Nie łączmy się z prawicą Drukuj Email
Napisał(a): Agata Rozenberg [socjalizm.org]   
20.03.2008.

 W numerze  7-8  „Nowego Tygodnika Popularnego” ukazał się tekst Lecha Kańtocha poświęcony książce Stefana Pełczyńskiego „Polska droga od komunizmu”, zawierający obszerne fragmenty recenzowanej pracy. Z pewnością omawiana książka to pozycja godna zainteresowania, trudno też podważać kompetencje i solidność badawczą autora, którego dorobek zyskał międzynarodowe uznanie. Nie wszystkie zawarte w tekście myśli profesora Pełczyńskiego zasługują jednak na bezdyskusyjne poparcie. Zainteresowany problematyką marksizmu – czy chociażby dziejów ruchów społecznych – czytelnik dostrzeże w nich spore nieścisłości i błędne konkluzje.
    
Nie sposób zgodzić się ze stwierdzeniem, iż marksizm sprawdza się jedynie jako krytyka kapitalizmu, akt oskarżenia przeciw jego funkcjonowaniu i kosztach ludzkich. Arbitralne twierdzenie profesora Pełczyńskiego, iż wszystkie konkretne założenia marksizmu „okazały się historycznie fałszywe i przestarzałe” nie wytrzymuje w konfrontacji z historyczną analiza. Zarówno spojrzenie na problem postępującego rozwarstwiania społecznego w krajach kapitalistycznych, jak i opis głębokich związków między posiadaniem pieniędzy, a posiadaniem władzy pozostają prawdziwe. Jeśli natomiast profesor zdyskwalifikował marksizm, gdyż nie nastąpił zapowiadany przezeń upadek kapitalizmu, wówczas należy przypomnieć, że główną przyczyną czasowego odsunięcia się tego wydarzenia było powstanie w krajach rozwiniętych warunków życia znośnych także dla pracowników. To zaś jest w prostej linii konsekwencją powstania potężnych ruchów broniących ich praw; ruchów, które odwoływały się do teorii marksistowskiej i czyniły ją podstawą – lub przynajmniej istotnym komponentem – swojej linii politycznej.
    
Dodajmy, iż koncepcje marksistowskie zostały sprawdzone w praktyce. Zarządzanie fabrykami przez demokratycznie obieralne i odwoływalne komitety zakładowe to rzeczywistość wielu zakładów w Wenezueli, Argentynie, Brazylii, Urugwaju... Zakłady te podniosły u siebie poziom bezpieczeństwa, stworzyły instytucje kulturalne i socjalne dla pracowników i skróciły czas pracy podnosząc równocześnie produkcję. Plan gospodarczy również  nie jest wyśmiewaną przez neoliberałów utopią, ale realną ofertą. Został on wprowadzony w ZSRR (choć tam nie był on demokratyczny) i przez szereg dziesięcioleci umożliwiał temu państwu nie tylko bezprecedensowy rozwój gospodarczy z zacofanego kraju do światowego mocarstwa, ale i uwolnienie społeczeństwa od problemów, na które świat kapitalistyczny remedium nie znalazł i pewnie nie znajdzie, wbrew wierze profesora Pełczyńskiego, który koncepcjom Karola Marksa przeciwstawia swoje przekonanie o tym, iż kapitalizm można modyfikować, zmieniać „częściowo”, kontrolować itp. Ponownie historia – zwłaszcza najnowsza – pokazuje coś innego. Wystarczy spojrzeć na Amerykę Łacińską. Ile razy tamtejsze próby kontrolowania kapitalizmu – lub też jego stopniowej przemiany w socjalizm – zostały zniweczone poprzez zbrojną interwencję zagraniczną?
    
Mało przekonująco brzmi również fragment poświęcony ustrojom ZSRR i Chińskiej Republiki Ludowej (pytanie zresztą, czy zestawianie ze sobą obu tych państw i sprowadzanie ich doświadczeń do wspólnego mianownika jest zasadne). Zdaniem prof. Pełczyńskiego budowanie socjalizmu w tych krajach z gruntu skazane było na porażkę, gdyż nie istniały w nich wskazane przez Marksa warunki do rozwoju socjalizmu. Ponownie mamy do czynienia z poważnym historycznym uproszczeniem, wynikającym z bezkrytycznego przyjęcia tezy, jakoby przejęcie władzy przez bolszewików oznaczało natychmiastową budowę systemu totalitarnego i jakby o nic innego w całej rewolucji rosyjskiej nie chodziło. Należy w tym miejscu przypomnieć, że w 1917 r. tak naprawdę władzę przejęła nie partia, a zorganizowany proletariat rosyjski. To on ustanawiał w fabrykach zarząd komitetów zakładowych i współdecydował o losach kraju poprzez oddolne organizacje. To również robotnicy, chłopi i żołnierze udzieli swojego demokratycznego poparcia bolszewikom, wybierając ich do kierownictwa swoich rad, których ogólnokrajowy zjazd poparł z kolei powstanie Rady Komisarzy Ludowych w miejsce skompromitowanego Rządu Tymczasowego. Rosja stała się pierwszym na świecie państwem robotniczym – i mogłaby takim być dłużej, gdyby nie splot negatywnych czynników, z których najważniejszy okazał się upadek ruchów rewolucyjnych na Zachodzie. Gdyby wtedy pracownicy Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Węgier , Włoch i innych państw, w których proletariat żywo odpowiedział na rosyjskie zerwanie z wolnym rynkiem i wyzyskiem, zdołali odnieść zwycięstwo (przyczyny porażki to ponownie materiał na dłuższe rozważania), cała historia XX wieku wyglądałaby inaczej.
    
Wreszcie niezupełnie zrozumiałe jest, dlaczego profesor Pełczyński uparcie stosuje wobec PRL i Bloku Wschodniego określenie „komunizm”, zachodzące w systemie zmiany nazywa „liberalizacją komunizmu”, podczas gdy – jak wynika z fragmentu nt. ZSRR – zdaje sobie doskonale sprawę z faktu, że panujący w Związku Radzieckim ustrój nie miał nic wspólnego ze zdefiniowanym przez socjalistów społeczeństwem bezklasowym. Takie nigdzie jeszcze nie powstało. Związek Radziecki jedynie usiłował je zbudować, a to i tak tylko w pierwszych latach swojego istnienia. Rewolucja październikowa została zniszczona przez biurokratyczną kontrrewolucję, zaś rząd oparty na radach pracowniczych zastąpiony pasożytniczym biurokratycznym systemem, który z komunizmem wspólnego miał nader niewiele. Podstawą komunizmu, co zresztą Marks i Engels wielokrotnie tłumaczyli, jest oparcie się na demokratycznej samoorganizacji pracowników, czego w całym Bloku Wschodnim zabrakło (czy raczej – co zostało uniemożliwione przez biurokrację). O ile jednak przy ZSRR mamy przynajmniej do czynienia z owym kilkuletnim okresem funkcjonowania w praktyce socjalistycznych rozwiązań, o tyle pozostałe kraje „komunistyczne” powstawały już w zupełnie innych okolicznościach i nie może tu być mowy o nowych zdradzonych rewolucjach. Ustrój Bloku Wschodniego został przyniesiony z ZSRR w czasach stalinowskiej degeneracji. Wprawdzie utrzymano tam państwową własność środków produkcji, ale faktyczną władzę nad nimi oddało w ręce biurokratycznej kasty, pozbawiając pracowników wszelkiego wpływu na los państwa (kluczowy komponent w socjalizmie!). Analogiczna sytuacja została wprowadzona po II wojnie światowej w Polsce, na Węgrzech, w Czechosłowacji, itd. Wszelkie próby przemiany tego systemu w prawdziwy socjalizm, które były motorem protestów społecznych w wymienionych państwach, zostały zdławione przez rządzących biurokratów, którzy z całej marksistowskiej myśli politycznej przejęli najwyżej hasła propagandowe, chętnie eksponowane w peerelowskim krajobrazie. Używanie zatem nazwy „komunizm” musi być traktowane nie jako skrót myślowy, ale jako poważne historyczne zafałszowanie, zwłaszcza w sytuacji, gdy posługuje się nim wykładowca renomowanej uczelni.
    
Warto przy tym zauważyć, iż pozostałe refleksje profesora Pełczyńskiego posiadają o wiele większą wartość. Dostrzeżenie, iż PRL nie był państwem totalitarnym szczególnie miło zaskakuje  – jak dowiadujemy się z artykułu Lecha Kańtocha, profesor jest liberałem, a tacy z wyjątkową satysfakcją podkreślają brak tzw. demokratycznych swobód w Bloku Wschodnim, przekreślając równocześnie wszystkie jego osiągnięcia na polu socjalnym. Równie ważne jest dostrzeżenie w epoce peerelowskiej swoistych podokresów, kolejnych faz, zmian i przełomów, zamiast typowego dla ipeenowskiej historiografii podsumowywania całych czterech dekad władzy ludowej jako krańcowego zamordyzmu  i niszczenia wszystkiego, co związane z metafizyczną „polskością”. Dlatego do przedstawianej książki z pewnością zajrzeć warto. Ale nie bezkrytycznie jej uwierzyć.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing