Kto posprząta po prawicy? Drukuj Email
16.10.2001.

Szczegółowa analiza powyborczej panoramy polskiej pod koniec 2001 roku. Autorzy przedstawiają rolę najważniejszych czynników, warstw i klas społecznych, tworzących polską rzeczywistość. Nakreślają także procesy zaistniałe w Polsce w ciągu poprzednich 15 lat oraz próbują odpowiedzieć na pytanie "co dalej"?

"Gdyby wybory miały cokolwiek zmienić, dawno by ich już zakazano"
Noam CHOMSKY


 

23 września 2001 odbyły się w Polsce wybory parlamentarne. Czwarte od 1989 roku.

Pierwsze powojenne w całości demokratyczne i wolne wybory parlamentarne odbyły się w Polsce w 1991 roku. Były one oparte o nowe mechanizmy oraz przepisy wyborcze, wprowadzone przez Małą Konstytucję, uchwaloną w tym samym roku. Co prawda wolne wybory do sejmu i senatu odbyły się po raz pierwszy w 1989 roku - wzięła w nich udział rekordowa liczba uprawnionych do głosowania- 62%. W 1989 roku został wybrany tak zwany sejm kontraktowy - jego skład oraz działania były podyktowane raczej decyzjami, które zapadły podczas obrad Okrągłego Stołu, niż wolą wyborców. Ustalenia dotyczyły przede wszystkim obsady miejsc w sejmie (senat pochodził w całości z wyboru). 66% miejsc zostało zagwarantowanych dla PZPR wraz z partiami współpracującymi (ZSL i SD). Pozostałe 30% miało być z kolei domeną Solidarności. Tylko o obsadzie reszty miejsc miał zdecydować wynik głosowania, niemniej miały one zostać i tak rozdzielone pomiędzy te dwa stronnictwa. Możliwość oddania głosu oraz świadomość posiadania wpływu na polityczne funkcjonowanie kraju oraz poczucie kształtowania jego przyszłego losu niewątpliwie zaktywizowały społeczeństwo. Do urn poszło 62% uprawnionych do głosu. Była to liczba rekordowa - nigdy później frekwencja nie osiągnęła tego poziomu, systematycznie spadając.

Historia demokratycznych wyborów parlamentarnych w Polsce sięga roku 1919. Parlamenty przedwojenne działały w sposób bardzo nieudolny. Międzywojenna Polska cechowała się słabością rządów, nieustannymi kłótniami partyjnymi, totalnym brakiem decyzyjności, co zaowocowało tak zwanym Zamachem Majowym siedem lat później. Wówczas dyktatorską władzę - w wyniku kilkudniowej wojny domowej oraz wojskowo-politycznych intryg - przejął bohater wojenny, marszałek Józef Piłsudski, który aż do swojej śmierci w roku 1935, rządząc twardą ręką demonstracyjnie, lekceważył wszelkie mechanizmy demokratyczne, próbując udowodnić wszystkim że najmniejsze symptomy demokratycznego wyboru są niebezpieczne dla funkcjonowania państwa i narodu.

Mechanizmy parlamentaryzmu odrodziły się w Polsce dopiero po 1945 roku. Ustrój ukształtowany wtedy w Polsce niewątpliwie odbiegał od standardów demokratycznych i wprowadzany był na bagnetach Armii Czerwonej, niemniej nie bez pewnego społecznego poparcia. Wszelkie wybory, referenda itd. z lat 1945-1989 były, w mniejszym lub większym stopniu, wynikiem woli władzy, która z czasem straciła zaplecze społeczne. Rezultaty głosowań były z góry przesądzone - zawsze korzystne dla rządzącego obozu z niekiedy absurdalnie wysokimi wskaźnikami zarówno poparcia jak i frekwencji. Porządek ten był lustrzanym odbiciem tego, który panował w ZSRR od czasów Stalina.

Taki stan rzeczy trwał do 1989 roku, w którym to masowy opór robotniczy oraz nastroje panujące w kierownictwie KPZR i poczynania jej generalnego sekretarza Michaiła Gorbaczowa, zmusiły PZPR do ustępstw na rzecz "Solidarności" oraz realizacji demokratycznych postulatów społecznych.

Z historii politycznej III Rzeczypospolitej

Niestabilny politycznie Sejm Kontraktowy oraz wyłoniony wówczas rząd Tadeusza Mazowieckiego przetrwały bardzo krótko. Wewnętrzne kłótnie, spory między różnymi stronnictwami oraz powszechna obsesja tzw. "dekomunizacji" połączone z absolutnym brakiem konkretnego działania, spowodowały totalny paraliż. Stworzyło to możliwość swobodnej manipulacji w zakresie gospodarki nowemu ministrowi finansów - Leszkowi Balcerowiczowi (były członek PZPR, potem "Solidarności"). Człowiekowi, któremu polskie społeczeństwo "zawdzięcza" "terapię szokową" - czyli skrajnie liberalne, kapitalistyczne reformy, których to efekty są do dziś wszechobecnie widoczne.

Kolejne wybory parlamentarne odbyły się w Polsce w roku 1991 - oparte były one na stworzonej wcześniej ordynacji wyborczej i nosiły znamiona reprezentacyjnej demokracji parlamentarnej. Wówczas społeczeństwo zdecydowanie opowiedziało się po stronie działaczy politycznych i związkowych, którzy reprezentowali nurt Solidarności, zrodzony podczas strajków z roku 1980. Ugrupowania tego nurtu były bardzo podzielone - w sumie do parlamentu weszło bardzo dużo małych partii, włączając w to tak absurdalne "byty polityczne" jak np. Polska Partia Przyjaciół Piwa. Stronnictwa prawicowe - choć podzielone i skłócone - dysponowały parlamentarną większością. Oczywistym następstwem tej sytuacji była niestabilność rządów, które powstawały i znikały, a parlamentarne kłótnie doprowadzały państwo do chaosu. Ta cała parlamentarna gehenna roztapiała się powoli w morzu społecznego rozgoryczenia oraz rozlewającej się po całym kraju masowej nędzy.

Totalna nieudolność rządzących, oraz głupota i nieporadność będącego prezydentem od 1990 roku Lecha Wałęsy, spowodowały polityczno-administracyjną zapaść państwa, połączoną z niesamowitą ekonomiczną recesją (wszystkie wskaźniki gospodarcze poszły w dół, płace pracowników zjadała inflacja, renty i emerytury zostały obniżone, a w codziennym użytku pojawiły się milionowe banknoty). Za całą zaistniałą sytuacje rządzący zrzucali odpowiedzialność na "komunistów", 50 lat rzekomego masowego terroru, gospodarkę planowaną i brak demokracji parlamentarnej. Obsesją rządzących, którzy nie potrafili sobie poradzić z zaistniałą sytuacją, stała się "dekomunizacja". Najpełniejszym tego wyrazem była tak zwana "afera teczek Maciarewicza": ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, który oskarżył całą elitę polityczną o współpracę ze służbami bezpieczeństwa PRL (na liście figurował nawet sam Lech Wałęsa pod pseudonimem "Bolek"). Wkrótce potem pierwszy, demokratyczny parlament w historii III Rzeczypospolitej, miotany wewnętrznymi sprzecznościami, praktycznie rozleciał się. W 1993 roku Lech Wałęsa rozpędził go i nakazał rozpisanie nowych wyborów, licząc na zwycięstwo stworzonego przez siebie stronnictwa BBWR.

Nowe wybory odbyły się we wrześniu 1993 roku. Podzielona i skłócona prawica tym razem, w zdecydowanej większości, nie weszła do parlamentu. Społeczna frustracja, która przez cały poprzedni okres przejawiała się w tysiącach strajków, dała o sobie znać. 20% ludzi oddało swój głos na SLD, który był konglomeratem lewicowo nastawionych ugrupowań politycznych. Jego trzonem była SDRP (Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej) składająca się we większości z byłych "komunistycznych" aparatczyków. Rządy, które SLD utworzyło wraz z PSL wprowadziły państwo na drogę szybkiego wzrostu gospodarczego. Najbardziej upośledzone warstwy społeczne odczuły wielką ulgę (300% wzrost zasiłków społecznych). Jednak pod koniec kadencji ujawniły się także słabości tej koalicji. Narastały tarcia między SLD i PSL (licząc na przyszły sojusz z prawicą to ostatnie ugrupowanie prowadziło politykę obstrukcji względem własnego rządu - na miesiąc przed wyborami zgłosiło nawet w sejmie wniosek o wotum nieufności!). Decydującym ciosem dla rządzących była tzw. Powódź Tysiąclecia, która wystąpiła w lecie 1997 roku - choć akcja ratunkowa była przeprowadzona całkiem dobrze, to wyborcy zamieszkujący inne tereny zostali zrażeni kilkoma aroganckimi wypowiedziami członków rządu i obrazem bezsilności wobec potwornej klęski, który wyolbrzymiały media wraz z opozycją. W tym czasie prawica nie próżnowała - jednoczyła swe szeregi pod przywództwem Mariana Krzaklewskiego, odwołując się do patosu pierwszej Solidarności, nastrojów patriotyczno-religijnych i nieodzownej potrzeby dekomunizacji. Zjednoczyły się także szeregi liberałów: Unia Wolności, na której czele stał Leszek Balcerowicz - znany ze swoich tragicznych w skutkach reform kapitalistycznych z roku 1989 - obiecywał wzrost gospodarczy rzędu 10%.

To wszystko sprawiło, że następne wybory wygrała koalicja ugrupowań prawicowych AWS, która utworzyła rządy z liberalną partią Leszka Balcerowicza (w nowym rządzie został on ministrem finansów). Cztery lata rządów prawicowych naznaczone były piętnem czterech nieudanych, nieprzygotowanych i nieudolnie wprowadzanych, antyspołecznych oraz liberalnych reform, które wprowadzone jednocześnie 1 stycznia 1999 roku doprowadziły kraj do kolejnej zapaści. Zamiast obiecywanych 10% wzrostu gospodarczego Balcerowicz poprzez nieodpowiedzialną politykę "schładzania za bardzo rozwiniętej gospodarki" doprowadził Polskę na skraj recesji (wzrost PKB zmalał z 7% w 1997 do szacowanych 2% w 2001). Gazety pisały o tym, że Polskę jest w stanie zająć zbrojnie grupa skautów z Białorusi. Wszystkie te zmiany spowodowały totalny chaos administracyjny i paraliż państwa. Bezrobocie wzrosło o ponad połowę z 10% w 1997 roku do 16% obecnie (założenia dla następnego budżetu przewidują, że dalej będzie rosnąć i ostatecznie osiągnie pod koniec 2002 roku 19,4%). Niesławne "cztery reformy" (służby zdrowia, edukacji, administracyjna i emerytalna), które miały być sztandarowym osiągnięciem rządu i "wolnej, demokratycznej" Polski, które miały także zagwarantować ogólną społeczną szczęśliwość oraz rządy prawicy na wiele kadencji okazały się kompletnym fiaskiem. Zlikwidowano tzw. zielone recepty dzięki którym za symboliczną kwotę około 1$ można było kupić bardzo drogie, zagraniczne leki; ograniczono dostępność do darmowej służby zdrowia, dochodziło nawet do przypadków gdy ludzie umierali pod szpitalami, podczas gdy kłócono się o to kto sfinansuje ich leczenie; wbrew zapowiedziom reformatorów niespotykane dotąd rozmiary przybrała korupcja wśród lekarzy i personelu. Zlikwidowano wiele szkół wiejskich; ceny podręczników znacząco wzrosły, co sprawia że wielu uczniów (nawet w najbogatszej Warszawie choć tu jest to znacznie mniej widoczne) nie stać na nie; nowe struktury w szkolnictwie doprowadziły - wbrew zapowiedziom reformatorów - do chaosu, niesamowitego rozrostu biurokracji i straszliwego obniżenia poziomu nauczania. Utworzenie kolejnego szczebla administracji samorządowej i zmiany w pozostałych doprowadziły do dużego wzrostu liczby urzędników i konfliktów kompetencyjnych między administracją państwową i samorządową; parlament nakładał na samorządy kolejne obowiązki, ale rząd nie dawał jednocześnie budżetowych pieniędzy na ich wykonanie (np. na budowę warszawskiego metra w budżecie na rok 2001 było zarezerwowanych 125mln złotych, a dano zaledwie 19mln zł). Z braku pieniędzy także reforma emerytalna nie jest w stanie funkcjonować nawet tak, jak zakładano - wielu emerytów niewątpliwie zostanie oszukanych przez Fundusze Emerytalne, które obecnie większość otrzymanych pieniędzy po prostu "przejadają". Temu wszystkiemu towarzyszyła awanturnicza i bezmyślnie przeprowadzona prywatyzacja. Oczywiście proces ten postępował także za czasów rządów socjaldemokratycznych, ale gdy władzę przejęła prawica uległ on dramatycznemu przyspieszeniu. Jako przykład totalnej głupoty rządu może posłużyć sprzedaż warszawskich Domów Towarowych Centrum, które zostały wycenione na kwotę mniejszą, niż grunt na którym się znajdowały!

Ciągłe kłótnie w koalicji rządzącej doprowadziły w końcu do jej rozpadu w czerwcu 2000 roku. AWS zdecydowało się jednak na utworzenie rządu mniejszościowego, który dalej prowadził Polskę w kierunku zapaści. Ostatecznie w sierpniu tego roku opublikowano dane, z których wynika że w przyszłym roku deficyt budżetowy osiągnie sumę około 20 miliardów dolarów - ta wielkość mniej więcej odpowiada ilości zaciągniętych w latach 70 przez ekipę Gierka długów, które doprowadziły do wszechstronnego rozwoju Polski. Tym razem jednak pieniądze zostały wydane, a jedynym widocznym efektem jest stale powiększająca się nędza. W takiej to właśnie atmosferze odbyły się wrześniowe wybory parlamentarne.

Zwycięzcy i przegrani.

Nowe wybory zostały rozpisane na dwudziestego trzeciego września 2001 roku.

Zarejestrowało się i stanęło do wyborów osiem ogólnokrajowych komitetów wyborczych. Oprócz tego o miejsca w parlamencie ubiegało się kilka ugrupowań, które zarejestrowały listy tylko w niektórych okręgach (np. Polska Partia Socjalistyczna).

Kampania wyborcza rozgorzała na dobre już na miesiąc przed wyborami. W telewizji odbyły się dziesiątki debat, a miasta i wsie zalała fala plakatów. Sypało się mnóstwo inwektyw i wzajemnych oskarżeń, choć przyznać trzeba, że nie brakowało kilku rozsądnych wypowiedzi. Wszystkie sondaże przedwyborcze wskazywały na zdecydowane zwycięstwo Sojuszu Lewicy Demokratycznej, który oscylował w granicach 50% poparcia. Poparcie owo nie pojawiło się jednak z dnia na dzień pod wrażeniem kampanii wyborczej. Prawdę mówiąc to w największym stopniu zapracowały na nie dwie partie, które współtworzyły ostatni rząd. Doprowadzając kraj do totalnej ruiny ekonomicznej i zawodząc wszystkie społeczne nadzieje w nich położone zostali skazani na polityczny niebyt. Rządząca prawica wywołała w społeczeństwie tak silne poczucie wstrętu w stosunku do siebie samej, że ponad 12% osób, które wcześniej oddały głos na zdecydowaną, "antykomunistyczną" prawicę zagłosowało tym razem na SLD! Cztery lata rządów AWS i UW określa się najczęściej jako cztery reformy i pogrzeb albo dom wariatów. Społeczeństwo zostało po prostu porażone ogromem zniszczeń jakie wywołała rządząca koalicja. Prawicowcy sami pchnęli wyborców w ramiona socjaldemokracji. Ludzie chcieli zagłosować na kogoś kto jawi się jako totalne przeciwieństwo AWS oraz UW.

Sojusz Lewicy Demokratycznej powoli oswajał się z perspektywą objęcia rządów i żywił ciche przekonanie o tym, że będzie to rządzenie pełne i samodzielne, bez żadnych ewentualnych przeszkód czy też koalicjantów. Z czasem przekonanie o własnej wielkości rosło. Lider partii - Leszek Miller - coraz swobodniej szafował stołkami obiecując ich - jak się okazało - w nadmiarze. Co gorsza jedynym pomysłem, jaki przyszedł mu do głowy, na uzdrowienie finansów publicznych było ograniczenie administracji państwowej (w tym redukcja liczby ministerstw, co było szczególnie kłopotliwe). Miller strzelił tuż przed wyborami straszną gafę - będzie już chyba na zawsze zapamiętana jako "wystąpienie Belki". Marek Belka to kandydat SLD na ministra finansów, który wygłosił coś w stylu finansowego expose w ostatnim dniu kampanii wyborczej. Okazało się to potwornym niewypałem. Upomniany przez swego szefa Belka musiał wydać specjalne oświadczenie, że wcale nie powiedział tego co mówił. Chodziło tu o to, że Belka zaczął przedstawiać swoje plany rozwiązań problemów budżetowych, ale po kilku minutach słuchania Pana Belki odnosiło się wrażenie, że przemówienie napisał mu sam Balcerowicz. Było to wszystko ubrane w ładne słówka, ale trąciło neoliberalizmem na kilometr. Efekt - wynik wyborczy SLD to 41% zamiast upragnionej pełnej większości. Zabrakło dokładnie 18 mandatów. I tak oto Sojusz Lewicy Demokratycznej zwyciężył w wyborach parlamentarnych w Polsce w 2001 roku.

Zwycięstwo to jednak jest bardzo wyblakłe. Zostało przyćmione przede wszystkim przez to, że liderzy SLD, którzy jeszcze przed 23 września zachowywali się jakby już te wybory wygrali, zmuszeni zostali skonfrontować ten stan radosnej pewności siebie ze średnio wesołym wynikiem wyborów. Wówczas wszystkim mocno zrzedła mina - rozpoczęło się gorączkowe konstruowanie planów B i C, zaczęło się poszukiwanie koalicjanta, zaczęły się kłótnie czy rząd mniejszościowy czy koalicyjny, no i problem podstawowy - jak zniszczyć przeciwników wybranej przez kierownictwo opcji.

To jednak nie wszystko. To co miało być najważniejszym politycznym wydarzeniem i co miało być obecne na pierwszych stronach gazet i miało być czołówką wszystkich programów telewizyjnych przeobraziło się w blade tło. Wydarzeniem nr 1, o którym wszyscy paplali na lewo i na prawo stał się niespodziewany triumf ugrupowania Andrzeja Leppera "Samoobrona". Jest to dość ciekawa partia. Wprawdzie istnieje już od 10 lat, jednak większe znaczenie zdobyła podczas tzw. "rolniczych blokad" z początku 1999 roku. Wówczas - doprowadzeni do ostatecznej desperacji - rolnicy wyszli na międzymiastowe drogi i blokowali je. Całej akcji przewodził właśnie Lepper i Samoobrona. Wszystkie te blokady były bardzo agresywnie tłumione przez policję przy użyciu gumowej amunicji (tak na marginesie w ostatnich latach widać znaczący wzrost brutalności policji wobec protestujących grup społecznych). Tym sposobem Samoobrona przedostała się do mediów, a Lepper zaczął poważnie myśleć o karierze politycznej. Wkrótce nastąpił okres gwałtownych rolniczych demonstracji, Lepper zaczął się czesać i pobierać lekcje ubierania się oraz prawidłowej wymowy. Samoobrona to partia, która jawi się wyraźnie jako ugrupowanie stricte chłopskie (choć kierownictwo utrzymuje oczywiście, że to fałszywy obraz wykreowany przez media, a partia jest w rzeczywistości ogólnopaństwowa i ogólnospołeczna) z silnym protekcjonistycznym i antyliberalnym usposobieniem. Niemniej te dwa czynniki nie stanowią same w sobie żadnej pozytywnej wartości czego Samoobrona jest właśnie doskonałym przykładem. Lawirując z początku pomiędzy umiarkowaną antyliberalną lewicowością i skrajnym nacjonalizmem Lepper w końcu zdecydował się na to drugie. Wiedział bowiem doskonale jakie nastroje panują na polskiej wsi i widział jak nacjonalistyczne, antysemickie i ogłupione przez kościół katolicki chłopstwo zmotywować do poparcia go. Udało mu się lepiej niż się tego w rzeczywistości spodziewał. Andrzej Lepper najbardziej przerażony jest w tej chwili tym, że wprowadził do sejmu ludzi o zerowym politycznym doświadczeniu, minimalnym wykształceniu i tragicznej elokwencji o salonowych manierach nie wspominając. On jest jedynym i niekwestionowanym liderem tej partii i on jest jej wizytówką. Tylko jego twarz obejrzeć można w publicystycznych programach telewizyjnych i prawie tylko jego wypowiedzi usłyszeć można w radiu lub przeczytać w gazetach.

Do grupy zdecydowanych zwycięzców wyborczych z pewnością można także zaliczyć Ligę Rodzin Polskich. Wbrew pozorom jest to chyba najbardziej niebezpieczne ugrupowanie polityczne. W jego skład wchodzą znani antysemici, skrajni nacjonaliści oraz neonazistowska młodzież plus kilku tępawych klerykałów. Tłem programu jest totalna negacja wszystkiego co związane z Unią Europejską i wszystkiego co niekonserwatywne, postępowe bądź za mało katolickie. To wszystko utopione jest z kolei w bagnie zatęchłego, twardogłowego nacjonalizmu co w połączeniu z antyliberalizmem daje prawdziwie niebezpieczną mieszankę. 7,5% to dla skrajnych prawicowców na prawdę bardzo dużo. To również był sukces, którego sami liderzy się nie spodziewali. Poparcie to zawdzięczają w większości katolickiej rozgłośni radiowej "Radio Maryja", która w bardzo skuteczny sposób zbudowała sobie autorytet wśród religijnego społeczeństwa i w bardzo umiejętny sposób nim manipuluje.

Te dwa przypadki (Samoobrona i Liga Rodzin Polskich) pokazują dobitnie jak ludzie w obliczu narastającego kryzysu, pogrążeni w apatii i z braku socjalistycznej alternatywy, zwracają się w stronę nacjonalizmu.

Największą porażkę natomiast w tych wyborach ponieśli rządzący przez ostatnie 4 lata AWS i UW - żadna z tych partii nie weszła do parlamentu. W mediach podkreślano, iż jest to ewenement w polityce - nawet na skalę europejską. Jednak wynik wyborczy (poparcie dla AWS z 34% spadło do 5%!) nie przeszkadza dalej urzędującemu jeszcze premierowi Buzkowi niehonorowo trzymać się swego stołka i dalej prowadzić swoją politykę. Całą tą "niefortunną porażkę" tłumaczy się w tych dwóch partiach tym, że podjęły się one trudnych, koniecznych i wręcz zbawiennych dla Polski reform, które nie mogły dłużej czekać - były to jednak działania niepopularne i dlatego na chwilę straciły one poparcie. Jest to oczywiście bzdura!

Inne ugrupowania, które znalazły się w parlamencie IV kadencji to Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość. Oba te twory składają się z części AWS i UW, które w porę uświadomiły sobie że z list tych partii nie można już dostać się do parlamentu. PO to praktycznie to samo, co Unia Wolności. PiS natomiast w znaczącej części składa się z byłych działaczy AWS. Ostatnią partią, która weszła do parlamentu jest PSL - ta umiarkowana w żądaniach partia ludowa dużo straciła na rzecz radykalniejszej Samoobrony, uzyskując ostatecznie niespełna 9% głosów. Jest to jednak najbardziej wygodny partner dla SLD i to właśnie z nim została podpisana umowa koalicyjna.

Najważniejszy czynnik na który należy jednak zwrócić uwagę to frekwencja. W wyborach wzięło udział zaledwie 47% uprawnionych do głosowania. Oznacza to, że ponad połowa Polaków nie miała na kogo oddać swojego głosu i (lub) była na tyle zniechęcona 12 latami "demokracji", "wolności" i "pluralizmu", że ma tego wszystkiego już serdecznie dosyć, a wybory nie są czymś innym niż tylko cykliczną błazenadą i popisem demagogii i obłudy.

Kto i gdzie?

Polskę generalnie możemy podzielić na kilka regionów, w których tradycyjnie popiera się pewne ugrupowania. Podziały te są głęboko zakorzenione i niejednokrotnie sięgają czasów, kiedy to Polska była podzielona między Rosję, Prusy i Austrię.

Ogólnie możemy wyróżnić: Centrum, Ziemie Odzyskane (włączone do Polski po roku 1945), Ściana Wschodnia i Południe. I tak np. na Ziemiach Odzyskanych oraz Ścianie Wschodniej (gdzie bezrobocie jest największe i doprowadzone do upadku Państwowe Gospodarstwa Rolne sprawiły, że ludzie żyją tam w skrajnej nędzy) największym poparciem cieszy się SLD. Ostatnio jednak ludzie, rozczarowani polityką wszystkich znanych im partii, wybrali tam także w dużej części Samoobronę - to dotyczy w szczególności wsi i małych miasteczek. Oprócz tego SLD posiada swoje wielkomiejskie enklawy - np. w Łodzi (centralne miasto, gdzie do niedawna znajdowało się bardzo dużo fabryk) był bezapelacyjnym zwycięzcom, zdobywając ponad 50% głosów; jeszcze bardziej powalający z nóg jest rezultat 60% w Sosnowcu (przemysłowe miasto na zazwyczaj prawicowym Południu). To pokazuje, że tam gdzie są robotnicy raczej zwycięża SLD.

Samoobrona największe poparcie ma w biednym Centrum - bardzo dużo tamtejszej ludności mieszka na wsi i nie podoba im się aktualna zbrodnicza polityka rolna rządu.

Południe to tradycyjny bastion prawicy, choć i tam nastąpiła zmiana w stosunku do poprzednich wyborów na korzyść SLD.

Platforma Obywatelska natomiast swe poparcie czerpie głównie z najbogatszych miast, gdzie głosują na nich biznesmeni, nowobogaccy i inteligencja.

Rola kościoła katolickiego

Kościół to najbogatsza instytucja w Polsce. Kościół katolicki to taka polska odmiana Microsoftu. Funkcjonuje bowiem jak dobrze prosperująca korporacja i oparta jest na podobnych zasadach. Poza tym jest elementem polskiej kultury i tradycji, postrzegany jest jako instytucja, dzięki której "polskość" przetrwała czasy zaborów i dwóch światowych wojen oraz czasy powojenne. Jest to o tyle prawdziwe o ile fałszywe. Kościół zdołał bowiem przechować te fragmenty polskiej kultury, które są de facto najbardziej szkodliwe i niebezpieczne: nacjonalizm, antysemityzm, konserwatyzm, zabobonność itd. Tym sposobem wykształcił sobie wśród pewnych warstw społecznych bardzo silny autorytet - szczególnie na polskiej wsi. Są w Polsce rejony, w których ksiądz jest jedynym punktem odniesienia dla każdego. Podporządkowując sobie systematycznie coraz więcej ludzi, buduje sobie kościół katolicki zaplecze społecznego poparcia. Tym sposobem polscy księża i biskupi katoliccy zbudowali państwo w państwie. Jasne jest zatem, że ta instytucja w Polsce prowadzi własną politykę. Polega ona na popieraniu reakcyjnej prawicy. Choć w dużych centrach religijnych, takich jak Toruń czy Częstochowa, Liga Rodzin Polskich nie zdobyła dużo poparcia, to jednak było ono bardzo duże na wielu biednych obszarach wiejskich.

Kościół od zawsze mieszał się do polityki, zawsze popierając właśnie prawice. Poparcie to staje się ostatnimi czasy coraz bardziej dosłowne i nachalne - księża mówią, iż "nie można głosować na partię, która miała komunistyczną przeszłość", "ludzi, którzy nie stają w obronie, życia poczętego" itd. Żadnych ograniczeń natomiast nie uznaje prowadzone przez księży redemptorystów Radio Maryja - oni otwarcie deklarują swoje poparcie dla Ligi Rodzin Polskich i wzywają do głosowania na tą partię. Przez cały okres kampanii wyborczej najwięcej czasu poświęcali wyjaśnieniom i przekonywaniom.

Obecnie kościół stara się wykreować na opiekuna robotników i chłopów, twierdząc fałszywie, iż w tysiącletniej historii Polski kościół zawsze stawał po stronie uciskanych. Prawda jednak była zupełnie inna - np. gdy w II połowie XIX wieku następowała emancypacja ruchów robotniczych i chłopskich kościół z zaciekłą nienawiścią tępił je, a ich członków oskarżał o żydowskie pochodzenie oraz groził ekskomuniką.

Religia w Polsce odgrywała i odgrywa bardzo dużą rolę. Do niedawna oficjalne statystyki pokazywały, iż katolicy w Polsce to aż 95% ludności, ale liczba ta obecnie oscyluje zapewne w granicach 85-90%. Większość z ludzi, deklarujących się jako katolicy to jednak tak zwani wierzący-niepraktykujący - jest to zdecydowana większość wśród katolików. Przy kościele murem stoi biedna ludność wiejska oraz starsze pokolenie. Zauważył to w porę Andrzej Lepper (lider Samoobrony), zmieniając swoje poglądy z anty- na pro kościelne. I to właśnie wśród ludzi starszych i ze wsi (dla których ksiądz to jedyny autorytet) największe poparcie zdobywają Liga Rodzin Polskich i - w mniejszym stopniu - Samoobrona. Ważnym czynnikiem jest tutaj także Papież-Polak Jan Paweł II - dla ogromnej większości społeczeństwa (nawet niewierzących) postrzegany jest on jako najwyższy autorytet. Wielu ludzi uważa, iż to właśnie on obalił "komunizm", rozbudzając katolickiego ducha wśród ludzi podczas swej słynnej wizyty z roku 1979. W ostatnim dziesięcioleciu nieprzypadkowo pielgrzymki watykańskiego włodarza miały miejsce przeważnie przed wyborami - np. w roku 1997 (kiedy to zwyciężyła prawicowa AWS) na kilka miesięcy przed wyborami miała miejsce najdłuższa pielgrzymka papieża do Polski, która została entuzjastycznie powitana przez ludzi.

Co dalej z robotnikami?

Czy rządy lewicy będą oznaczać poprawę losu robotników? Bardzo byśmy chcieli w to wierzyć, ale dotychczasowe wydarzenia zarówno w kraju jak i za granicą wskazują na to, że raczej nie. Niewykluczone, że znowu nastąpi pewna poprawa w sytuacji najbardziej ubogich i dotkniętych kapitalizmem ludzi, ale na pewno nie będzie to taki przyrost, jak w latach 1993-1997. Przed ośmioma laty, gdy SLD wygrała wybory była to zupełnie inna partia. Przez 4 lata rządów koalicyjnych SLD-PSL nastąpił rozwój kraju, a najbiedniejsi realnie bardzo dużo zyskali. Obecnie jednak SLD to partia liberalnej socjaldemokracji europejskiej. Na ile można jej zaufać - pokazuje znany duecik Blair-Schroeder.

Znaczącym czynnikiem jest tutaj także kryzys, w jaki wpędziły Polskę 4-letnie rządy prawicy oraz aktualna sytuacja na świecie. Pieniądze na sfinansowanie deficytu budżetowego nie będą pochodziły z sejfów bogaczy, ale z pustej już i tak kieszeni robotnika, bezrobotnego, emeryta lub inwalidy. Rok 2002 będzie rokiem "zaciskania pasa" - zostało to już oficjalnie potwierdzone przez Marka Belkę - kandydata na nowego ministra finansów. Ponadto w obliczu potężnego kryzysu światowego nic nie zapowiada, żeby sytuacja ekonomiczna w Polsce miała się poprawić w ciągu najbliższych paru lat.

Ludzie są bardzo sfrustrowani lecz nie dostrzegają, że głównym złem jest sam system kapitalistyczny. Brak jest u nich jednak jakiejkolwiek woli walki. Dopiero, gdy dochodzi do tragedii, gdy grunt zaczyna się palić pod nogami, gdy już jest za późno na wszystko, następuje marna aktywizacja różnych wewnętrznie podzielonych grupek, ale ma ona najczęściej antysemickie i nacjonalistyczne podłoże. Dominującym nastrojem pozostaje jednak ogólna apatia. Właśnie to - połączone z całkowitym zrezygnowaniem i bezradnością - tworzy stan społecznej frustracji, którą kanalizują reakcyjne ugrupowania. Z jednej strony można próbować zrzucić część odpowiedzialności za taką sytuację na brak realnie istniejącej socjalistycznej alternatywy, ale nie można zapomnieć, że największą barierą, która nie pozwala na przebicie się marksizmu jako sposobu wyjścia z sytuacji jest historia ostatnich sześćdziesięciu lat. Polacy zostali już nauczeni, że komunizm, to ślepy zaułek historii, a Marks był nieomalże diabłem wcielonym i od samego początku promował czysty stalinizm, a o ustroju społecznej sprawiedliwości i świecie, w którym panuje pokój należy zwyczajnie zapomnieć. Ludzie w tę kretyńską bzdurę, którą im sprzedano w 1989 roku niestety uwierzyli.

Młodzież w wyborach

Młodzież zwykle bywa tą bardziej radykalną częścią społeczeństwa. Jednak w Polsce ta zasada raczej się nie potwierdza - przynajmniej teraz. Młodzi ludzie w miastach to bastion poparcia dla liberalnej Platformy Obywatelskiej - w sondażowym głosowaniu w szkołach średnich partia ta uzyskała około 30% głosów! Dzieje się tak dlatego, że większość młodych ludzi oczarowana jest pełnymi półkami sklepów i kolorowymi wystawami - nie zdają sobie w ogóle sprawy z codziennych problemów, których doświadcza reszta społeczeństwa - w końcu pracują na nich rodzice… Młodzież to także najwierniejsi widzowie telewizji, dlatego też większość z łatwością uwierzyła np. w wyjaśnienia Busha, dotyczące ostatnich wydarzeń w USA i Afganistanie. Trzeba także podkreślić, że znaczącą grupę stanowią ludzie, których wszystko to, co je się we "Wielkim Świecie" i "Polityce" po prostu nie interesuje.

Niemniej nie należy pominąć faktu, że istnieje niewielka grupa lewicowo nastawionej młodzieży, skupionej bądź to w jakichś "trockistowskich" sektach, bądź w autonomicznych grupach anarchistycznych. Bardzo niewiele osób zasila szeregi młodzieżowych przybudówek partyjnych Polskiej Partii Socjalistycznej i Unii Pracy.

Polska wieś

Wieś najwięcej cierpi na restauracji kapitalizmu. To właśnie tutaj szuka się oszczędności i potrzebnych środków na przeprowadzenie tzw. "reform".

W ciągu ostatnich dziesięciu lat widzimy nieprawdopodobny upadek gospodarki wiejskiej w Polsce. Ilość koni, pogłowie bydła i trzody chlewnej systematycznie i w dramatycznym tempie spada na skutek braku opłacalności hodowli. Np. od 1990 roku pogłowie bydła zmniejszyło się o 50%, a owiec o przerażającą liczbę 88%!

Ogromne ilości taniej, dotowanej przez Unię Europejską żywności, która zalała polski rynek, doprowadziły do załamania się produkcji rolnej. Rolnik nie ma najczęściej gdzie sprzedać wyprodukowanej przez siebie żywności.. Jeśli natomiast zdarzy mu się to szczęście, że znajdzie nabywcę, to sprzedaje produkty po śmiesznie niskich cenach (często poniżej kosztów produkcji), a na zapłatę musi czekać kilka miesięcy. Państwo natomiast praktycznie nie prowadzi polityki interwencyjnego skupu, chyba że zmuszone zostanie do tego przez chłopów blokujących w akcie desperacji główne drogi krajowe.

To wszystko doprowadza do kompletnej ruiny małe gospodarstwa, sprawiając iż ich mieszkańcom niejednokrotnie bieda i głód zaglądają w oczy. Poziom edukacji wiejskich dzieci jest obecnie skandalicznie niski. Zlikwidowano wiele małych szkół wiejskich, które były lokalnymi centrami kultury. Wysokie ceny podręczników i wyposażenia szkolnego sprawiają, iż niewielu stać na nie, a sieć bibliotek została bardzo poważnie zredukowana. Zaowocowało to wszystko tym, iż na największej polskiej uczelni (Uniwersytecie Warszawskim) na jednego studenta wiejskiego przypada 148 miejskich. Ta liczba była nieporównywalnie większa za czasów, jak go określa prawica, "zbrodniczego systemu komunistycznego".

Po roku 1989 zlikwidowano Państwowe Gospodarstwa Rolne oraz znaczącą część tzw. kółek rolniczych. Ludzie, pracujący tam zostali z dnia na dzień zwolnieni, a dopiero co kupiony, nowoczesny sprzęt z PGR-ów - rozkradziony w majestacie prawa. Stało się tak ponieważ zadziałała "terapia szokowa" Balcerowicza: sprzęt był kupowany przez PGR-y na niskooprocentowany kredyt; gdy z dnia na dzień podwyższono stopy procentowe o kilkadziesiąt procent gospodarstwa te stanęły na skraju bankructwa, wyprzedając za bezcen dopiero co kupione maszyny.

Ogólna sytuacja gospodarcza na wsi doprowadziła do dramatycznego spadku standardów życiowych. Niejednokrotnie zdarza się tak, że brakuje pieniędzy nawet na chleb. Ludzie - jak to zwykle bywa - starają się znaleźć wyjście z tej sytuacji. Dlatego też coraz częściej zwracają się w kierunku ugrupowań skrajnych, takich jak Samoobrona. Inna część ludności - pod wpływem księży katolickich - zwraca się w kierunku popieranej przez nich Ligi Rodzin Polskich. I to właśnie pośród mieszkańców wsi i małych miasteczek (które też bardzo dużo straciły na transformacji kapitalistycznej) partie o programie nacjonalistycznym zdobywają coraz większą popularność.

Zagrożenie nacjonalizmem

W sferze gospodarczej partie te uciekają się do protekcjonistycznych hasełek, czyniąc opozycje wobec przystąpienia Polski do Unii Europejskiej jednym ze swych głównych celów. Z resztą w tej sprawie społeczeństwo polskie jest obecnie bardzo podzielone - poparcie dla Unii Europejskiej systematycznie spada: przed 10 laty było to aż 90%, natomiast ostatnie sondaże pokazują, iż głosy "za" i "przeciw" rozkładają się mniej więcej po połowie.

Czynnik nacjonalistyczny w Polsce nie powinien być bynajmniej ignorowany. Kraj ten przez cały XIX wiek był podzielony między Rosje, Prusy i Austrie. W tym czasie bardzo wzrosła świadomość narodowa. W kolejnych powstaniach uczestniczyło coraz więcej ludzi. Odzyskanie niepodległości po I Wojnie Światowej też zostało okupione tysiącami ofiar. Nikt wtedy nie chciał, żeby Bolszewicy wygrali wojnę z 1920 roku - robotnicy i chłopi wierzyli, że odrodzone państwo polskie da im wszystko, czego potrzebują. (oczywiście zostali oszukani) Poza tym armia bolszewicka była kojarzona z ponad stuletnią opresją rosyjską wobec Polaków. Aby pokonać Bolszewików władze polskie uciekały się do podsycania nacjonalizmu i nade wszystko uczuć religijnych Polaków. Zwycięstwo roku 1920 przeszło do historii jako "cud nad Wisłą". W okresie II Rzeczypospolitej nacjonalizm dalej narastał, a jego kulminacją była II Wojna Światowa. Wtedy to w imię niepodległej Polski zginęło kilkaset tysięcy ludzi, służąc w armii podziemnej. Reżim stalinowski od początku był postrzegany jako zagrożenie dla narodu polskiego - z resztą nie bez powodów. We wszelkich powstaniach robotniczych po wojnie czynnik narodowy odgrywał zawsze bardzo dużą rolę. Kolejny wybuch patriotyzmu to początek III Rzeczypospolitej - wtedy to ludzie zostali oczarowani wolnością słowa i przekonań politycznych oraz porażeni narastającą nędzą. Z biegiem czasu jednak, gdy sytuacja się poprawiała, czynnik nacjonalistyczny stawał się coraz mniej znaczący.

Obecna sytuacja ekonomiczna, polityczna i społeczna zaczyna znowu podsycać nastroje nacjonalistyczne. Głośna ostatnio na świecie stała się tzw. sprawa Jedwabnego. Okazało się bowiem, że w tej miejscowości Polacy w 1941 roku zamordowali kilkuset Żydów, paląc ich w stodole. Była to skaza na nieskalanym do tej pory obliczu wojennej walki Polaków przeciwko Niemcom. Wielu ludzi nie mogło się z tym pogodzić - nastroje te umiejętnie podsycało Radio Maryja wraz z Ligą Rodzin Polskich. Tomasz Gross (autor książki "Sąsiedzi" opisującej - prawda: z fałszywą przesadą - te wydarzenia) został określony jako "największy, żydowski wróg narodu polskiego". Dodatkowo kryzys i bankructwo koalicji AWS-UW sprawia, że ludzie dostrzegają nacjonalistyczną "alternatywę" - chyba największym zwycięzcą tych wyborów jest bowiem Samoobrona: partia głosząca hasła nacjonalistyczne, która w ciągu paru miesięcy dorobiła się aż 10% poparcia!

Jaka jest "socjalistyczna alternatywa"?

Pytanie o alternatywę jest z pozoru dość prozaiczne. Problem polega jednak nie na tym, by zakrzyknąć "socjalizm!", lecz by znaleźć jakąś metodę przebicia się z odpowiednimi postulatami i zdobyć zaufanie najpierw pojedynczych osób, a potem mas. Obecny establishment polityczny nie tylko daleki jest od nawoływania do obalenia kapitalizmu, ale i nie szuka jakichkolwiek metod wydajnego niesienia pomocy upośledzonym ekonomicznie grupom społecznym - chyba, że jest to sposób na lepszy wynik wyborczy. Ale ten właśnie czynnik staje się coraz słabszy. Okazuje się on być po prostu politycznym niewypałem i porażką.

Tak czy inaczej przyjrzeć się bliżej należy tutejszej lewicy, która w tej chwili jest ewidentnie postrzegana jako pewien odwrót w kierunku normalności po ostatnich doświadczeniach rządów AWS-UW. Niewątpliwie prym wiedzie tutaj silnie socjaldemokratyzująca SLD. Ogólnie partia ta jest raczej progresywna (za czasów jej rządów kraj bardzo się rozwinął, a najbiedniejsi odczuli olbrzymią ulgę) przeciwnie do prawicy, która oprócz burzenia nic nie potrafi). Jednak od paru lat (szczególnie od przegranych wyborów roku 1997) systematycznie partia ta podąża w kierunku modnego dziś wśród socjaldemokratów neoliberalizmu. Obecnie widać tam wyraźne wolnorynkowe i monetarne tendencje, przypominające nawet niekiedy anty-ludzką, obrzydliwą politykę Balcerowicza. Młodzieżówka SLD to przeważnie karierowicze z dobrych domów, którzy tylko czekają na stołki i przywileje. Wydaje się jednak, że pewne sekcje tej partii mają jeszcze lewicowy program, choć na pewno w tej chwili nie są one żadnym priorytetem i służą prawie wyłącznie do tego by je eksponować w programach publicystycznych.

SLD nie jest jednak jedyną partią lewicową. W zasadzie postrzegana jest ona raczej jako pro rynkowa niż pro socjalna siła polityczna. Innym ugrupowaniem plasującym się na lewicy jest Polska Partia Socjalistyczna. Reaktywowana przez ludzi związanych ze środowiskami "Solidarności" w 1987 roku rozpoczęła poważną działalność polityczną po wyborach w 1993. Nawiązana została wówczas współpraca z SLD, która zaowocowała wprowadzeniem do parlamentu kilku posłów PPS. Najbardziej znanym politykiem tej formacji jest (i zawsze był) jej przewodniczący Piotr Ikonowicz. Społeczne zaufanie i popularność zdobył swoją nieprzejednaną postawą, kontrowersyjnymi wypowiedziami i radykalnymi zachowaniami. PPS i Ikonowicz byli przez długi czas lewicowym sumieniem SLD. Zawsze stawał w obronie biedniejszych i pokrzywdzonych nie wahając się narazić swojemu własnemu klubowi parlamentarnemu nawet przy tak ważnych głosowaniach jak budżetowe. Gdy SLD przeforsowało ustawę o najmie lokali, która umożliwiała eksmitowanie ludzi na bruk Ikonowicz wraz z Organizacją Młodzieżową PPS rozpętali społeczną krucjatę przeciwko temu zbrodniczemu zapisowi prawnemu. Wcześniej wraz z Izabelą Sierakowską i Piotrem Gadzinowskim pojechał do bombardowanego przez NATO Belgradu, by wyrazić solidarność ludzi lewicy z pokrzywdzonymi tak niesprawiedliwie Jugosłowianami. Wielu zwolenników zjednało PPS i Ikonowiczowi twarde, postępowe stanowisko w sprawie aborcji i edukacji seksualnej, którą Kościół zwalczał z całą zaciekłością. W bardzo inteligentny i prześmiewczy sposób ukazywał Ikonowicz tępotę prawicy, a Organizacja Młodzieżowa PPS zadbała o prawidłową otoczkę propagandową partii zajmując się aktywnym zwalczaniem środowisk rasistowskich nacjonalistycznych oraz nadając partii antykapitalistyczny charakter. PPS miała tę wartość, że jako taka się właśnie określała. Piotr Ikonowicz na każdym swoim pierwszomajowym przemówieniu i na każdym wiecu podkreślał "albo kapitalizm albo sprawiedliwość!". Co prawda program partii to anty liberalny, bardzo lewicowy reformizm, ale największą zaletą PPSu było aktywne działanie. Niemniej od czasu gdy SLD zaczęło z konglomeratu różnych lewicowych środowisk przeobrażać się w jedną socjaldemokratyczną partię Piotr Ikonowicz podjął decyzję o wycofaniu PPS z tego projektu i rozpoczęciu samodzielnej działalności politycznej. Okazało się to kompletną porażką. Najpierw spadek poparcia do 0,22% w wyborach prezydenckich w 2000 r., a teraz tragiczny wynik w wyborach parlamentarnych 0,08%. Piotr Ikonowicz zrezygnował z funkcji przewodniczącego kilka dni temu. Co zrobi najbliższy nadzwyczajny kongres, niewiadomo. Partia jest w rozsypce.

Radykalnej lewicy praktycznie nie ma. Jedynie grupa warszawskich anarchistów skupiona w Lewicowej Alternatywie jeszcze funkcjonuje i pozwala sobie na różne bardziej radykalne akcje jak na przykład alternatywny pochód pierwszomajowy. Oprócz tego mamy do czynienia z bałaganem, chaosem, dezorganizacją i zrezygnowaniem. Od kiedy OM PPS przestało praktycznie działać i skupiło się na kontemplacji samej siebie wszystko zaczęło się rozpadać. Najgorsze jest jednak to, że wiele ważnych inicjatyw przechodzi w ręce sekt. I tak cała anty wojenna kampania związana z atakami USA na Afganistan jest organizowana przez Pracowniczą Demokrację (klifowcy) co zaowocowało dwoma nędznymi, maksymalnie dwudziestoosobowymi pikietami pod ambasadą amerykańską. Choć ostatnia zorganizowana siedemnastego października zgromadziła blisko 110 osób, przyszło wielu niezaangażowanych ludzi. Poza przeprowadzaniem tego typu akcji Pracownicza Demokracja zajmuje się nachalnym i agresywnym sprzedawaniem gazetek przy każdej nadarzającej się okazji. Wyznacznikiem rozwoju organizacji jest tam ilość sprzedanych gazetek, które i tak najczęściej czytają autorzy. Największym sukcesem jest natomiast zmuszenie przypadkowego przechodnia, który wyraził najmniejsze choćby zainteresowanie gazetą do podania swojego nazwiska i numeru telefonu. Wówczas jest on bombardowany telefonami, aż podda się i zapisze do organizacji. Oprócz tego PD organizuje co roku spotkania pod tytułem "Socjalizm Oddolny", które prawdę powiedziawszy są dość ciekawe. Prezentowany jest pewien punkt widzenia na dany temat, a potem rozpoczyna się dyskusja. Innym aspektem funkcjonowania PD jest zwalczanie organizacji Nurt Lewicy Rewolucyjnej. Tę grupę trudno w ogóle zakwalifikować. Mówią o sobie, że są mandelowcami, trockistami i leninistami. W gruncie rzeczy ciężko coś o nich powiedzieć oprócz tego, że OM PPS organicznie ich nienawidzi i cały czas rozsiewa historie o tym, że NLR popiera Kim Ir Sena, a niedoścignionym ich wzorem jest Józef Stalin. Jest to oczywiście kompletna bzdura, ale NLR został przez to skazany na totalny ostracyzm wśród bardzo wielu lewicowych środowisk. Powoli organizacja ta zaczyna jednak odzyskiwać formę - wprowadziła swoich członków do władz polskiego ATTACu, zorganizowała dwie anty rządowe pikiety... NLR mówi o sobie jako o "bratniej organizacji czwartej międzynarodówki". Chłopcy zajmują się zdecydowanie czymś więcej niż tylko sprzedażą gazetek. W swoich publikacjach są oni jednak bardzo agresywni. "Komuniści starali się zepchnąć ten ruch w reformistyczne koryto - na ścieżkę porozumień z burżuazją i jej państwem (którego stali się teraz podporą)." - ośmielamy się twierdzić, że że to nie jest odpowiednia metoda. I to by było na tyle jeśli chodzi o radykalną lewicę - podziękować losowi należy, że Spartakusowska Grupa Polski zawiesiła swoją działalność około pół roku temu...

Piętno stalinizmu

Trzeba tutaj wyraźnie podkreślić, że dla Polaków słowo "socjalizm" lub "komunizm" kojarzy się jednoznacznie z epoką PRL i z rządami biurokracji. Ostatnie 12 lat manipulacji sprawiło, że dochodzi do skrajnych absurdów jak stawianie znaku równości między socjalizmem a faszyzmem! Niektórzy ludzie twierdzą, że zapisanie się do aktywnego związku zawodowego to tak, jakby zapisać sie do NSDAP! To bardzo utrudnia (by nie tchnąć pesymizmem i nie powiedzieć "uniemożliwia") działanie wszelkich organizacji o marksistowskim profilu. Ludzie dalej wierzą w to, że na Zachodzie życie jest łatwe i przyjemne. Jeśli ktoś wspomni tylko o socjalizmie, to zaraz padają stwierdzenia typu: "jedź na Białoruś albo Kubę - tam masz prawdziwy socjalizm!" Większość społeczeństwa uległa propagandzie kapitalistycznej i rewolucja październikowa jawi im się jako największy błąd w historii świata. Najczęściej stawia się znak równości między Stalinem a Leninem, a wszelkie pozytywne strony polskiej biurokratycznej wersji państwa robotniczego są przedmiotem nieustannych kpin. Co gorsza zdecydowana większość historyków wpaja te wszystkie kłamstwa dzieciom w szkołach i czytelnikom swych książek. Najbardziej agresywnie nastawioną wobec lewicy grupą ludzi są sympatycy Radia Maryja. Jako typowy przykład można zacytować parę listów słuchaczy tego głoszącego pokój i miłosierdzie bliźniego "katolickiego głosu w domach Polaków", do rady miasta, w której większość miał SLD:

"Towarzysze spod znaku szatana, dobrze wiecie, że Wiary i Kościoła nie zniszczył ani Neron, ani Stalin, ani Hitler. Radzę wam wy nędzni pogrobowcy, zaniechajcie podejmować taką próbę!"

"Kiedy nastanie w Polsce sprawiedliwość ukróci się was o głowę. Te głowy macie zmumifikowane jak Lenin ciało. Nie będzie już takich procesów jak z Jaruzelskim, ale będzie prawdziwa sprawiedliwość. Walczycie z Bogiem, bo kapłan to zastępca Chrystusa na ziemi i most do nieba."

"My nie będziemy czekać długo, bo nie jesteśmy Piłatami. Tu i teraz wymierzymy sprawiedliwość. Te zakute łby muszą spaść z waszych głów razem z łbami waszych matek, żon i dzieci."

"Jesteście bandą magistra Stolcmana, mistrza złodzieji, oszustów, kłamców i zdrajców Ojczyzny, kolaborantów bolszewickich, zbrodniarzy polskich patriotów obozu niepodległościowego. Plugawicie Polaków i wszystko co polskie w zagrabionych mediach, obsadzonych przez dynastie komunistycznych propagandzistów za sute apanaże. Jesteście złodziejską, czerwoną bandą, wyspecjalizowaną nie gorzej od swojego mistrza w prowokacjach, sabotażu, kłamstwach, intrygach. Śmietnik magistra Stolcmana to rak narodu"

Światełko w tunelu

Wielu ludzi jednak - po 12 latach zażywania "demokracji i wolności" - uczciwie przyznaje że nie o to chodziło. Mało tego, niektórzy nie widząc innego wyjścia skłonni są twierdzić, że wolą - jak określa się tutaj epokę PRL - "komunizm". Społeczeństwo jest już do tego stopnia zrozpaczone, że coraz więcej osób mówi o tym, że łatwiej żyło się w czasach "komunizmu", pomimo wszystkich jego patologii. Jest to bardzo smutne gdy ludzie gotowi są zrezygnować ze wszelkich swoich wolności i swobód tylko po to by przerwać ten codzienny stres o jutro...

Takie nastroje panują przede wszystkim w obszarach skrajnej nędzy, zarówno wśród robotników jak i na wsi. Niestety nie można tego traktować jako potencjalne źródło poparcia dla lewicowych idei. Wszyscy ci ludzie pozostają pod dominującym wpływem kościoła katolickiego i bardzo szybko ewoluują w kierunku anty-liberalnego nacjonalizmu albo zapijają się do reszty naszym specyficznym, tanim winem (bo co innego można zrobić gdy dostaje się 80$ zasiłku i trzeba z tego utrzymać rodzinę?!).

Ciężko przewidzieć jak to się skończy. Istnieje potencjalna możliwość, że już wkrótce rozczaruje ludzi polityka takich ugrupowań jak Samoobrona czy LRP. Kryzys ekonomiczny, w jaki właśnie wchodzimy, odegra tu niewątpliwie znaczącą rolę. Najbardziej optymistycznym - i jednocześnie najmniej prawdopodobnym - biegiem wydarzeń byłaby jakaś iskra wśród tych warstw społecznych, która spowoduje ogólną konsternację, w wyniku której wszyscy zaczną szukać alternatywy i zechcą zaufać marksizmowi... Tak czy inaczej jako realiści - mimo, że pełni entuzjazmu i zapału - musimy mieć na uwadze, że może się to skończyć czymś absolutnie tragicznym: nagłym i gwałtownym wybuchem zbiorowej frustracji biednych, którzy nie pójdą na barykady z czerwonym sztandarem w ręku, lecz uzbrojeni w najbardziej prymitywne narzędzia domowe przypuszczą szturm na wszystkich! Studentów, profesorów, uczniów, pracowników, gejów, domniemanych Żydów i masonów, wyznawców Kryszny, wegetarian i wszystkich którzy będą lepiej ubrani i nosić okulary. Pojawiają się już pierwsze symptomy takich zachowań, póki co na małą skalę. Jest to jednak wielkie niebezpieczeństwo, którego kapitalizm nie zażegna!!! Zdobycie zaufania tych warstw społeczeństwa, które nie mają już nic do stracenia jest niezwykle istotną kwestią! Należy zrobić wszystko aby odwrócić ich negatywny tok myślenia i skierować go na tory budowania czegoś nowego: nowej rzeczywistości, która musi zastąpić tę niepohamowaną chęć destrukcji.

Jest to jedyna szansa dla wszystkich, którzy zechcą w odpowiedzialny i przemyślany sposób promować lewicowe, socjalistyczne idee. Bardzo ważne jest - i to podkreślamy stukrotnie - aby robić to właśnie w sposób odpowiedzialny i przemyślany. Mówiąc to mamy na myśli przede wszystkim dostosowanie sposobu działania do naszej społecznej rzeczywistości. Szczególnie istotne jest wyzbycie się niebezpiecznego, skrajnie sekciarskiego tonu i nie używanie kompletnie zdyskredytowanych w czasach stalinizmu sformułowań takich jak: burżuazja, proletariat, klasa robotnicza, walka klas, reakcja, imperializm itp. Ludzie, słysząc takie słowa, przypominają sobie zaraz agresywną propagandę z czasów PRL, a tych którzy je wypowiadają uznają za ludzi o głębokim upośledzeniu umysłowym. Nawet słowo "towarzysz" dla większości Polaków ma zabarwienie negatywne! To jest jedną z głównych przyczyn małej popularności sekt - oni nie mają za grosz wyczucia dla polskich warunków, a ich gazetki (które wciskają niemal na siłę każdemu przechodniowi) wypchane są po brzegi słusznymi, acz fatalnie wyartykułowanymi treściami ideologicznymi.

Biorąc pod uwagę te wszystkie okoliczności należy się głęboko zastanowić w jaki sposób przystąpić do budowania jakiejś sensownej, prawdziwie lewicowej alternatywy. Po pierwsze należy zwrócić uwagę na związki zawodowe! W Polsce są one szczególnie ważne z kilku powodów. Kwestii oczywistych nie będziemy tutaj rozwijali. Pracownicy, wspólnota, walka - wiadomo! O co innego w tej chwili chodzi?

Związki zawodowe to jedna z bardzo nie wielu instytucji, której jakiś - znikomy, bo znikomy, ale zawsze jakiś - procent pracowników ufa. Jak trudno jest zdobyć zaufanie klasy pracowniczej cyklicznie przekonuje się nasz establishment polityczny. Najbiedniejsi robotnicy - których jest większość - po prostu nie głosują! Ewidentnie część z nich w związkach zawodowych dostrzega swoją ostatnią możliwość jakiegokolwiek ratunku. Z jednej strony wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę, że federacje związkowe, jak i większość związków to dość skostniałe i zatęchłe instytucje - skupione są bardziej na sobie i swojej biurokratycznej administracji niż obronie pracowniczych praw, ale z drugiej strony jasne jest dla nas to że tych wszystkich, którzy jeszcze wierzą w związkową solidarność nie można zawieść! To bowiem jedyny punkt zaczepienia, jedyna możliwość zakotwiczenia swojej działalności wśród pracowników. Tym bardziej, że powoli zaczynają się pojawiać wyjątki od tej fatalnej reguły. Najlepszym przykładem jest Ogólnopolski Pracowniczy Związek Zawodowy Konfederacja Pracy, który odważnie zdecydował się na radykalne działania i zakładanie organizacji w małych zakładach produkcyjnych oraz w sektorze prywatnych korporacji. Te wszystkie zakłady pracy, które przerażają pozostałych i które od dawna uznane zostały za strefę absolutnie wolną od związkowej działalności ze względu na agresywną postawę pracodawców (wiemy, że to absurd, ale prawdziwy!!!) stają się z wolna domeną KONFEDERACJI. Nieustanna walka, toczona już prawie od roku, z zarządami hipermarketów w całej Polsce jest najlepszym przykładem prawdziwej, ciężkiej związkowej roboty! Postępując w ten sposób KONFEDERACJA PRACY gromadzi w swoich szeregach bardzo wiele młodych osób, którzy reprezentują zupełnie inne postawy, nie skażone tą rozpaczliwą frustracją. Poza tym powstał ostatnio projekt rozszerzenia swojej działalności na młodzież akademicką poprzez utworzenie przyzwiązkowego stowarzyszenia studenckiego.

Innym bardzo ważnym aspektem, który zasługuje na szczególną uwagę jest fakt, że największa centrala związkowa - OPZZ, jest poniekąd związkową przybudówką socjaldemokratów. Przewodniczący OPZZ jest w końcu posłem SLD, a wielu ważnych etatowych pracowników jest ściśle powiązanych z tą partią. Z resztą nikt tego nie ukrywa. Interesujące jest jednak, to, że SLD ma nie tylko quasi satelicką organizacje związkową, ale jest także ściśle związana z Konfederacją Pracodawców Polskich. Biorąc pod uwagę to, że socjaldemokraci zaczynają czerpać coraz więcej z liberalizmu, a Polskę z wolna zalewa finansowy kryzys skłonni jesteśmy przewidywać pewne spięcia i potencjalne pola konfliktu: miedzy związkowcami, a biurokracją oraz w samej SLD. Niestety, długo balansować pomiędzy dwoma skrajnymi przeciwnościami się zwyczajnie nie da, a socjaliści powinni być tam gdzie taka walka się toczy! Współpraca ze związkami zawodowymi otwiera zatem bardzo poważne perspektywy działania i daje szanse, których nie wolno nam zaprzepaścić!

Podsumowanie

Sytuacja w Polsce na początku pierwszej dekady XXI wieku jest bardzo ciężka: ludzie pogrążeni są w apatii i uciekają w nacjonalizm, popychani w tę ślepą uliczkę przez księży i prawicowców, nie widząc i nie chcąc dojrzeć socjalistycznej alternatywy; zbliża się kryzys, który doprowadzi do kolejnego i dramatycznego spadku standardów życiowych; sfrustrowane społeczeństwo nie widzą nikogo, kto potrafiłby rozwiązać ich problemy. Jedynie niewielka cząstka społeczeństwa powoli pozbywa się uprzedzeń wobec socjalizmu jako takiego i próbuje się organizować w jakikolwiek sposób. Jeżeli poniżana i wyzyskiwana większość Polaków będzie w stanie zmobilizować się i pójść w ślady tych pierwszych i jakże nielicznych na razie, którzy już teraz próbują walczyć o swoje prawa - będzie to ogromny sukces. Rysuje się wówczas szansa na jakiś mniej lub bardziej masowy wybuch społecznego niezadowolenia, skierowanego przeciwko systemowi, a nie wszystkiemu co się rusza. I tu jak zwykle dużą rolę odegra partia socjalistyczna i jej przywództwo. Dlatego też, oprócz wszystkich wyżej wspomnianych inicjatyw, walczyć należy również o zmianę pro-Blairowskiego kursu socjaldemokratów i o budowę partii społecznego protestu i zaufania, która skieruje społeczny gniew na odpowiednie tory. W innym wypadku społeczne oczekiwania zostaną znowu zawiedzione i albo nastąpi niszczący wszystko wybuch agresji, w yniku którego może zapanować dyktatorski reżim jakiegoś prawicowego ekstremisty, albo do władzy dojdą nacjonaliści lub konserwatywni liberałowie w stylu Platformy Obywatelskiej.

Budowa realnej, socjalistycznej alternatywy, której zaufa społeczeństwo jest nieodzowna! Nie będzie to praca łatwa, ale jest ona niezbędnym warunkiem do przeprowadzenia jakichkolwiek zmian i za wszelką cenę trzeba się jej podjąć!

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing