|
W dziale nasi autorzy znajdują się krótkie notki biograficzne redaktorów oraz współpracowników strony socjalizm.org. |
| Związkowienie po polsku (chcieli dobrze, a wyszło jak zawsze) |
|
|
| Napisał(a): Bojan Stanisławski [socjalizm.org] | |
| 04.04.2007. | |
|
W marcu miało być miło. W związkach zawodowych dudniło się
sporo o manifestacjach i protestach, które na tenże miesiąc były zaplanowane.
Panowało wszechobecne podniecenie. Związki zrzeszone w OPZZ miały maszerować ramię w ramię z
„Solidarnością". „S" przy okazji zamanifestowałaby, iż nie jest - jak chciałoby
tego jej przywództwo - zakładniczką kaczej ekipy. Zjednoczone związkowe masy miały pokazać jak to dostrzegły
wspólnotę interesów i jak to bronią wspólnie sprawy pracowniczej. Pięknie! Plan
wyśmienity! Szkoda tylko, że nie doszedł do skutku...
W marcu miało być miło. W związkach zawodowych dudniło się sporo o manifestacjach i protestach, które na tenże miesiąc były zaplanowane. Panowało wszechobecne podniecenie. I faktycznie. Marzec był pod tym względem miesiącem - w retrospektywie ostatnich kilku lat - wyjątkowym. Przez Warszawę przemaszerowało kilka grup zawodowych. Na tym jednak pozytywy się kończą... Oczywiście, mobilizacje te należy pochwalić i - zważywszy na polskie realia - z uszanowaniem odnieść się do faktu, iż w ogóle zaistniały. Niemniej, warto pokusić się o odrobinę konstruktywnej krytyki, która - oby tak było - przysłuży się ruchowi związkowemu. Pierwsi na Warszawę ruszyć mieli górnicy i energetycy. Strajki i protesty szefowie tych branż głosili chętnie na łamach prasy związkowej, skądinąd wiadomo, że załogi były takim akcjom bardziej niż chętne. Sukces miał być wybitny także dlatego, że demonstracja miała być totalnie pluralistyczna jeśli idzie o barwy związkowe. Wszyscy deklarowali chęć wspólnego protestu. Związki zrzeszone w OPZZ miały maszerować ramię w ramię z „Solidarnością". „S" przy okazji zamanifestowałaby, iż nie jest - jak chciałoby tego jej przywództwo - zakładniczką kaczej ekipy. Zjednoczone związkowe masy miały pokazać jak to dostrzegły wspólnotę interesów i jak to bronią wspólnie sprawy pracowniczej. Pięknie! Plan wyśmienity! Szkoda tylko, że nie doszedł do skutku. Biurokratyczne manewry ze strony niektórych liderów „S" sparaliżowały całą inicjatywę i to za pomocą klasycznego tricku. A polegał on na tym: rejestrujemy przemarsz we właściwych urzędach na „S", uśmiechamy się do wszystkich innych związków i wymachujemy szturmówką, po czym siadamy do pogaduch z szefami i podpisujemy układzik. Naturalną konsekwencją takiego „kompromisu" jest odwołanie zaplanowanej wcześniej imprezy i to w takim terminie, by pozostali jej ewentualni uczestnicy nie mieli już dość czasu na jej re-rejestrację pod własnym szyldem. Naiwność jest wprawdzie zjawiskiem wybaczalnym, ale zadziwia czasem jej cokolwiek dokuczliwy nadmiar. Wszak nie od dziś wiadomo, że kierownictwo „Solidarności" - czasem po cichu, czasem dość ostentacyjnie - uprawia klasową kolaborację i sprzyja rządzącym. Można było - z dużym prawdopodobieństwem - przewidzieć pewne niespodzianki, zwłaszcza te klasyczne. Potem nauczyciele. Ci mieli dać w kość ministrowi Giertychowi, który swymi pomysłami rodem z „Elementarza początkującego faszysty" namieszał już za bardzo. Poza tym co i rusz ostentacyjnie okazywał ZNP lekceważenie i starał się obrazić całą organizację. Najpierw nie wręczył jego członkom jakichś orderów, potem publicznie nimi (ZNPowcami, nie orderami) pogardzał nazywając „komunistami" itp. Wtórował mu wiceminister Orzechowski, który obalił teorię Darwina (do spółki z tatuńciem omawianego ministra) i także siał publicznie despekt wobec ZNP. Przypomnijmy, że nauczycielski gniew wezbrał już w ubiegłym roku. Niestety medialna mantra wokół tragedii w kopalni „Halemba" doprowadziła do odwołania mobilizacji. Wszyscy - zgodnie z instrukcjami „Gazety Wyborczej" - mieli pogrążyć się wówczas w smutku i ronić łezki, a może nawet zapalić świeczkę w oknie (i nie zapominać o modlitwie). Związki zawodowe spełniły to polecenie i spokojnie przyglądały się temu jak wydarzenie (tragiczne i smutne) o charakterze jak najbardziej pracowniczym przekształcono w religijny humbuk. ZNP odwołało zatem swój protest i wycofało się z działania politycznego w momencie kiedy było ono bardziej potrzebne niż kiedykolwiek w ostatnim czasie. Można było wszak zamanifestować nie tylko swoje „zero tolerancji" dla Giertycha, ale i solidarność z zabitymi przez wolny rynek górnikami oraz sprzeciw wobec praktyk umożliwiających właścicielowi prywatnej firmy swobodne zarządzanie życiem i śmiercią swoich pracowników. Niestety. Szkoda, że związki górnicze nie pokusiły się wtedy na choćby jednogodzinny strajk ostrzegawczy. Tak czy inaczej do protestu doszło. Wprawdzie z kilkumiesięcznym opóźnieniem, ale jednak. Jedenaście tysięcy nauczycieli przemaszerowało przez Warszawę. Szkoda tylko, że - podobnie jak w wypadku „Halemby" - dali się wpuścić w pułapkę wszechogarniającemu dyskursowi. Zamiast wysłać Giertycha i Orzechowskiego do jasnej cholery nauczyciele manifestowali w pełnym milczeniu. Z wozu zaopatrzonego w sprzęt nagłaśniający jakiś kobiecy głos odczytywał rozmaite oświadczenia, raczej mało zagrzewające do walki. Przed ministerstwem oświaty urządzono coś, co mogło stać się fantastycznym happeningiem. Rozstawiono ciekawe akcesoria - na przykład wezwanie do psychiatry dla min. Orzechowskiego. Mikrofony i głośniki zaparkowano tuż przed bramą wjazdową ministerstwa. Była okazja po temu, by Giertychowi powiedzieć co to o nim brać nauczycielska myśli. Tymczasem do głosu dorwały się egzaltowane osoby o dość osobliwych przekonaniach, które wyrażały swoje wielkie oburzenie na ministra za to, iż śmiał je obrazić nazywając „komunistami". Jakaś młoda nauczycielka zapewniała zgromadzonych i ministra G., iż rodzice nie czytali jej bajek o Leninie. Nawet jeśli owa pani nie jest polonistką wiedzieć powinna, iż Włodzimierz Uljanow nie był bajkopisarzem, ani bohaterem opowiadań dla dzieci, lecz działaczem politycznym. Inna młoda nauczycielka zdecydowała się na infantylne pyskowanie w stylu „sam jesteś komuch" twierdząc, iż G. chce w polskich szkołach zaprowadzić reżim północnokoreański i kubański na raz (rzekła: „Mundurki? Mundurki już są - w Korei i na Kubie!"). Tak więc zamiast defilady przeciwko wszechopolacyzacji szkół odegrano performance, który świadczy o tym, iż nauczycielom udzieliła się wszechogarniająca antykomunistyczna histeria, i że bardziej od neo-faszystowskiej nawały boli ich etykietka „komunista". A i na tym nie koniec. W demonstrację nauczycielską wmieszały się poddziadziałe i podbabciałe elementy (od lat udające nauczycieli, a nawet zatrudnione na etatach takowych), które zdradzały przywiązanie do tradycji wychowawczych zgoła nieodmiennych od tych propagowanych przez MW i LPR. Mianowicie: chlastanie linijką po łapach, ostentacyjne deprecjonowanie młodszych od siebie, pogarda dla młodzieży, żądza dominacji, a bonusem niech będą nocne fantazje o motywach sadystycznych. Elementy owe zaszkodziły nauczycielskiej procesji, bo do nauczycieli chciała przyłączyć się młodzież pobierająca naukę. Istniała szansa na przełamanie odwiecznego konfliktu belfer-uczeń... Choćby na chwilę. Dla wspólnej sprawy. Niestety babcie i dziadki przegoniły młodzież (zajście miało miejsce koło Belwederu) obdarzając zaskoczoną jej grupę rozmaitymi epitetami typu: „chuliganeria" czy „narkomani". Przy okazji dostało się też po głowie dziennikarzom związkowym, którzy z młodzianami zdecydowali się porozmawiać o ich motywach przybycia oraz odczuciach po tym jak zostali przyjęci. Kolejną grupą protestujących byli pracownicy PGNiGE. Udana, doskonale zorganizowana manifestacja. „Solidarność" - co należy podkreślić - stawiła się gremialnie, mimo iż Komisja Krajowa tejże sprzeciwiała się i do ostatniej chwili sabotowała udział „S" w tym przedsięwzięciu. Szkoda wprawdzie, że jedno z naczelnych haseł demonstracji wpisywało się antyrosyjskie fobie umacniane w Polsce przez PiS, ale co tam... Wszystkiego mieć nie można. Znakomitą organizacją, jeszcze w lutym, popisali się również pracownicy Polfy; w tym zakładzie współpraca „Solidarności" i OPZZ jest wręcz modelowa. Dobrze rokuje też mobilizacja i współpraca związkowców w PLL LOT. Szanowne Koleżanki Związkowczynie i Szanowni Koledzy Związkowcy - na koniec jedno pytanie: nie można było powędrować ulicami Warszawy razem? P.S. Krytyka powyższa nie oznacza, iż autor powyższego tekstu nie identyfikuje się z pracownikami czy też polskim ruchem związkowym. Wręcz przeciwnie - powstała ona z nadzieją na poprawę sytuacji, a nie celem zniechęcenia. Jednocześnie jednak pretensje pozwala sobie skierować ku tzw. polskiej lewicy radykalnej, której na 75% z przywołanych akcji nie raczyła wysłać choćby jednego swojego przedstawiciela. Za to radośnie peroruje o pracownikach przy różnych okazjach, tylko nie w ich obecności... |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |