społeczeństwa. Skąd zatem wynika akceptacja ich  pomysłów i działań przez ogół obywateli? Medialna propaganda, wybijająca się na wyżyny skuteczności na dłuższą metę nie jest w stanie przekonać pracownika, że cytując "klasyka" „białe jest białe a czarne jest czarne”.

Jest bowiem jeszcze trzecia klasa społeczna, mianowicie drobnomieszczaństwo. Liberalni ekonomiści, jeżeli już przyjmują istnienie czegoś takiego jak klasy społeczne, nazywają ją „middle class” i zaliczają doń ok. 50% społeczeństwa z racji wyłącznie ilości posiadanych przez nich środków finansowych[2]. Drobnomieszczaństwo jest jednak czymś zgoła innym, to klasa, posiadająca niewielkie środki produkcji – lokale, zakłady rzemieślnicze, zatrudniająca kilkunastu pracowników, albo pracująca na swoim. Są to zatem detaliści, drobni hurtownicy, handlowcy, detaliczni usługodawcy itp., którzy aspirują do bycia burżuazją. Istotnie niektórzy z nich przechodzą do klasy wyżej, tak samo, jak i burżuazja czasami się deklasuje. Większość z nich burżuazją się nie stanie i stać się nie może, właśnie z racji jej niewielkiego stanu posiadania, którego powiększanie jest skutecznie blokowane przez olbrzymią przewagę klasy posiadającej, dla której nowa konkurencja na ich poziomie wiąże się ze zmniejszaniem własnego stanu posiadania. Stąd w warstwie werbalnej drobnomieszczaństwo jest zachęcane do bogacenia się, a w warstwie praktycznej, przy pomocy nierównej konkurencji, zwalcza się jego aspiracje, powodując nawet spychanie  w szeregi pracowników najemnych (vide – hipermarkety, które spowodowały upadek wielu małych sklepów). Niemniej drobnomieszczaństwo zachęcane sygnałami płynącymi z góry i pojedynczymi przypadkami realnego awansu akceptuje burżuazyjne pomysły, nawet te ryzykowne, upatrując w nich szansy na zwiększenie własnych szans na wzbogacenie się.

Te trzy klasy pozostają wobec siebie w różnych konfiguracjach. Burżuazja i drobnomieszczaństwo wspierają się w warstwie werbalnej z racji wspólnego celu – maksymalizacji zysków, a jednocześnie zwalczają się w walce ekonomicznej. Drobnomieszczaństwo w sposób istotny przykłada się do wyzysku klasy pracowniczej, ale jednocześnie świadczy jej usługi (odpłatne oczywiście). Klasa pracownicza zaś sprzedaje swoją pracę drobnej i wielkiej burżuazji by uzyskać pieniądze, które przeznacza na zakup, wytworzonych de facto przez siebie, dóbr i usług.  Na wyzysk ze strony wielkich właścicieli odpowiada strajkami, na drożyznę ze strony drobnomieszczańskich detalistów odpowiada bojkotem. W takiej konfiguracji ekonomicznej te trzy klasy, pomimo, że zwalczają się, nie mogą bez siebie istnieć. Jeżeli nie byłoby na przykład dużych prywatnych firm czy fabryk, w momencie gdy państwo wycofało się z udziału w gospodarce – istotna część dóbr nie mogłaby być wyprodukowana, a pracownicy nie mieliby komu sprzedawać swojej pracy, nie mieliby więc pieniędzy na zakup dóbr oferowanych przez drobnomieszczaństwo. Przy braku pracowników najemnych burżuazja nie byłaby w stanie niczego wyprodukować, a nawet gdyby, to nie mogłaby tego nikomu sprzedać, tak samo zresztą jak drobnomieszczaństwo.

Nawet jeżeli nie widać tego na co dzień, to nawet przy wytoczeniu najcięższych dział propagandy liberalnej nie da się zaprzeczyć temu, że walka klas trwa. Jej najbardziej widocznym przejawem jest wciąż rosnąca na świecie fala strajków, pracownicy mówią „dość” wyzyskowi, podczas gdy druga strona wciąż stara się wyzysk uskuteczniać, teraz jako usprawiedliwienie podając kryzys. Ale to paradoksalnie właśnie dzięki temu kryzysowi skończy się tendencja do rezygnowania przez pracowników z wywalczonych praw, które systematycznie od 30 lat są im wydzierane.

Nie jesteśmy bynajmniej „końcu historii” ona wciąż trwa, jest to jednak zwiastun początku końca międzynarodowego kapitalizmu, którego dekadencki, neoliberalny wymiar okupiony został nie tylko ogromną ilością krwi i potu pracowników na całym świecie, ale i ich stratą godności – poniżeniem nieporównywalnym do tego, jakiego doświadczali przez ostatnie 100 lat.

Historia się nie kończy, a widmo krąży, nie tylko nad Europą... Czy nabierze realnych kształtów? Zależy to od nas wszystkich, od naszej woli politycznego działania.

Przypisy:
1. Z ang. Nie ma alternatywy – słynne powiedzenie M. Thatcher.
2. Choć „The Economist” w swoim wydaniu z 12.02.2009 roku, w artykule zatytułowanym „Dwa miliardy burżujów więcej” („Two billion more burgeois”) do burżuazji zalicza każdego, czyj dochód przekracza 10 dolarów amerykańskich dziennie, co zakrawa nie tyle na kpinę co obrazę zdrowego rozsądku.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing