|
Kancelaria prezydenta Kaczyńskiego wydała od stycznia do kwietnia 2007 76609 zł na alkohol. Biorąc pod uwagę wysokość płacy minimalnej w Polsce są to pieniądze, które ubodzy robotnicy zarobią w ciągu 5 lat. |
| Liberum veto |
|
|
| Napisał(a): Piotr Kuligowski [socjalizm.org] | |
| 24.09.2007. | |
„Bodajbyś z piekła nie wyszedł, któryś zarządził takie nieszczęście” – słowa te miał wypowiedzieć jeden z senatorów podczas pamiętnego sejmu w 1652 roku, gdy marszałek Maksymilian Fredro przeczytał weto posła ziemi upickiej Władysława Sicińskiego. Było to pierwsze liberum veto w historii polskiego parlamentaryzmu. Posłowie odpowiedzieli dwukrotnym „Amen!”. W ten sposób nieszczęsny W. Siciński przeszedł do historii jako „upiór z Upity”. Adama Olizara, pierwszego posła, który zawetował sejm koronacyjny prawie nikt już dziś nie pamięta. Tadeusza Rejtana uważa się dość powszechnie za wzór polskiego patrioty, mimo, że gdyby mógł, chętnie zawetowałby sejm rozbiorowy. Dlaczego akurat posła z Upity uważa się za niszczyciela polskiego parlamentaryzmu? Przecież choroba toczyła sejmy szlacheckie od dawna. Od zawsze istniały bowiem konflikty interesów, a zasada jednomyślności nie sprzyjała zgodzie. Posłowie wyjeżdżający na sejm reprezentowali dany region, którego interesy przedkładali nad interesy Rzeczypospolitej. Bardzo często dochodziło więc do bójek i awantur. Nieraz dawało się przekonać opozycyjną grupę posłów do zmiany swego stanowiska, nieraz nie… Zasady jednomyślności szlachta dopatrywała się w złotej wolności szlacheckiej, zapisanej w konstytucji Nihil Novi z 1505 roku. Rzeczypospolita w XVI i XVII wieku stanowiła federację ziem, więc uznawanie decyzji większości wbrew woli mniejszości uchodziło za łamanie zasady równości ustrojowej. Nie istniał wtedy aparat egzekucji prawa utrzymywany z podatków, więc za zasadą liberum veto szły istotne względy praktyczne. Wyłamanie się nawet jednego powiatu mogło spowodować niepokoje wewnętrzne czy wręcz wojnę domową. Warto dodać, że wbrew powszechnemu poglądowi zerwanie sejmu nie polegało na wypowiedzeniu formuły „liberum veto”, tylko „sisto activitatem” (z łacińskiego „wstrzymuję czynność”). Ciekawe jest też to, że przy wetowaniu ustawy poseł nie musiał podawać żadnych konkretnych przyczyn takiego działania. Nie musiał on też korzystać z prawa veta na oczach tłumów. Wystarczyło, że przedstawiał on swój sprzeciw na piśmie, a na uzasadnienie pisał: „Bom poseł wolny, bo takie jest moje zdanie, bom się ze swego zdania nikomu nie powinien sprawować”. W. Siciński w rzeczywistości nie zerwał obrad sejmu, a jedynie nie pozwolił na ich bezprawne przedłużenie. Sejmy szlacheckie zgodnie z ówczesnym prawem powinny trwać najwyżej 6 tygodni, jednak w połowie XVII wieku znacznie przedłużały się. Zdarzało się tak, ponieważ spóźnieni posłowie przyjeżdżali nieraz już w trakcie ich trwania i sprzeciwiali się podjętym wcześniej uchwałom. W takich sytuacjach nierzadko dochodziło do rękoczynów. W trakcie pamiętnego sejmu z 1652 roku, w sobotę 9 marca, późnym wieczorem kanclerz Leszczyński poprosił o przedłużenie obrad sejmu, gdyż do uchwalenia pozostały jeszcze podatki na wojsko. Wtedy zabrał głos Władysław Wiktor Siciński, poseł powiatu upickiego: „Ja nie pozwalam na prolongację!”, po czym wyszedł z sali. Postanowiono jednak przełożyć obrady na poniedziałek licząc, iż młody poseł powróci do izby i cofnie protest. 11 marca marszałek dwukrotnie wywoływał powiat upicki. Bezskutecznie. Wtedy wojewoda brzesko – kujawski przeklął uroczyście Sicińskiego, a posłowie volens nolens rozjechali się do domów. Siciński wetując przedłużenie obrad trzymał się ściśle instrukcji sejmiku. Był zapewne przekonany o słuszności swej decyzji, choć jako klient Janusza Radziwiłła nie działał raczej dla dobra Rzeczypospolitej. Po pamiętnym wecie uciekł on do domu, nie przypuszczając pewnie, że imię jego zrówna się z imionami najgorszych złoczyńców. Niebawem w Wilnie rodzice i rodzeństwo Sicińskiego zginęli od uderzenia pioruna. Wniósł on do „polskiej choroby sejmowej” niebezpieczną nowość – pokazał, że głos jednego posła wystarczy, aby obrady sejmu zakończyły się fiaskiem, a poprzednie uchwały przepadły. Mimo to, szlachta potrzebowała jeszcze 17 lat, by w pełni nauczyć się korzystania z prawa veta. W tym czasie spadła na Rzeczypospolitą lawina nieszczęść – potop szwedzki, wojny z Rosją, Turcją i Siedmiogrodem. W 1669 roku Marcin Zamoyski chciał zerwać sejm koronacyjny. Szlachta tego veta nie przyjęła, gdyż, jak pisali współcześni „wynikało ono ze sprawy czysto prywatnej”. Ale już kilka miesięcy później, po zaprzysiężeniu marionetkowego króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego pojawiła się szansa na liberum veto. Sejm obradował celem uchwalenia prawa przeciwko posłom, którzy chcieliby zrywać obrady. Ksiądz podkanclerz Andrzej Olszewski, główny doradca nowego króla radził, by „zrywacza” pozywać przed trybunał lub sąd nadzwyczajny izby poselskiej. Nie udało mu się, niestety, znaleźć poparcia. W piątym tygodniu obrad szlachcic z województwa ruskiego Adam Olizara zgłosił, w imieniu szlacheckiej braci z Ukrainy, swoje liberum veto i odjechał. A. Olszewski apelował wprawdzie, aby ten sprzeciw odrzucić, ale jego błagania nie znalazły odzewu. Po raz pierwszy zatriumfowała idea veta zgłaszanego przez jednego posła, które stawało się wiążące dla wszystkich, powodowało anulowanie wcześniejszych ustaw i zakończenie obrad sejmu. „Nierządem Polska stoi” pisał później Wacław Potocki. „Nigdzie w świecie tak nie bywa, ale w Polsce jedna jaskółka stwarza wiosnę” – to słowa uczonego z Prus Książęcych Krzysztofa Hartknocha. „Chociażby poseł, wychodząc z protestacją, wtrącił Rzeczpospolitą szalonym zuchwalstwem swojem w wielkie przygody i w ogromne niebezpieczeństwa, chociażby ginąć wypadło, należy przecież złożyć w ofierze raczej życie i ocalenie, niżeli wolność, nabytą przez przodków tak wielkim szafunkiem krwi” – pisał niejaki Zaremba, sędzia ziemski sandomierski. Od 1669 roku liberum veto stało się regułą. Ogółem w XVII i XVIII wieku z niczym rozjechały się 73 sejmy. W 1688 roku posiedzenie zostało zerwane jeszcze przed obraniem marszałka. Za Augusta II Mocnego cztery zakończyły się uchwałami, za Augusta III juz tylko jeden (sic!). Nie ma co się dziwić, że Krasicki pisał później ironicznie: „Nie byłoć, prawda, rządów, lecz było wesoło.” Najczęstszymi „zrywaczami” sejmów szlacheckich byli posłowie z ziem litewskich, Rusi i Ukrainy. W ten sposób doszło w Rzeczypospolitej do zgubnego, a zarazem niebywałego zwycięstwa jednostki. Teoretycznie jeden niezadowolony poseł mógł storpedować wolę ogółu. Praktyka była, jak to zwykle bywa, nieco inna. Poseł, za którym nie stała grupa gotowa w każdej chwili złapać za szable i bronić swego zdania zwykle był uciszany przez brać szlachecką. Lekarstwem na liberum veto miały być sejmy skonfederowane, na których decydowała wola ogółu. W 1764 roku, na sejmie elekcyjnym zawiązano konfederację, mającą doraźnie zastąpić prawo weta zasadą większości głosów. Niestety, w 1766 roku zniesiono tą uchwałę pod naciskiem ze strony Rosji. Mimo wszystko większość szlachty rozumiała, że takie reformy są jedynym lekiem na „polską chorobę sejmową”. Czy jednak pozbawienie każdego posła prawa weta było lekarstwem skutecznym? Pod węzłem konfederacji odbywał się sejm rozbiorowy w 1773 roku. Tadeusz Rejtan mógł już tylko rozłożyć się pod drzwiami do sali i rozedrzeć koszulę, gdyż ustawy nie mógł wetować. Jednak czy działał on z pobudek patriotycznych? Po tym słynnym sejmie Rejtan wyjechał na Litwę, gdzie popadł w obłęd, a 8 września 1780 roku popełnił samobójstwo. Może nie było to więc ofiarne działanie na rzecz ojczyzny, jak próbują to zdarzenie pompatycznie interpretować różni endeccy historycy, ale jedynie agonia człowieka chorego psychicznie…? Czego uczy nas to wydarzenie? Jeśli uznamy, że historiae magistra vitae, szlacheckie zasady złotej wolności i liberum veto pokazują nam, do czego prowadzi nadmierny wzrost znaczenia jednostki. Niestety, liberałowie nie potrafią wyciągać wniosków – albo nie znają historii! Poza tym, z nieudolności parlamentaryzmu w I Rzeczypospolitej wnioski powinien wyciągnąć obecny sejm i senat, w którym kultura polityczna spada jak z równi pochyłej. Kto wie, może już za parę lat zacznie dochodzić do bójek na Wiejskiej, podobnych do starć na szable wśród braci szlacheckiej? Tak to już Polak ma, że zamiast się dogadać, woli użyć argumentu siłowego. Warto zastanowić się też, czemu wokół zrywania sejmów w XVII wieku narosło tyle błędnych przekonań? Otóż wniosek jest dość bolesny – zawsze lepiej zgonić winę na jednego człowieka, zrobić z niego kozła ofiarnego (w tym przypadku został nim Władysław Siciński), niż przyznać się, że wina leży także po mojej stronie. Widać tu także element propagandy religijnej – Bóg pokarał rodzinę zdrajcy miotając w nią piorunami, a jego samego kara dosięgła po śmierci, gdyż zwłoki posła ziemi upickiej zamiast ulec rozkładowi, jak to dzieje się z martwymi ciałami innych ludzi, uległy mumifikacji. Był to dla ówczesnych ludzi znak, że W. Siciński został potępiony. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |