Szukając recepty na udany związek Drukuj Email
29.10.2006.
 
Kilka dni temu w jednym z serwisów informacyjnych poruszano kwestię zakładania i funkcjonowania związków zawodowych w dużych i wielkich sieciach handlowych. Śmiałkowie, którzy próbowali zakładać struktury związkowe skarżyli się na szykany ze strony pracodawców, zwolnienia z pracy, czy konieczność wręcz konspiracyjnej działalności. Finałowy komentarz wygłosił „specjalista” z Centrum im. Adama Smitha. Jego wypowiedź można streścić w następujących słowach: związki zawodowe w gospodarce wolnorynkowej po prostu wyczerpały swoje możliwości działania i są zbędne. Ów jegomość z „niezależnego” Centrum swoim komentarzem dał wyraz ogólnej tendencji, szczególnie w naszym kraju. Po co te związki? Teraz? Dzisiaj? Po co to komu?

Dla rządzących środowisk neoliberalnych jest to niewątpliwie pozytywne zjawisko. Ciągłe narzekanie na związki, na ich roszczeniową postawę, na pokazywanie środowiska związkowego pod każdą postacią, tylko nie jako partnera w debacie i realną siłę w ruchu pracowniczym. Obraz związków zawodowych w mediach, prezentowany opinii publicznej jest obrazem zbiurokratyzowanych i skostniałych struktur, a wszelkie wystąpienia ludzi pracy zaniżane do poziomu jednostkowych wypadków. Jednak, gdy dochodzi do wydarzeń, jakie można było obserwować podczas demonstracji górniczych w stolicy, obraz ten zmienia się jeszcze bardziej, wtedy górnik to chuligan, który pod płaszczykiem walki o swoje prawa, wymaga na rządzie coraz to większe przywileje. Każdy, kto obraca się w środowisku pracowniczym, związkowym doświadczył takiego uczucia. Kiedy wreszcie przestanie się mówić o górnikach, jako o najbardziej uprzywilejowanej grupie w kraju? Czy temu służyć mają kolejne eksperymenty z górniczymi emeryturami? To właśnie te próby mają, w imię jakiejś pseudorówności, pozbawić górników urodzonych po ’68 roku prawa do wcześniejszych emerytur (czyli przywilejów, sic!). A oni mieliby pracować „na dole” do 60-tki. W sposób zdecydowany należy zmienić obraz związków zawodowych, i jest to wyzwanie dla nich samych! Nie da się, bowiem ukryć, iż związki, ich pozycja i możliwość mobilizacji pracowników, są nadwątlone. Przyczyniła się do tego wolnorynkowa rzeczywistość, ciągłe ataki klasy rządzącej, ale również sama postawa central i organizacji związkowych. Przykłady mówią same za siebie. „Solidarność” wspiera rząd, nie po raz pierwszy para się polityką na najwyższym szczeblu, próbując ugrać coś dla siebie, broniąc swoich interesów, co nie równa się obronie interesów pracowników. OPZZ znajduje się w permanentnym kryzysie, nie jest w stanie wypracować klarownego stanowiska i własnej tożsamości. Określana mianem „lewicowej” centrala jest kojarzona, utożsamiana z SLD. Nie da się ukryć, że słusznie. Ale schemat „myślisz OPZZ, mówisz SLD” jest dla związku zjawiskiem niekorzystnym. Schemat związków jako przybudówki partyjnej, jednej z odnóg partii jest z powodów oczywistych szkodliwy dla każdego związku zawodowego, zrzeszonego w danej centrali.

Jest bardzo dużo problemów i wyzwań stojących przed związkami zawodowymi w realiach skrajnie niesprzyjających ich działalności. Bardzo ważnym o ile nie najważniejszym jest właściwe usytuowanie związków i ich działalności, znalezienie właściwego dla nich miejsca. Miejsca, z którego najlepiej mogłyby bronić interesów ludzi pracy. Takie poszukiwanie nie uda się bez radykalnej zmiany wizerunku i zmian wewnętrznych. Nie da się również uciec od „polityki”, czyli wypracowania relacji z partią, bądź partiami politycznymi, mogącymi przejawiać zbieżne poglądy względem obrony pracowników.

Twierdzenie, że związki muszą być apolityczne, czy wręcz antypolityczne jest tezą z góry skazaną na porażkę. Polityka i działalność związkowa przenikają się wzajemnie na każdym właściwie kroku. Rozwiązanie nie leży w odrywaniu się od działań politycznych, lecz wypracowaniu takich form nacisku i interwencji, które umożliwią jak najszerszy wpływ związków na władzę w dziedzinie rynku pracy, ustawodawstwa dotyczącego praw pracowniczych, emerytur, zabezpieczenia socjalnego. Słusznie o relacjach związek – „polityka” mówi program Związku Zawodowego Górników w Polsce, od którego uchwalenia mija już prawie rok. Związki nie mają charakteru partii politycznych, które walczą o władzę, związki nie powinny również podlegać decyzjom partii. Należy więc nie przekraczać cienkiej linii, za którą związki mogą być już instrumentem dla partii politycznych, a tym samym oddalają się od swojej bazy, jaką stanowią robotnicy. Przytoczone wyżej słowa nie wskazują jednocześnie na definitywne zerwanie i zamknięcie się na współpracę. To oznaczałoby izolację dążeń związkowych, ich postulaty uderzałyby w próżnię.

W Polsce bardzo trudno o takową współpracę. Wszyscy zdają sobie sprawę, że obecnie polska lewica jest bardzo słaba, skapitulowała ona przed kapitalistycznymi regułami gry, nie wypracowując żadnej alternatywy. Jednakże faktem niezaprzeczalnym jest współpraca tylko i wyłącznie z lewicą oraz tworzenie takowych programów i form walki przez związki zawodowe. W Polsce po roku ’89 zarówno rządy lewicy, mimo kilku niezaprzeczalnych sukcesów SLD, jak i obozu prawicowego przynosiły tylko złe rozwiązania dla ludzi pracy. Niczym nieograniczona prywatyzacja, cięcie tzw. „socjalu”, ograniczanie praw pracowniczych i związkowych. Do dziś słyszy się głosy, podobne do tego, przytoczonego na wstępie – że związki wyczerpały się, nie stoją już przed nimi żadne wyzwania. Patrzy się tęsknym wzrokiem za brytyjskim thacheryzmem. Nic bardziej mylnego. Związki były i są potrzebne. Ale żeby w pełni wykorzystać ich możliwości potrzebna jest odpowiednia baza polityczno-ideowa. Tylko dzięki takiej współpracy i korzystaniu z odpowiednich instrumentów politycznych prawdziwa walka związkowa będzie możliwa. Nie można oddzielać walki ekonomicznej od politycznej. Jest to częsty obrazek stosunków związki – działalność polityczna. Walka ekonomiczna jest rozdrabniana, jest, tak jakby, wewnętrzną sprawą danej branży, przedsiębiorstwa, regionu. Tym samym upominanie się o swoje prawa i walka o zakłady pracy jest izolowana. Jedyną formą walki politycznej są parlamentarne reprezentacje (jeśli takie istnieją), przez różnego rodzaju nacisk na decydentów. Obecnie wszystko to jest skazane na porażkę. W organach decyzyjnych nie ma skutecznej i zorientowanej lewicowo reprezentacji propracowniczej. Celem jest zaprowadzenie sytuacji, w której walka związkowa to walka o interesy teraźniejsze, natomiast walka polityczna lewicy, to walka o przyszłe interesy ruchu pracowniczego. Lewica jest jednak bardzo uboga w treść, a tym samym nie stanowi bazy i wsparcia ideologicznego dla związków. W chwili obecnej zaangażowania w tworzenie alternatywy działacze związkowi są osamotnieni. Muszą skupiać się na teraźniejszości, na obronie pracowników, zakładów pracy, praw im przysługujących. Nie mogą i nie są w stanie być „politykami”. Nie mogą prowadzić szeroko zakrojonej akcji ideologicznej i uświadamiającej, będąc przytłoczonymi zadaniami „na dziś”.

Receptę może stanowić oparcie się na partii politycznej, z pokrewnym ideologicznie programem, która wzięłaby na siebie rolę górniczego stempla podtrzymującego i wspierającego związki. Niestety w Polsce, obecnie takiej partii nie ma. SLD, największa partia lewicowa, jest w głębokim kryzysie, którego przyczyny są bardzo różne. Wyrzeknięcie się resztek lewicowego programu, kurs neoliberalny, a obecnie jeszcze nagonka ze strony katoprawicy. SLD póki co, samo potrzebuje dla siebie wsparcia, nie mówiąc już o byciu wsparciem dla kogokolwiek. Poza SLD na lewicy pustki. Nikt nie przekona mnie o sile tworzonych „z kapelusza” partyjek „prawdziwej” lewicy. Te same twarze, te same wielkie słowa i te same efekty. Stuosobowa manifestacja tu, dziesięcioosobowy kongresik tam. Jedyne, co łączy te wszystkie organizacyjki, to dzika nienawiść do SLD. „Prawdziwa” lewica opluwając i złorzecząc na Sojusz uderza sama w siebie. Zamiast budzić świadomość wewnątrz partii, mającej bądź, co bądź około 80 tysięcy członków, woli wystawić w jej kierunku wiadomą część ciała i budować tzw. alternatywę. Zastanówmy się – 80000 ludzi, matematycznie i na chłopski rozum nie jest możliwe, żeby tyle osób było klonami Millera, Pęczaka i innych. W Sojuszu leżą spore pokłady ludzi lewicy. Nie mam z drugiej strony złudzeń, że SLD, dzięki zmianie kursu przez swoje zbiurokratyzowane kierownictwo, stanie się w bliżej nieokreślonym czasie partią robotniczą. Szansy trzeba szukać innymi sposobami. To między innymi zadanie dla związków, szukając wsparcia politycznego trzeba umiejętnie „odkopywać” ludzi mogących taką bazą być. Czy tego chcemy, czy nie SLD, dalej będzie najbardziej rozpoznawalną, a także najbardziej wpływową partią na lewicy.

Związki zawodowe w swej działalności, potrzebują wsparcia masowej partii, tak jak partia lewicowa, ba cała lewica nie może obejść się bez związków, to system naczyń połączonych. Lewica prędzej, czy później wykona, paradoksalnie, zwrot na lewo. Jeśli nie sama, to zostanie do tego zmuszona. Przykłady z innych krajów wskazują na poprawność tej tezy. Weźmy na tapetę wydarzenia w Francji. Działo się tam dużo w minionym czasie. Wystąpienia studenckie, skierowane przeciwko projektowi umowy o pierwszą pracę, który zakładał kompletną samowolkę pracodawcy, który w każdym de facto momencie mógł zwolnić pracownika, zatrudnionego na podstawie tejże umowy. Głośne i czasami dramatyczne wydarzenia na francuskich ulicach i zdecydowany sprzeciw studentów, młodzieży i robotników diametralnie zmienił stosunek francuskiej socjaldemokracji i ich faktyczny program. Pod wpływem nacisku protestujących mas, nastąpiło pewne zradykalizowane socjaldemokracji. O podobnych przykładach można mówić w innych krajach Europy. Oczywiście polska socjaldemokracja odbiega od tej zachodnioeuropejskiej, jednak pod wpływem nacisku ze strony związków, robotników, partia choćby poprzez instynkt samozachowawczy i chęć przetrwania zareaguje zwrotem w lewo. A za takim zwrotem stoją konkretni ludzie. Proces jest trudny i złożony, pewnie także długotrwały, ale doszliśmy do takiego punktu, że innej możliwości nie ma.

Należy uświadomić sobie fakt, że jedynie masowy ruch oddolny, mający swe korzenie w strukturach związkowych, mający silną bazę w postaci ludzi pracy, robotników, jest w stanie wpłynąć na polską socjaldemokrację, na Sojusz. Spowodować widoczny, skuteczny dla ludzi pracy zwrot na lewo. Nie można mieć złudzeń, tylko jednoznacznie lewicowy program jest w stanie zmienić dzisiejsze barbarzyńskie stosunki na linii kapitał – praca.

Nie świadczy to jednocześnie o upolitycznieniu związków zawodowych. Bo przyznajmy szczerze, w chwili obecnej należy im się odpolitycznienie. Liderzy, którzy angażują się w działalność polityczną, kandydując do parlamentu, czy samorządów bardzo często zapominają o środowisku, z którego się wywodzą, gdy są członkami partii, podporządkują się wytycznym partyjnej góry, a nie interesom ludzi, których reprezentują. Reprezentujący związki politycy, po pierwsze winni być związkowcami, w rozumieniu jak największego nacisku i walki o postulaty wypracowane przez środowiska pracownicze. W chwili obecnej jedyną strukturą, która tak naprawdę jest w stanie pomóc wybić się działaczom związkowym na wody polityki jest SLD. Pewnikiem jest, że większa szansa na realizację tego celu, to oparcie się na Sojuszu, a nie na anonimowych i podzielonych partyjkach. Pamiętać jednak należy o hierarchii wartości, partia to środek, a nie cel. Nie należy obawiać się aliansu z polityką, w przypadku związków zawodowych jest to podstawowa broń w walce z kapitalizmem. Pamiętać trzeba jednak o tym, czym dla związków jest i czym ma być partia polityczna. Ma być ideowym zapleczem, wspornikiem podtrzymującym awangardę ruchu pracowniczego i środkiem do realizowania politycznych postulatów, umożliwiających codzienną ekonomiczną walkę o robotnika, jego prawa i godność. Jeśli połączy się to ze zmianą wizerunku związków, lepszą polityką informacyjną, przełamaniem skostniałych struktur, próbami dotarcia do ludzi młodych, nieskażonych jeszcze przepychankami i „bagienkiem” i otwarciem na resztę społeczeństwa, wizja „niezależnych” ekspertów będzie tylko złym snem z przeszłości.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing