Krzyżowanie sztuki Drukuj Email
23.09.2003.

Przypadek Doroty Nieznalskiej jest podsatwą do refleksji autora nad pojęciami wolności słowa oraz kondycją współczesnej sztuki i ograniczeniami, jakie narzuca jej obecny porządek społeczeństwa mieszczańskiego. Autor krytykuje też sposób, w jaki Nieznalska była "broniona" oraz udawadnia, iż przypadku Nieznalskiej nie można rozpatrywać w oderwaniu od ogólnej sytuacji w Polsce.

Wydarzenia, jakich jesteśmy świadkami tego lata zupełnie nie pasują do tego, co z definicji powinno interesować media w sezonie ogórkowym. Zdarzają się wprawdzie wydarzenia o proweniencji wyraźnie komicznej, jak desygnowanie Michała Tobera na wiceministra kultury, niemniej atmosfera we wszystkich właściwie dziedzinach życia III RP w niczym nie przypomina wakacyjnej sjesty. Prawdziwie ciemne chmury zebrały się nad sztuką.

Po tyleż długim, co groteskowym procesie w sprawie młodej artystki Doroty Nieznalskiej gdański sąd wydał bynajmniej nie zabawny wyrok. Oskarżona o obrażanie uczuć religijnych Nieznalska została skazana na pół roku "pracy społecznie użytecznej", co było karą dotkliwszą niż żądana przez prokuratora. Nadgorliwy sędzia Zieliński zrobił prezent fanatykom spod znaku LPR finalizując w ten jakże efektowny sposób histeryczną nagonkę rozpętaną po tym jak kilkanaście miesięcy temu Nieznalska pokazała w gdańskiej galerii Wyspa pracę pt. "Pasja". Przypomnijmy, że inkryminowana instalacja składała się z metalowego krzyża ze zdjęciem męskich genitaliów i filmu pokazującego mężczyznę ćwiczącego na siłowni. Przesłanie dzieła było tyleż czytelne co doniosłe. Zestawienie niezwykle wyrazistych i nośnych symboli męskości i cierpienia miało służyć destrukcji jednego z podstawowych mitów zachodniej kultury. Chodziło mianowicie o pokazanie jak patriarchalne wzorce kulturowe zmuszają mężczyzn do samobiczowania się, aby sprostać narzuconym przez nie wymogom. Chcesz być idealnym facetem - katuj się (a właściwie krzyżuj) w siłowni, solarium, gabinecie odnowy biologicznej itd. itp. W ten sposób Nieznalska dała świadectwo temu, że wbrew pozorom wzorzec silnego macho jest równie represyjny i uprzedmiotowiający jak wzorzec głupiej blondynki.

Wszystkiego tego nie raczył zauważyć ani sąd, ani tym bardziej oskarżyciele spod fundamentalistycznych sztandarów. Wyrok wydany na Nieznalską boleśnie uświadomił wszystkim, że zarówno polskie prawo, jak i tym bardziej orzecznictwo stanowione jest pod dyktando wrogów wolności wypowiedzi. Nie ma się zatem czemu dziwić, że sprawa wzbudziła falę protestów. W obronie skazanej artystki wystąpiła Wanda Nowicka z Federacji Na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, kilkusetosobowa grupa artystów, krytyków i historyków sztuki wystosowała odpowiedni List Otwarty, swoje dorzuciły "Gazeta Wyborcza" i "Trybuna". Wszystkie te podmioty wskazywały na precedensowy charakter sprawy. Pisano o pogwałceniu podstawowych praw i wolności artystycznych, o eksperymencie, prowokacji i przekraczaniu granic, które są wpisane w naturę każdej sztuki, o antyfeministycznych uprzedzeniach sądu, o irracjonalnym charakterze i nieweryfikowalności pojęcia uczuć religijnych, a wreszcie o recydywie cenzury. Dostało się nawet, zresztą bardzo zasłużenie, rządzącej lewicy, która dla świętego spokoju wyrzekła się ostatnich pryncypiów ideowych oddając coraz to nowe pozycje w sferze kultury i obyczajowości twardogłowemu klerowi i jego politycznym reprezentantom.

Wrzawa podniesiona w obronie Nieznalskiej była zatem arcysłuszna i wynikała z najszlachetniejszych pobudek. Zarazem jednak pokazała dramatyczną słabość środowisk przeciwstawiających się klerykalizacji III RP i co więcej jałowość artykułowanego przez nie dyskursu. Po pierwsze bowiem ich reakcja była zupełnie spóźniona. Cóż po protestach, gdy wyrok już zapadł, a podczas procesu jedynymi, którzy interesowali się sprawą byli posłowie LPR. Niespieszność obrońców represjonowanej artystki to jednak rzecz drugorzędna (choć trzeba podkreślić, że samą Nieznalską będzie bardzo drogo kosztować). Prawdziwy problem tkwi bowiem w podnoszonych przez nich i na pierwszy rzut oka słusznych argumentach.

Przede wszystkim sojusznicy Nieznalskiej przyjęli postawę defensywną. Prowadzili spór na własnym terenie nie próbując przenieść go na obszar przeciwnika. W sytuacji, gdy ten ostatni zachowuje się z bezceremonialną agresywnością taka bierna postawa musi być kontrskuteczna. To LPR i radiomaryjcy narzucili warunki debaty, dzięki czemu już na pozycjach wyjściowych mogli się cieszyć znaczącą przewagą. Ten godny pożałowania fakt nie da się przy tym wytłumaczyć jakowąś przyrodzoną naiwnością cechującą naszych obrońców wolności wypowiedzi. Jego przyczyny leżą znacznie głębiej. Chodzi o to, że najlepszym sojusznikiem oskarżycieli Nieznalskiej okazały się ideologiczne fundamenty ich liberalnych przeciwników.

Tym do czego się oni odwoływali i co, niczym bumerang, powracało we wszystkich ich wypowiedziach był mit artystycznej wolności. Mit ów ukształtowany w drugiej połowie XIX wieku stanowi jeden z ideologicznych fundamentów społeczeństwa burżuazyjnego. Sprowadza się on, z grubsza biorąc, do przekonania iż sztuka jest działalnością szczególną podlegającą szczególnym prawom . W tradycji tej artyście wolno o wiele więcej niż zwykłemu zjadaczowi chleba. Jako podmiot obdarzony szczególnymi zdolnościami, zamieszkujący wydzielony specjalnie dlań obszar, artysta może więc szargać świętości, podważać autorytety i zinstytucjonalizowane interpretacje świata. Co więcej, prawo to w czasach awangardy stało się wręcz obowiązkiem, z którego rozliczała uczestników sceny artystycznej ich mieszczańska publiczność.

Rzecz jasna takie uprzywilejowanie w ramach skądinąd bardzo obskuranckiej, przeżartej hipokryzją i represyjnej kultury mieszczańskiej miało i ma nadal swoją cenę. Artysta może bowiem brykać do woli byle nie przekraczał murów getta, które mu zafundowali porządni obywatele. W efekcie sztuka zostaje skazana na paraliżującą wszelki krytycyzm alienację. Wyrwana z kontekstu społecznego i historycznego może być co najwyżej mniej lub bardziej kontrowersyjnym spektaklem, rozrywką dla bardziej wyrobionej publiczności. Jest to inna, być może łatwiejsza do przełknięcia postać idei przypisującej sztuce rolę ozdobnika, ładnego dodatku upiększającego poważną rzeczywistość. Jedynym dopuszczalnym punktem stycznym między tak rozumianą sztuką, a społeczną praktyką pozostaje sfera wymiany towarowej przekształcająca dzieła artystystów w przedmioty komercyjnego obrotu, podlegające uniwersalnym (tj. takim jak np. proszek do prania) kryteriom weryfikacji ich wartości (rzecz jasna wartości rynkowej). Klatka, w której kultura mieszczańska zamyka sztukę jest więc ze złota, niemniej pozostaje klatką.

Najsmutniejsze w sprawie Nieznalskiej jest to, że strategia jej obrońców wpisała się w logikę gettoizacji sztuki. Padały argumenty mówiące o elitarnym charakterze jej pracy, o tym że nikt nie musi chodzić do galerii, że jako artystka miała prawo. Najjaskrawszym przejawem tego sposobu myślenia jest fakt, że zamiast żądać zniesienia artykułu 196 Kodeksu Karnego, mówiącego o obrażaniu uczuć religijnych proponuje się nieśmiało jego nowelizację, tak aby karać można było tylko świadomych obrażaczy (a więc w domyśle nie artystów). Pomysł ten zakłada sensowność karania za „obrazę uczuć” a przecież przypadek Nieznalskiej w całej brutalności odsłonił arbitralny i absurdalny charakter tego rodzaju przepisów.

W efekcie tego rodzaju obrony represjonowanej artystki zupełnie przeoczono społeczny i polityczny wymiar zarówno procesu jak i wyroku. Stracono szansę wyartykułowania ważnej prawdy o kondycji naszego społeczeństwa, która wyszła na jaw przy okazji całej afery. W ferworze polemicznej szermierki na artystyczne przywileje i zobowiązania zginął zupełnie ten prosty fakt, że dyskutowano nie na temat.

Prawdziwym przedmiotem debaty wokół wyroku gdańskiego sądu winna być bowiem nie kwestia wolności artystycznej wypowiedzi, ale sprawa wolności w ogóle. Tak się bowiem składa, że to właśnie owa bezprzymiotnikowa wolność została zaatakowana. Winni owego ataku nie są wcale posłowie LPR, którzy rozpętali nagonkę na autorkę "Pasji". Odpowiedzialność za to, że do takiej nagonki w ogóle mogło dojść spada na tych, którzy przez ponad dekadę prowadzili politykę serwilizmu wobec kościelnej hierarchii, a w szczególności wobec jej fundamentalistycznego skrzydła. Jeżeli przez lata pozwala się kościołowi na wywieranie skutecznej presji na ustawodawcę, jeżeli wprowadza się ustawowy obowiązek przestrzegania bliżej nieokreślonych wartości chrześcijańskich, jeżeli szkoły publiczne finansują lekcje religii, jeżeli społeczeństwu narzucono zakaz aborcji i faktyczny zakaz rozwodów (w przypadku tzw. małżeństw konkordatowych), jeżeli wreszcie szef największego w kraju dziennika na poważnie oświadcza, że podczas wizyty papieża w ojczyźnie nawet ptaki śpiewały po polsku, to doprawdy nie ma się co dziwić skazaniu młodej artystki za obrazę uczuć religijnych.

Rzecz nie sprowadza się jednak do zagrożenia płynącego z nadreprezentacji kościoła w życiu społecznym. Zjawisko to nie byłoby bowiem możliwe gdyby nie gleba, którą się dlań tworzy w jak najbardziej świeckiej części owego życia. Tak naprawdę bowiem siłą, która stoi za wyrokiem na Nieznalską jest narastająca od paru lat podsdkórna fala autorytatyzmu, która ostatnio coraz częściej objawia na głównej scenie życia publicznego III RP. Zjawisko to kulminuje nie tylko w ekscesach katolickiego fundamentalizmu, i nie dotyczy wyłącznie prawicy. Widać je aż nadto wyraźnie w popularności ideologii zaostrzania kodeksu karnego, w obsesji na punkcie bezpieczeństwa, w próbach kryminalizacji społecznych ruchów protestacyjnych, w lansowaniu idei „bezstronnych” fachowców mających zastąpić polityków z demokratycznym mandatem, w przedkładaniu stabilności układów politycznych nad programy, którym miałyby one służyć a wreszcie w niemal obłąkańczym dyskursie wojny z terroryzmem.

Ci, którzy postrzegają represje wobec Doroty Nieznalskiej jedynie w ciasnych ramach sztuki czy też kultury wysokiej stają się wbrew własnej woli sojusznikami wszelakich odłamów ogólnonarodowej Partii Porządku. Argumentacja, którą w dobrej wierze stosują jest prawdziwym wybawieniem dla pozbawionych wszelkich argumentów, poza argumentem siły rzecz jasna, wielbicieli niekwestionowanego autorytetu.


 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing