Fikcje 11 września 2001 Drukuj Email
01.09.2006.
 
Niemal każdy dorosły na świecie pamięta, co robił 11 września 2001. Ja w chwili zamachów na nowojorskie WTC byłem u fryzjera przy Marszałkowskiej.Wychodząc  zauważyłem mały telewizor, w który wpatrywała się oparta namiotle, młoda dziewczyna. Na ekranie mignął mi zadymiony wieżowiec. Byłem przekonany, że ogląda jakiś film, fikcję w rodzaju "Szklanej pułapki 2". Kilkanaście sekund później zadzwoniła moja komórka: "Natychmiast przyjdź do redakcji! Bombardują Nowy Jork!" - tyle mniej więcej wyłowiłem ze słów,które próbowały przedrzeć mi się do ucha zza dźwięku korkującej się ulicy i przejeżdżających tramwajów.

Sytuacja miała aspekt komiczny: nie zorientowałem się, że właśnie dzwoni mój szef. Myślałem, że to mój kolega-kawalarz (o podobnym głosie), któremu byłem coś winien, że to jego sposób na szybkie spotkanie. Niestety, nieco automatycznie, przyjąłem ton lekceważąco-kawalarski i może lepiej nie przypominać jak potraktowałem mego rozmówcę i co powiedziałem na temat "bombardowań". Byłem jakieś 100 metrów od redakcji, nie spieszyłem się. Kupiłem sobie arabską kanapkę i, zanim w końcu poszedłem do redakcji, studiowałem program kina "Bajka".

Jadłem jeszcze mój kebab, więc nadłożyłem drogi, wszedłem do budynku nie od Jasnej, ale od Placu Powstańców, minąłem więc redakcję "Wiadomości". Zza szyb znowu zauważyłem "płonący wieżowiec" na monitorach, ale, pamiętam, pomyślałem, że znudzeni kierownicy produkcji oglądają ten sam film, co dziewczyna u fryzjera. W newsroomie redakcji zagranicznych TAI przywitała mnie obrażona  mina mego faktycznego rozmówcy i kilka jego słów... Próbowałem wybełkotać jakieś sprostowanie, ale zgasło, na wszystkich monitorach leciał ten sam film, a moi koledzy biegali we wszystkich kierunkach. Pamiętam, że usiadłem przed swoim komputerem i widziałem defilujące na ekranie depesze opatrzone czerwonymi wykrzyknikami. Nie siedziałem przed tym "bezrozumny" tak długo jak prezydent Bush w szkolnej klasie, ale pamiętam to surrealistyczne poczucie niewiarygodnej fikcji, jakiegoś wysokobudżetowego filmu z Hollywood, który - jednak - rozgrywał się na naszych oczach, w czasie (przecież) rzeczywistym.

Mija pięć lat od tamtych wydarzeń. Wczoraj wieczorem w Warszawie przedpremierowy pokaz "Lotu 93" Paula Greengrassa. Hollywood na tę rocznicę wyprodukował już dwa filmy, wkrótce obejrzymy w Polsce "World Trade Center" Olivera Stone'a. Stone postanowił nie ryzykować i nie wdawać się w jakieś rekonstrukcje wydarzenia w stylu "JFK".  Jego film to kameralna "human story", z silnym religijnym rdzeniem, zalatującym bazarowym kiczem. "Lot 93" to fikcja z pretensjami rekonstrukcji, oparta na kilku nagraniach rozmów telefonicznych i  - jak mówi reklama - raporcie niezależnej komisji (The National Commission on Terrorist Attacks Upon the United States), opublikowanym latem 2004 r. Czy mamy do czynienia z przypadkiem fikcji opartej na fikcji?

Na czele komisji stał republikański neokonserwatysta Thomas H. Kean, a jej dyrektorem wykonawczym był historyk-neokonserwatysta Philip D. Zelikow, doradca sekretarz Stanu Condoleezzy Rice, współautor jej książek, reprezentant prezydenta Busha do spraw rozmów z NATO, a ostatnio w sprawach Iranu i Libanu. Jego talentowi literackiemu zawdzięczamy nowatorską redakcję raportu wyników śledztwa na temat przebiegu wydarzeń 11 września. To już nie jest jakieś tradycyjne, suche sprawozdanie faktów, to jest coś o wymiarze epickim, powieściowym. Zaczyna się tak: "Wtorek 11 września, jest ciepły i niemal bezchmurny poranek, miliony mężczyzn i kobiet udają się do pracy." Może ten socrealistyczny styl nadrabiał brak środków na śledztwo, bo wydano na nie 10 razy mniej niż na wyjaśnienie sprawy związku  Clintona i Moniki Lewinsky? Ale właściwie nie dlatego krytycy raportu nazywali go "fabułą" czy "farsą". Raport wydał miażdżącą opinię na temat reakcji odpowiednich służb i armii na rozgrywające się wydarzenia. I doszedł do wniosku, że była to swego rodzaju tragikomedia zwykłych, ludzkich omyłek. Tak zrozumiałych, że nikt nie został za nie ukarany. Podstawowe pytania pozostały bez odpowiedzi.

I tu dochodzimy do sedna, do teorii spiskowych. W nich też jest coś fabularnego, odwołującego się do tradycji, do "klisz epickich", baśni i odwiecznych uprzedzeń. Warto na ten temat przeczytać np. artykuł Małgorzaty Minty z czerwcowego wydania "Wiedzy i Życia" (http://portalwiedzy.onet.pl/,12799,1338153,czasopisma.html). Administracja amerykańska zaoferowała światu teorię spiskową wyjaśniającą przyczyny i przebieg  11 września. Według niej tajna siatka dowodzona  przez ukrytego w afgańskiej jaskini Osamę ben Ladena za pomocą plastikowych noży porwała samoloty, by doprowadzić do "zderzenia cywilizacji", zaatakować finansowo-militarne serce zachodniej kultury w celu spiskowego opanowania całego globu, założenia ogólnoświatowego Kalifatu i zrobienia z ludzi Zachodu sterroryzowanych niewolników. Wielu z nas stało się zresztą niewolnikami tej malowniczej teorii, wzorowanej co nieco na popularnych kliszach antysemickich, rodem z "Protokołów" (spreparowanych przez pewien rząd). Została ona gorliwie i bez zastrzeżeń przyjęta przez całą właściwie prasę, w Polsce w stopniu rekordowym. Tymczasem FBI nie ściga Osamy ben Ladena za 11 września  - nie znaleziono "żadnych związków". To oficjalne.

Zanim więc pójdziemy do kina na wzruszające, hollywoodzkie fikcje jak "Lot 93", warto być może obejrzeć inne filmy pełnometrażowe, dokumentalne, które przedstawiają wydarzenia sprzed pięciu lat w inny sposób, też cokolwiek spiskowy, choć nikt w nich nie oskarża Arabów (ani Żydów). Wystarczy kliknąć, tylko potem trzeba uważać, by nie spaść z krzesła.

Oczywiście filmy te są pewnymi "skrótami". Przedstawiają i interpretują niektóre odkrycia i wyniki badań zespołów naukowców, niezależnych dziennikarzy skupionych wokół ruchu społecznego domagającego się ponownego otwarcia oficjalnego śledztwa (Reopen911). Przypominają zdjęcia i wywiady ze świadkami, które zniknęły z oficjalnej historii. Jeśli ktoś woli coś bardziej rozbudowanego musi, zamiast oglądać filmy, poczytać. Ostatecznie można znaleźć też b. długie relacje wideo z sympozjów naukowych, składające się z przemówień, wykładów i ich ilustracji.

Linki da się wygóglować, ale żeby było prościej podaję je. Oczywiście najgłośniejszy teraz na Zachodzie film to "Loose Change" Dylana Avery. Kilka europejskich telewizji postanowiło przełamać barierę między tym, co medialnie oficjalne i nieoficjalne i zaprogramowało go na wrzesień (np. Planete, ale nie wiem czy w Polsce). Można go obejrzeć np. tutaj, to legalne: http://video.google.pl/videoplay?docid=7866929448192753501&hl=pl

Jednak ktoś, kto nie śledził rozwoju medialnych reakcji na raport "Komisji 11 września" może nie wiedzieć, że filmów na ten temat jest więcej. Swego rodzaju "pigułą" z tych dokumentów jest film "911- Evidence to the Contrary REDUX 2006", tutaj:
http://video.google.com/videoplay?docid=-7806433438184561662 .

Można też góglować inne tytuły jak "911 Eyewitness" (skupiony na analizie relacji R. Siegela, który stał z kamerą wycelowaną w WTC) czy "Everybody's Gotta Learn Sometime" (o tym co działo się przed 11 września). W razie wewnętrznego oporu można te filmy oglądać jako przykłady internetowego folkloru, "bajki". Taka klasyfikacja nie będzie jednak całkiem łatwa, tak samo jak kwalifikacja wersji oficjalnej jako teorii spiskowej. Media się teraz szybko zmieniają, niczym filmowa akcja.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing