|
Polska tzw. młodzież alternatywna, jeśli założyć, że Ci którzy się za nią podają lub są jako owa wskazywani przez Gazetę Wyborczą i jej klony rzeczywiście nią są, to zjawisko wyjątkowo dziwaczne i raczej nieliczne.
W większych i mniejszych miastach całej Europy można na ulicach spotkać ludzi młodszych i starszych, którzy starają się całym sobą abstrahować w jakiś sposób od kulturowego i społecznego mainstreamu. Specyficznie się ubierają, mają niestandardowe fryzury itd. To jednak nie wszystko. Poza płaszczyzną wizualną łączy ich bowiem coś jeszcze – instynktowna lewicowość. Ludzie Ci najczęściej bardzo krytycznie oceniają wolnorynkową rzeczywistość, mają pacyfistyczne usposobienie, są za równością ras i płci etc. Politycznie łączy ich to co na lewicy fundamentalne. Spotykają się na antykapitalistycznych wiecach, alterglobalistycznych i antywojennych demonstracjach, a także na rozmaitych seminariach i warsztatach. W Polsce oczywiście jest inaczej. Za młodzież alternatywną uchodzi każdy, kto ma dready, nosi wojskową kurtkę lub spodnie, na nogach ma zainstalowane kajakowate glany za 400 PLN albo koszulkę zespołu KULT. Porozumienia politycznego (czy czegoś na jego kształt) nie ma za to w ogóle. Najczęściej bowiem są to ludzie, którzy nie zadają sobie trudu jakiejś ogólnej refleksji w związku z czym ich poglądy to mieszanka obiegowych neoliberalnych bzdur powtarzanych za mediami głównego nurtu oraz „kontestacji” a la Kazimierz Staszewski. Wojna w Iraku, masowe ubóstwo w Polsce, totalna klerykalizacja kraju czy dyskryminacja rozmaitych grup społecznych to nie są tematy, które zaprzątają umysły polskich punkowców i im podobnych. Nasz lokalny koloryt młodzieży alternatywnej polega na tym, że noszenie takich, a nie innych ciuchów i słuchanie takiej, a nie innej muzyki to kwestia wyboru jednego z trendów nie zaś wyraz sprzeciwu wobec hipokryzji panującej estetyki, która pod jedwabnymi krawatami i dokładnie wyprasowanymi koszulami próbuje ukrywać podłość rzeczywistości. Dlatego też jej przedstawicieli jednoczą nie akcje antywojenne (a było ich ostatnio w Polsce całkiem sporo), lecz rozmaite imprezy, które albo od polityki abstrahują, albo dotykają jej o tyle, aby stwierdzić to samo co w kółko powtarza Tomasz Lis – w Polsce wszystko gnije. Doskonałym przykładem takiej imprezy są koncerty przywołanego wcześniej K. Staszewskiego. Faceta, który będąc ikoną polskiego undergroundu i punka popierał (i chyba dalej popiera) UPR, pisuje do Gazety Wyborczej, popiera prywatyzację służby zdrowia, uważa, że na Irak należało napaść i że polski rząd zachował się w tej sprawie właściwie. W swoich piosenkach ryczy o tym jakoby wszystko dookoła mu się nie podobało, a w swoich „felietonach” opowiada o tym, jak owej zgniliźnie zaradzić. Zważywszy na profil GW, która je publikuje, nie trudno się domyślić w jakim duchu rozwiązania proponuje. Jego fanom jakoś to nie przeszkadza… Ponieważ kontestacja rzeczywistości jest w łonie polskiej młodzieży alternatywnej wyłącznie pozorna i bazuje na tym co modne i tym co trendy można nią swobodnie manipulować. Oczywiście nie omieszkano takiej szansy wykorzystać dla wzmocnienia panującej ideologii. Jednym z jej filarów jest demonizacja wszystkiego co łączy się z okresem PRL. Niemal każde zjawisko społeczne, polityczne czy komercyjne ma już swoją peerelowską antytezę, którą należy odsądzać od czci i wiary, by być w „wolnej i demokratycznej” Polsce przyzwoitym człowiekiem.
|