Kapitalizm na złomowisko historii! Drukuj Email
Napisał(a): Piotr Kuligowski [socjalizm.org]   
07.11.2008.

Ilość głupstw, która każdego dnia płynie z ekranów telewizyjnych i innych środków masowego przekazu, dotycząca obecnych zawirowań w gospodarce może nawet najbardziej odpornych wprawić w głębokie zażenowanie. Wszelkie rekordy w tej materii bije oczywiście rządząca Polską prawica. Całą receptą na kryzys jest, zdaniem prominentnych polityków koalicji PO–PSL, ciągłe przekonywanie, że wszystko jest OK. Wypytywany przez dziennikarzy o kwestie natury ekonomicznej premier Donald Tusk, realizując zapewne postulat „polityki miłości” odpowiedział z typowym dla niego uśmiechem: „skoro ja mówię że jest dobrze, to jest dobrze!”. Pozostając w tejże konwencji należy Premierowi Najjaśniejszej Rzeczpospolitej jasno odpowiedzieć: „jest źle, a będzie jeszcze gorzej”. Mówiąc jednak językiem bardziej konkretnym i poważnym stwierdzić należy, iż obecny kryzys jest porównywalny z tym z 1929 roku. I tylko od nas, związkowców i działaczy lewicowych zależy, czy przeciętny Kowalski zrozumie, że tego typu zawirowania w systemie kapitalistycznym są nieuchronne.

Tego rodzaju problemy nie są oczywiście żadną nowością. Wystarczy wziąć do ręki pierwszą – lepszą książkę z danymi ekonomicznymi by zauważyć, że kapitalistyczna Europa w XIX wieku z podobnymi problemami borykała się… dziesięciokrotnie (sic!), czyli średnio co jedenaście lat. Także w XX wieku to typowo rynkowe zjawisko dotykało państw kapitalistycznych wiele razy, jak chociażby w latach 1929-33 czy 1973-80. Wbrew twierdzeniom różnych neoliberalnych „ekspertów” każda bessa odbywa się według podobnych mechanizmów. Zjawisko to w sposób bardzo dokładny, a przez to przekonujący opisał swego czasu Karol Marks. Dowiódł on, że każdy kryzys gospodarczy jest poprzedzony okresem względnie dobrej koniunktury, w czasie której kapitaliści dążą do maksymalizacji swoich zysków. Rzecz jasna każde załamanie gospodarcze jest inne i pewne znaczenie ma tutaj jego przyczyna. Tego typu problemy mogą wynikać z działań przedsiębiorców, którzy obniżali pensje zatrudnionych pracowników (czy też pozostawiali je bez zmian podczas wzrostu inflacji lub cen podstawowych artykułów, niezbędnych do życia) lub giełdowych wyjadaczy, którzy spekulowali coraz większymi sumami pieniędzy. Warto w tym miejscu zauważyć, że zarówno wzrost poziomu produkcji kosztem czynnika społecznego, jak i traktowanie giełdy (a przez to całej gospodarki) jako olbrzymiego kasyna może przynieść krótkotrwały wzrost gospodarczy. W dłuższej perspektywie jednak oba zjawiska muszą nieuchronnie doprowadzić do kryzysu.

Obecne problemy zostały przewidziane przez międzynarodową socjalistyczną lewicę wiele lat temu. Już od 2000 roku marksiści działający w różnych krajach świata przestrzegali, że ciągły obrót fikcyjnym pieniądzem oraz sztucznie napędzony boom w takich sektorach gospodarki, jak budownictwo czy bankowość musi wkrótce doprowadzić do problemów na skalę globalną. Kryzys wydatnie przyczynił się do obalenia mitu, jakoby nieruchomości były jednym z najbezpieczniejszych aktywów. Przykładowo, polskie banki hipoteczne opierają się na listach zastawnych, a więc generalnie na swego rodzaju obligacjach (samo porównanie do obligacji sugeruje bezpieczeństwo). Podobnie jest na całym świecie - nie tylko sama nieruchomość, ale nawet i sam kredyt hipoteczny, postrzegane były przez banki jako bardzo bezpieczne inwestycje. Sytuacja, w której ceny nieruchomości spadają tak gwałtownie nie miała dotąd właściwie miejsca w historii, a w każdym razie nie stanowiła jednego z kluczowych „gwoździ do trumny", jak ma to miejsce w tym momencie.

Polska w zasadzie od momentu transformacji ustrojowej znajdowała się niemal w niekończącej się recesji. Mimo iż massmedia chętnie donosiły o bezrobociu na poziomie dziewięciu procent, wzroście gospodarczym oraz rosnących zarobkach, to rzetelna analiza ekonomiczna każe podchodzić do tych nowinek nader ostrożnie. Prawda jest bowiem brutalna gdyż, imponujący bądź co bądź, spadek bezrobocia (które kilka lat temu wynosiło 18%) jest w ogromnym stopniu spowodowany emigracją zarobkową, a także ożywieniem we wspomnianych powyżej sferach gospodarczych. Oznacza to więc, że ma on charakter krótkotrwały, oparto go bowiem na kruchych podstawach. Już niebawem może się bowiem okazać, że część Polaków, którzy wyjechali do pracy na Wyspy Brytyjskie wróci, zniechęcona tamtejszym kryzysem, a przez to coraz trudniejszą sytuacją na rynku pracy oraz nie satysfakcjonującymi zarobkami. Oczywiście należy mieć na uwadze fakt, iż niższe zarobki „tam” nie będą raczej wyższe po powrocie do kraju. Na zachodzie Europy nawet za gorszą płacę można sobie pozwolić na wiele więcej, ponieważ w Polsce leki są najdroższe na Starym Kontynencie (wyprzedza nas jedynie Estonia), żywność też nie należy do najtańszych, jeśli przyrównać poziom cen do siły nabywczej pieniądza. Jednak fala powrotów, jeśli takowa nastąpi, może pokryć się z coraz gorszą sytuacją w kraju, bowiem już teraz coraz więcej przedsiębiorstw prywatnych zaczyna odczuwać poważne trudności finansowe. Dodatkowo kłopoty sektora prywatnego są potęgowane przez zaostrzająca się politykę kredytową banków, które coraz częściej obcinają wielkości przyznanych pożyczek, lub wręcz odmawiają udzielania kredytów niektórym branżom, takim jak deweloperzy czy przemysł motoryzacyjny.

Oczywiście na niezadowolenie społeczne, którego świadkami już jesteśmy, a będzie ono z pewnością przybierało na sile, ogromny wpływ ma polityka prawicowego establishmentu. Należy mieć świadomość, iż protesty, których świadkami byliśmy w ciągu ostatnich miesięcy to zaledwie „początki początków”, jednak są one ważnym sygnałem, że w mentalności społecznej (jak również w myśleniu czołowych działaczy central związkowych) coś zaczyna się zmieniać. Ów kryzys społeczny zostanie już niebawem spotęgowany przez decyzje gospodarcze rządu. Otóż całkiem niedawno wiceminister gospodarki Adam Szejnfeld zapowiedział, że rząd ma zamiar udzielić gwarancji na pożyczki między bankami; okazało się bowiem, że kapitaliści (inaczej niż kiedyś, np. po rewolucji październikowej) nie potrafią zjednoczyć się w obliczu wspólnego zagrożenia. W praktyce jednak tego rodzaju działanie będzie oznaczało przerzucenie całego ryzyka działalności prywatnej na państwo, a więc na wszystkich podatników. Neoliberałowie pokazali tutaj wyraźnie swoją hipokryzję – interwencjonizm jest dobry, jeśli chodzi o pomoc państwową dla sektora prywatnego, ale o jakiejkolwiek pomocy dla ludzi poszkodowanych przez kryzys mowy być nie może! A nie od dziś wiadomo iż, mówiąc nieco nieelegancko, cechą łajna jest to, że zawsze na wierzch wypływa; tak więc koncerny na kryzysie nie ucierpią tak bardzo, jak przeciętni obywatele. Ci ostatni już niebawem będą mogli pójść na przysłowiowe dno, ze wszystkimi, brutalnymi tego konsekwencjami.

Oczywiście ktoś może krzyknąć: „Kłamstwo! Przecież depozyty przeciętnego Kowalskiego mieszczą się spokojnie w granicach gwarancji bankowych!”. Nie jest to jednak do końca prawdą, ponieważ Polacy są obecnie potężnie zadłużeni. Warto zaznaczyć, że suma wszystkich wziętych kredytów w naszym kraju oscyluje w okolicach 300 mld (w tym 150 mld to kredyty hipoteczne, 100 mld kredyty gotówkowe, a 11 mld to zadłużenie tylko na kartach kredytowych). Poza tym społeczeństwo polskie zadłuża się na ok. 170 mln złotych miesięcznie. Ponadto łączna suma wszystkich depozytów wynosi jakieś – bagatela!- 300 mld złotych. Nietrudno sobie wyobrazić co się stanie, jeśli banki, które już są zadłużone łącznie na 25 mld euro, zaczną upadać lub wycofywać kapitał.

O ile jednak Polska dopiero odczuje wszystkie przykre konsekwencje kryzysu gospodarczego, o tyle państwa zaawansowanego kapitalizmu zdążyły się już w nim całkiem mocno zakopać. Szczególnie warto przyjrzeć się tutaj sytuacji w Stanach Zjednoczonych, gdzie z jednej strony cały obóz rządzący dofinansowuje upadające banki, a z drugiej całkowicie lekceważy przeciętnych Amerykanów. Ci, zdesperowani bagnem ekonomicznym, w którym się znaleźli i niemożliwością wybrnięcia z problemów nierzadko posuwają się do ostateczności i popełniają samobójstwa. W tym samym czasie prezesi uratowanych banków biorą wielomilionowe odprawy i wyjeżdżają na luksusowe urlopy. Jeśli taka sytuacja utrzyma się przez dłuższy czas, to nieśmiałe (póki co!) protesty amerykańskich związkowców mogą znacznie przybrać na sile.

Kryzys przetacza się także przez kraje Dalekiego Wschodu, w szczególności te najbardziej liberalne gospodarczo, jak Japonia i Korea Południowa, gdzie analitycy giełdowi co i rusz alarmują o ciągłych spadkach cen akcji. W Rosji posunięto się nawet to zamknięcia giełdy na kilka dni w celu uspokojenia sytuacji. Szczególnie ciężka sytuacja jest na Ukrainie, gdzie kryzys pokrył się z zawirowaniami politycznymi. Nic dziwnego, że gospodarka oparta w dużym stopniu na eksporcie żelaza zalicza w obecnych czasach ostry poślizg. Spadają zresztą nie tylko ceny tego surowca, ale także chociażby głównego towaru eksportowego państw Bliskiego Wschodu, czyli ropy naftowej.

Zdaniem dyrektora generalnego Międzynarodowej Organizacji Pracy Juana Somaliego wszystkie te zawirowania ekonomiczne spowodują, że do 2009 roku przybędzie na świecie 20 milionów bezrobotnych. Oznacza to, że w ciągu roku ilość osób aktywnie poszukujących pracy, ale nie mogących jej znaleźć wzrośnie ze 190 mln w 2007 roku do 210 mln w 2009. Wszyscy ci rozgoryczeni, ubodzy i głodni ludzie będą mieli szansę na zrozumienie, że wyłączną winę za sytuację, w której się znaleźli ponosi kapitalizm.

Zapytany przez Tomasza Lisa o to, co można by zrobić, by zapobiec kryzysowi ekonomista Richard Mbewe odpowiedział, że póki co nic zrobić się nie da. Nie miał on racji. W momencie, kiedy światowy kapitalizm zalicza wywrotkę i dachowanie nie należy go zbierać i na nowo składać, tylko wyrzucić na złomowisko historii. Jednocześnie poprzez ciągłą, aktywną pracę i cierpliwe wyjaśnianie trzeba sprawić, by poszkodowani przez kryzys ludzie zrozumieli, że tylko socjaliści są w stanie przedstawić im konkretną, prospołeczną propozycję polityczną. Jedynie wtedy świat zyska szansę na wyzwolenie się z widma kryzysowych zawirowań gospodarczych i zbudowanie sprawiedliwego, egalitarnego społeczeństwa.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing