Wprost do przemocy Drukuj Email
05.12.2005.

Tygodnik Wprost jest w Polsce przykładem szczególnego sposobu mówienia. Zasięg działania pisma nie ogranicza się do grona jego czytelników. Podobny dyskurs spotkać można w TVN, Fakcie, Newsweeku, a od czasu do czasu także w telewizji publicznej, Rzeczpospolitej albo Gazecie Wyborczej. Wprostem mówi i myśli polska centro-prawica oraz ekonomiczni neoliberałowie od SLD do Ligi Polskich Rodzin. Czerpie się z niego nie tylko tezy, lecz także struktury, które wyznaczają ramy myślenia o społeczeństwie. Język Wprost to jeden z symptomów polskiego życia publicznego i politycznego: jego wytwór i jednocześnie siła, która nadaje mu kształt.

Z lektury numerów Wprost wydanych od początku stycznia do końca marca 2005 roku wyłania się wyrazista strategia propagandowa, która nie ogranicza się do lansowania konserwatywnych i neoliberalnych tez, ale tworzy bezalternatywny język, czyli taki sposób mówienia i myślenia, który pozostaje odporny na zewnętrzną krytykę. Na pluralistycznym rynku mediów nie jest to zadanie łatwe. Powodzenie zależy oczywiście od zasięgu oddziaływania tytułu, ale nie tylko. Wprost wypracował metody utrwalania raz zdobytego wpływu i zamykania czytelników w kręgu twierdzeń, z którego nie łatwo się wydostać. Manipulacja dokonuje się przede wszystkim na poziomie sposobu mówienia; treści przekazu są do pewnego stopnia drugorzędne i wymienne, nie muszą też tworzyć spójnej myślowo całości i mogą sobie wzajemnie zaprzeczać nawet w obrębie jednego tekstu.

WARTOŚCIUJĄCE PRZYPORZĄDKOWANIA

Język Wprost nie służy do komunikacji. Nie jest medium, które pozwalałoby przedstawiać takie czy inne tezy po to, żeby ukazać ich przesłanki i racje, stojące za nimi emocje lub wartości, a następnie weryfikować je w zderzeniu z innymi racjami i ocenami. Jest raczej systemem wartościujących przyporządkowań. Jego zadanie polega na łączeniu elementów, na które wcześniej rozbito różnego rodzaju rozumowania, z wykluczającą dyskusję wyrazistą oceną. Zabieg taki jest zarazem antyracjonalny i antydemokratyczny. Antyracjonalny, bo sposób prezentowania treści z góry wyklucza namysł. Przedstawia się nie tyle konstrukcje myślowe, ile wyrwane z kontekstu fragmenty myśli lub wręcz ich emblematy, które są następnie porządkowane przez przypisanie do jakiegoś większego zbioru i silnie wartościowane. Akceptacja lub odrzucenie nie ma jednak nic wspólnego z analizą i wydobyciem wad lub zalet tego czy innego poglądu. Jest raczej na odwrót: to wady i zalety stanowiska wynikają z wartościującego przyporządkowania i określa się je zazwyczaj skonwencjonalizowanymi formułami. Nawet jeżeli rozumowanie mogłoby uzasadnić zarówno przyporządkowanie, jak i ocenę, z reguły nie jest przywoływane, bo oznacza zgodę na racjonalną analizę i pozostawia wybór czytelnikowi, a posunięcie takie odbiera władzę dysponentom propagandowego przekazu. Wypowiedź jest skutecznym narzędziem manipulacji, jeśli dostarcza nie tyle argumentów, ile przejrzystego zestawu ocen, poszukiwanie uzasadnienia zmniejsza więc skuteczność perswazji.

Antydemokratyczna jest natomiast wpisana w strukturę wypowiedzi odmowa namysłu, a co za tym idzie dyskusji nad wchodzącymi w konflikt racjami, ponieważ uniemożliwia negocjowanie decyzji dotyczących życia społecznego. Wprost obwarowuje zakaz intelektualnego sporu dodatkowymi sankcjami. Przyjęty przez to pismo sposób mówienia zasadza się na ciągłym odniesieniu do „my”, z którym należy się zidentyfikować. Wspólnota jest jednocześnie założona i wytwarzana. Oceny podsuwane jako oczywistości nie podlegają dyskusji w gronie ludzi zdrowo myślących, ale przecież sugeruje się, że mimo to są ciągle podważane przez podejrzanych mędrków różnej proweniencji. Identyfikację z „my”, czyli z grupą przyjmującą najoczywistsze prawdy, wymusza sam sposób podawania owych prawd. Ten, kto zacznie się nad nimi zastanawiać, musi liczyć się z konsekwencjami: lektura refleksyjna i nieufna oddziela czytelnika od wspólnoty wytwarzanej przez tekst i zmusza do odegrania dwuznacznej roli jajogłowego. Postawa dystansu wobec przekazu powoduje wykluczenie z „my”, a wszystko, co znalazło się poza jego obrębem, jest z góry dezawuowane. „Oni” – ci wszyscy, którzy odmówili uznania prawd fundamentalnych – nie tyle mylą się z jakichś powodów, ile traktowani są jako anomalia i zagrożenie. Nie są partnerami do rozmowy, bo głos z zewnątrz nie ma w tym układzie racji bytu.

Wprost stosuje tę strategię bardzo często. Za przykład może posłużyć tekst Jana Winieckiego „Lustracja ekonomiczna” z 13 lutego 2005 roku. Świat społeczny został w nim rozbity na hasła: z jednej strony znaleźli się ekonomiści sceptyczni wobec neoliberalizmu i całkowitego uwolnienia rynku, z drugiej neoliberałowie. Argumenty sceptyków nie zostały przedstawione, tekst tworzy za to wyraźne przyporządkowania: sceptycyzm wobec wolnego rynku rozumianego jako najlepsze antidotum na wszelkie mankamenty transformacji skojarzony zostaje z „centralnym planowaniem”, a następnie z „PRL-em” utożsamionym ze złem absolutnym. Dla autora i wpisanego w tekst czytelnika takie utożsamienie nie wymaga żadnych dalszych objaśnień. Naznaczenie PRL-em jest skazą i kompromitacją, więc autor podsuwa pomysł „lustracji ekonomistów”. Jak rozumiemy, należy ujawnić, kto w polskiej ekonomii myśli jeszcze kategoriami komunistycznymi, czyli nieneoliberalnymi. Użycie słowa „lustracja” w tym kontekście zbliża, a wręcz utożsamia, współpracę z tajną policją polityczną – którą zwykle ma się na myśli mówiąc o „lustracji” – ze stosowaniem kwestionowanych teorii naukowych. Zjawiska z różnych czasów – współpraca ze służbą bezpieczeństwa przed rokiem 1989 i krytyka reform Balcerowicza po roku 1989 – oraz całkowicie różnych porządków – donosy i udział w publicznej debacie – znalazły się w jednym worku. PRL staje się przy tym pojęciem tak szerokim, że przestaje właściwie cokolwiek znaczyć, pełniąc jedynie rolę hasła, które ma wywoływać odruch odrzucenia. I rzeczywiście, słowo „lustracja” przestaje oznaczać procedurę ujawniania agentów, stając się hasłem postulującym oczyszczenie życia publicznego ze wszystkiego, czemu przypisano etykietę PRL-u. Konkretna, dająca się weryfikować treść pojęć zanika, a jej miejsce zajmuje silne wartościowanie. PRL i centralne planowanie przekształcają się w oderwane od rzeczywistości etykiety służące piętnowaniu przeciwników.

Jednocześnie tekst tworzy zgodną wspólnotę ludzi zdrowo myślących przeciwstawioną PRL-owskim mędrkom. Okazuje się, że ekonomia jest co prawda nauką skomplikowaną – posiada własną i nie dla każdego dostępną terminologię – ale jej prawdy są przecież zrozumiałe dla wszystkich tych, którzy nie wykazują złej woli i mają w głowie odrobinę oleju. Winiecki przywołuje fachową dyskusję – nie relacjonując zresztą argumentacji przeciwników – żeby stwierdzić: „Uderza patrzenie na zmiany przez pryzmat nonsensownych teorii i doświadczeń centralnego planowania”. Dalej dodaje: „Widać, że większość dyskutantów nie chodziła na wykłady na temat teorii równowagi ogólnej, której uczą na drugim roku normalnych studiów”. Ktoś, kto nie jest specjalistą w dziedzinie ekonomii, pozostaje wobec tekstu Winieckiego bezbronny, bo autor nie mówi o zjawiskach ani w przystępnej formie nie wyjaśnia teorii, podaje natomiast wyraziste wartościowania, które dzielą potencjalnych czytelników na „my” i „nie-my”. „Nonsensownym teoriom centralnego planowania” przeciwstawiona została „teoria równowagi ogólnej, której uczą na normalnych studiach”. Alternatywą dla przeciwników, zdezawuowanych po prostu dosadnym epitetem i przypisaniem do PRL-u, okazują się „normalne studia” – nie te PRL-owskie, nic nie warte. „Teoria równowagi ogólnej” pełni funkcję li tylko zaklęcia przywołującego autorytet nauki, bo nie dość, że laik niczego się o niej nie dowiaduje, to w dodatku nie wie właściwie, czemu ma ją przeciwstawić. Nie to jest jednak w przekazie Wprost najważniejsze. Chodzi o językowy szantaż, dzięki któremu mało kto będzie skłonny wziąć stronę „nonsensu”, za to chętnie przyłączy się do zwolenników „normalności”, dzięki której intuicje prostaczka znajdują rozwinięcie w nauce.

Powstałe w ten sposób „my”, nie ogniskuje się wokół treści i dających się weryfikować poglądów. Jest raczej wspólnotą emocjonalnych identyfikacji lub odrzucenia, której ośrodek stanowi zespół haseł, przyjmowanych za własne albo zwalczanych. Identyfikacja i odrzucenie przebiegają automatycznie, nie na zasadzie refleksji, lecz wedle reguł podsuwanych przez sam sposób mówienia, czyli wedle zestawu wartościujących przyporządkowań. Oczywistości, żeby skutecznie pełnić propagandową funkcję, muszą pozostać mgliste. Niedookreślenie nie dotyczy jednak praktyki społecznej, która kryje się za sformułowaniami – ta jest aż nazbyt jasna – ale ich opisowego sensu. Nie wiadomo właściwie, co rozumie się przez zarzut „powrotu PRL-u”, dlaczego krytyka neoliberalizmu ma oznaczać autorytarne sympatie, nie wiadomo, dlaczego PRL-owskie uniwersytety mają kojarzyć się wyłącznie z przeciwnikami politycznymi, skoro wykształcił się na nich sam Leszek Balcerowicz, hołubieni przez Wprost politycy, redaktor naczelny pisma i wszyscy jego autorzy powyżej czterdziestki, nie wiadomo dlaczego planowanie gospodarcze ma być en bloc „nonsensowne”, skoro stosuje się je w jakimś zakresie na całym świecie. Wiadomo jednak z całą pewnością, że ten, kto zostanie połączony z PRL-em i planowaniem, nie ma prawa do uczestnictwa w debacie publicznej i jest wrogiem, którego należy zwalczać.

Zestaw wartościujących przyporządkowań Wprostu w rozmaitych wariantach pojawia się niemal w każdym tekście. Po stronie odrzucenia, czyli antywartości, znalazły się takie hasła-emblematy jak lewica, socjalizm, PRL, oszołom, frustrat, niesamodzielność, przerost biurokracji, Unia Europejska, fiskus, stagnacja i korupcja. Po stronie identyfikowanej jako „nasza”, czyli po stronie wartości w istotnym tego słowa znaczeniu umieszczono wolny rynek, wolność, USA, rozsądek, przedsiębiorczość, siłę, przyrost gospodarczy, honor oraz tożsamość narodową i chrześcijańską.

STRATEGIE MANIPULACJI

Zasada wartościującego porządkowania oderwanych od kontekstu emblematów myśli i postaw pozwala opisać strukturę stosowanego przez Wprost języka na poziomie tekstów jako całości. Na poziomie akapitów i konkretnych sformułowań wartościowanie dokonuje się wedle kilku strategii. Omówmy je, zaczynając od najprostszych.

Wprost lubi zachowywać się jak Katon i właściwie w każdej wypowiedzi umieszcza sakramentalne: Ceterum censeo Carthaginam esse delendam. Skojarzenie z PRL-em, komunizmem lub lewicą musi pojawić się właściwie przy każdej okazji, kiedy mowa o dyktaturze, politycznej manipulacji czy w ogóle o zjawiskach uznawanych za niekorzystne. I tak artykuł o sztuce antycznej (13.02.05, s. 84) przy okazji omawiania politycznej funkcji posągów umieszczanych na placach publicznych Rzymu nie może obejść się bez porównania ich do rzeźb na Pałacu Kultury i do pomników Lenina. Z drugiej strony trudno nie wspomnieć o wolnym rynku, kiedy mowa o rzeczach przyjemnych i pożytecznych. Artykuł o karnawale kończy się takim oto morałem: „Karnawał ma jednak w sobie zbyt wielki komercyjny potencjał, żeby pozostał imprezą dla swoich. Byłoby to zwykłe marnotrawstwo” (13.02.05, s. 67). Tekst o Janie A.P. Kaczmarku, znanym kompozytorze muzyki filmowej zawiera podobne napomnienia: „Kaczmarek zrozumiał, że kino to nie zabawa w sztukę, ale wielkie przedsięwzięcie ekonomiczne”. W zakończeniu artykułu wraca refren o PRL-u. Polscy filmowcy nie mogą pojąć tego, co tak dobrze zrozumiał Kaczmarek, dlatego wciąż drepczą w miejscu, a polskie produkcje wyglądają, jak wyglądają. Zło bierze się z dziedzictwa PRL-u, w którym nie było wolnego rynku, ale jest także winą samych zainteresowanych, którzy mieli przecież aż 15 lat na reedukację.

Żeby powtarzać gest wartościowania możliwie często, ocena musi zawierać się w najdrobniejszych segmentach tekstu. Stąd popularność wartościujących epitetów i sformułowań. Niekiedy formuły z epitetem utrwaliły się i zastępują termin, który pierwotnie miały oceniać. Sformułowanie „zbrodnicza utopia” pojawia się jako synonim komunizmu lub socjalizmu, które najczęściej zresztą utożsamia się i rozumie nad wyraz szeroko. Pole semantyczne tej zbitki jest rozległe. Nie chodzi tylko o to, że socjalizm jest zbrodniczy, ale i o implikacje słowa „utopia”, które oznacza projekt oderwany od rzeczywistości i nie dający się zrealizować. Co ciekawe, sformułowanie to pojawia się na przykład w artykule „Zniewolony język” (06.02.05), gdzie Jan Pospieszalski używa go w geście protestu wobec językowego zakłamania, nazywając wreszcie rzeczy po imieniu bez odziedziczonych po PRL-u klisz.

Wartościujące epitety nie muszą być aż tak skonwencjonalizowane. Ważne, aby łączyły słowo rozpoznawane jako znak jakiegoś sposobu myślenia o społeczeństwie z wyrazistą oceną. Tytuł „Zabójcze dotacje” (06.02.05, s. 46) nie tylko ma dyskredytować dotacje omawiane w artykule, ale w ogóle łączyć ideę dotacji z tym, co niszczące i niebezpieczne. Stosowanie wyłącznie słów nasiąkniętych ocenami – czyli prawdziwie znaczących – prowadzi do budowania kwiecistych fraz. W sformułowaniu „czerwony kapturek pseudoopiekuńczego państwa” (06.02.05, s. 89) najważniejszy jest niewinny z pozoru epitet „czerwony”. Sygnalizuje, że mamy do czynienia ze zjawiskiem kojarzonym z lewicą, socjalizmem i komunizmem. Trudno powiedzieć, czy autor był świeżo po lekturze Bettelheima i nie wierzył w niewinność Czerwonego Kapturka, dość że w jego metaforze czerwony kapturek wyraźnie coś skrywa, coś zdecydowanie złego. Tym złem jest „pseudoopiekuńcze państwo”. Trudno powiedzieć, co dokładnie oznacza to sformułowanie, bo też ważne są oceny, a nie opis. Na pewno chodzi o państwo, które podaje się za opiekuńcze, ale w istocie jest tworem złowrogim, lewicowym.

Podobnie porządkują rzeczywistość przydawki dopełniaczowe lub bardziej rozbudowane zestawienia pojęć i haseł. „Dyktatura politycznej poprawności” (06.02.05, s. 97) to jeden z najprostszych przykładów. Skojarzenie przemocy i praktyki, która w istocie próbuje ograniczać przemoc, ma zdyskredytować ideę emancypacji mniejszości. Sformułowanie to ma jednak także inną funkcję: wyraża stanowisko większości, która czuje się terroryzowana i zagrożona w swojej tożsamości przez roszczenia coraz to nowych grup mniejszościowych.

Określenia wartościujące bywają agresywne. Wprost lubi słowa dosadne, niekiedy na granicy wulgarności. Często określa się cudze poglądy przywoływane zwykle tylko za pomocą hasła-emblematu jako „bzdury”, „nonsensy” i „brednie”. Skandynawski system penitencjarny, w którym więźniom przysługują pewne dające się egzekwować prawa, kwituje się mocnym stwierdzeniem: „To niebezpieczna bzdura” (06.02.05, s. 36-37). W felietonie Leszka Balcerowicza (06.02.05, s. 50) słowo „brednie” powtarza się kilkakrotnie jako komentarz do antyglobalizmu. O akcjach na rzecz praw gejów mówi się „tęczowe głupactwo” (16.01.05, s. 86), o zwolennikach zabezpieczeń socjalnych – „opiekuńczy rój głupców” (23.01.05, s. 40), o pewnym dokumencie Unii Europejskiej – „eurogniot od eurobiurokratów” (06.03.05, s. 44). Przykłady można mnożyć. We wszystkich przypadkach słowa dyskredytujące odwołują się bezpośrednio do emocji, nie potrzebne są żadne inne uzasadnienia. Słowami „brednie”, „bzdury”, „głupactwo”, „gniot”, „rój głupców” określa się poglądy i ludzi, z którymi dyskutować się nie da i z którymi rozmawiać nie warto.

Dosadne epitety stosuje się także do zwalczanych osób i frakcji politycznych. Tu słowna agresja zmierzająca do ośmieszenia wroga jest najwyraźniejsza. Poczucie humoru podpowiada dziennikarzom Wprost takie bon moty, jak na przykład „Sojusz Kurestwa Polskiego i Sitwy” (06.02.05, s. 13). Sygnatariusze listu krakowskich intelektualistów określeni zostali jako „lista Fiuta” (od nazwiska historyka literatury Aleksandra Fiuta, który list podpisał; 13.02.05, s. 15), a pewnego polityka nazwano „zastępcą członka, nie wiadomo czyjego” (06.02.05, s. 16).

Ważną rolę pełni insynuacja. Śledztwa dziennikarskie przypominają w stylu oparte na faktach powieści sensacyjne. Fakty są w nich obecne, ich powiązanie jest jednak całkowicie spekulacyjne. Ważne okazuje się nie tyle to, co z całą pewnością się zdarzyło, ile pobudzające wyobraźnię rozważania o tym, co mogło się zdarzyć. Hipotezy takie bywają bardzo prawdopodobne lub zgoła fantastyczne. Żeby to ocenić, trzeba jednak bardzo dobrze znać temat, a we Wprost nikt nie mówi, jakie jest prawdopodobieństwo autorskiej wersji wydarzeń. W efekcie czytelnik otrzymuje nie tyle fakty, które świadczą o czyjejś nieuczciwości, ile takie interpretacje faktów, których założeniem jest wina. Założenie to może okazać się trafne, co nie znaczy wcale, że zasadne będzie oparte na nim oskarżenie. Dopóki nie dowiedziona wina jest przesłanką interpretacji dostępnych faktów, rozumowanie takie – ze względu na samą strukturę – pozostanie zawsze tylko insynuacją.

W artykule „Koniec świata Kwaśniewskiego” (20.03.05) do postawienia zarzutu o mafijnych powiązaniach polityków wystarczą informacje o tym, kto kogo spotkał i z kim pracował. Osoby, które w jakimś momencie życia współpracowały ze sobą lub spotkały się na przyjęciu albo w kawiarni i wśród których są ponadto agenci rosyjskiego wywiadu, uznane zostają automatycznie za organizację przestępczą. Rozumując wedle powyższego schematu można poszerzać zasięg owej organizacji niemal w nieskończoność. Nie trzeba dodawać, że w całą sprawę zamieszani są politycy SLD, czyli lewica.

Ważną techniką wartościowania jest stosowanie metaforyki choroby. Choroba pozostaje zawsze stanem odbiegającym od normalności i przez to niebezpiecznym. Obraz choroby wprowadza aurę zagrożenia, sugeruje konieczność ratowania tego, co najważniejsze – samej zdolności do życia. Z chorobą się nie dyskutuje, zwalcza się ją wszelkimi dostępnymi środkami nawet za cenę wyrzeczeń i nieprzyjemności, które służą przecież wyższemu dobru. Wprost wykorzystuje bogate pole semantyczne choroby, kładzie jednak nacisk na patologię, zaburzenie normy, które domaga się możliwie najszybszej i zdecydowanej korekty. Choroba może dotyczyć ciała, ale w istocie toczy duszę i umysł, dlatego metafory rozkładu ciała obrazują degradację duchową i intelektualną. Bywa, że obraz odwołuje się wprost do psychiatrii. Tak więc „teksty antyglobalistów to połączenie Manifestu komunistycznego z rojeniami pacjentów zakładów psychiatrycznych” (30.01.05, s. 51), Niemcy przejawiają „patologiczny antyamerykanizm” (06.03.05, s. 89), Europa jest „bezpłodna nie tylko demograficznie”, ale także „pozbawiona zdolności generowania jakichkolwiek nowych, ważnych idei” (23.01.05, s. 39). Choroba okazuje się równoznaczna ze skazą moralną, dlatego po stwierdzeniu: „socjalistyczny rak może unicestwić UE w ciągu pięciu, sześciu lat” pojawia się dopowiedzenie: „socjalizm to grzech stary jak UE” (16.01.05, s. 86).

Wartościowanie za pomocą metafory choroby ma moc bezwarunkowego wykluczania. „Szaleństwo” albo „rak” z natury nie dysponują argumentami, są ślepą i niszczącą siłą – oto cała ich treść. Jeżeli socjalizm jest „rakiem”, nie można traktować go jako autonomicznej odpowiedzi na rzeczywistość społeczną. Choroby nie uzasadniają żadne pozytywne, to znaczy dodatnio wartościowane przesłanki. Nie ma nic wspólnego z żadnym dającym się obronić projektem, nie stoją za nią żadne wartości. Jeśli ma przyczyny, to sprowadzają się one do naruszenia normy, odejścia od tego, co zdrowe i pożądane. Metafora choroby ma zatem ogromny potencjał tworzenia wspólnoty, przy czym normalność, a więc oś, wokół której wspólnota ta się krystalizuje, jest pojęciem równie pustym, co oczywistym. Zdrowia nie trzeba definiować, ale pod metaforę zdrowia można podstawić dowolne treści i swobodnie je modelować. Nie zmienia to faktu, że za każdym razem odbiorca otrzymuje czytelny komunikat: tekst wskazuje wroga i z góry pozbawia go możliwości obrony i prawa do dyskusji.

Obrazy choroby łączą się z innym zespołem wartościujących wyobrażeń, których ośrodkiem jest opozycja siły i słabości. Siła – waloryzowana jednoznacznie pozytywnie – łączy się z takimi hasłami, jak wolny rynek, przedsiębiorczość, władza, wartości i tożsamość, podczas gdy słabości towarzyszy frustracja, bierność, roszczenia, ustępowanie mniejszościom i źle pojęta tolerancja. Wszystkie etykiety z drugiej grupy mogą występować w połączeniu z metaforą choroby. Są jej oznakami. Politykę Unii Europejskiej, czy szerzej postawę negocjacji i pokojowego rozwiązywania konfliktów określa się we Wprost frazą: „skleroza i ciągłe ustępowanie wobec ekspansywnego islamu w imię źle pojmowanej tolerancji” (16.01.05., s. 86). Obraz choroby z jednej strony utwierdza jako coś naturalnego ideę silnego dobra przeciwstawionego ucieleśniającym zło obcym, z drugiej dyskredytuje tych, którzy się tej idei sprzeciwiają. W wypowiedziach, w których do głosu dochodzi pozytywna strona opozycji, agresywny ton, afirmacja siły, wolny rynek, pieniądze i władza tworzą jedność z obroną tradycyjnych wartości i symboli: „Jezus będzie najsilniejszym orężem Zachodu w walce z wojowniczym islamem. To Jezus, a nie scjentyzm, feng-szui, kabała czy ezoteryka New Age jest teraz trendy. (...) Marka Jezus nie tylko pozwala zarobić, ale pozwala także zdobywać władzę, co potwierdzają ostatnie wybory prezydenckie w USA” (09.01.05, s. 112).

Omówione do tej pory strategie ograniczają się do warstwy stylistycznej wypowiedzi i nie organizują samego wywodu, chociaż ich zasięg może rozciągać się także na konstrukcję tekstu, jak to się dzieje w przypadku insynuacji. Wprost buduje jednak wartościujące przyporządkowania także na poziomie wywodu. Manipulacja polega wtedy na nieuprawnionym wyciąganiu wniosków i łączeniu zjawisk nie dających się zasadnie połączyć. Tekst składa się wówczas z paralogizmów, to znaczy rozumowań, które zachowując pozory logicznej poprawności, podsuwają czytelnikowi fałszywe wnioski a wraz z nimi ocenę zjawiska. Weźmy dla przykładu taki oto fragment: „Po dyktaturze proletariatu nastała dyktatura feministek. 71% badanych kobiet uznaje, że najważniejsze jest dla nich udane życie rodzinne i dzieci” (13.03.05, s. 29). Autor wyciąga z tego wniosek, że „feministki nikogo nie reprezentują”. Pointa ma zdyskredytować ruch emancypacji kobiet, ale rozumowanie zawiera przynajmniej dwa poważne błędy. Po pierwsze, nawet gdyby przyjąć, że kobiety, które wysoko cenią życie rodzinne, w całości odrzucają feminizm, pozostaje jeszcze 29% kobiet – ponad jedna czwarta ogółu! – potencjalnie sympatyzujących z feministkami. Po drugie, feminizm nie jest wrogiem udanego życia rodzinnego i dzieci, tylko wyobraża sobie takie udane życie inaczej niż na przykład kościół katolicki. Wśród 71% kobiet ceniących sobie życie rodzinne mogą więc być takie, które rozumieją je na sposób feministyczny, bez tradycyjnych ról, z równym podziałem prac domowych między małżonkami, z możliwością kontynuowania kariery zawodowej przez kobietę po urodzeniu dziecka itp.

Inny przykład: „W Ameryce wolność religijna to wolność wyznawania dowolnej religii, a w Europie wolność od jakiejkolwiek religii. W efekcie Amerykanie potrafią bronić wartości fundamentalnych, takich jak wolność czy prawo do życia, a Europa jest całkowicie rozchwiana moralnie” (13.03.05, s. 83). Znów nieuprawnione jest zarówno wywodzenie postawy Amerykanów i Europejczyków ze szczególnego stosunku do religii, jak i wartościujące kwalifikowanie obu postaw. Nawet jeśli przyjmiemy, że Stany Zjednoczone i Europa różnią się stosunkiem do religii, trudno zasadnie uznać, że właśnie dlatego w USA bardziej ceni się wolność i prawo do życia. Z kontekstu wynika, że o umiłowaniu wolności świadczą amerykańskie interwencje zbrojne, te jednak z pobudek czysto religijnych potępiał na przykład Karol Wojtyła. Ten sam Karol Wojtyła w imię religijnie motywowanej obrony życia nawoływał do rezygnacji z kary śmierci, którą ciągle masowo wykonuje się w USA, a bronią jej najgłośniej właśnie ci politycy, którzy najchętniej powołują się na autorytet religii. W świetle stanowiska Watykanu postawy „europejskie” można więc uznać za bardziej moralne i bliższe „obronie wartości fundamentalnych” niż postawy „amerykańskie”, nie mówiąc już o nieuprawnionej presupozycji, jakoby etyka miała tylko religijne źródła.

Manipulacja polega na tym, że pojęcia „wolność” i „obrona życia” uznaje się za oczywiste, podczas gdy należałoby je dopiero zdefiniować. Pojęcia mają w tekście pełnić funkcję przede wszystkim perswazyjną, nic więc dziwnego, że nie zwrócono uwagi na ich opisową treść. Są pustymi emblematami, które postulują i tworzą wspólnotę oraz przyporządkowują oceny wartościując od razu cały zestaw słów emblematów: USA, religia, moralność, konserwatyzm – zestaw akceptowany; UE, ateizm, rozchwianie moralne, lewica – zestaw odrzucony.

Zdarza się, że sformułowania sugerujące logiczne wynikanie łączą segmenty wywodu, między którymi trudno się dopatrzyć związku. „Skazanie kilku osób na Dolnym Śląsku za zmuszanie pracownic do świadczeń seksualnych” – czytamy we Wprost – „wywołało oburzenie. Tyle, że nie na gwałcicieli, ale na karzący sąd i na ofiarę. (...) Dolnośląski przykład to kwintesencja rezultatów polityki penitencjarnej, jaką sobie zafundowaliśmy po przełomie 1989 roku. To nie tylko skutek polityki «grubej kreski» wobec winowajców komunistycznego terroru i represji. To także konsekwencja idealistycznych przesłanek i założeń społecznej polityki obozu solidarnościowego” (23.01.05, s. 51). Trudno pojąć, dlaczego reakcja na śląski wyrok miałaby być rezultatem polityki penitencjarnej po 1989 roku, a już zupełnie bez związku jest przywołanie w tym miejscu „polityki grubej kreski” i polityki społecznej obozu solidarnościowego. Konstrukcja ta nie tłumaczy się w planie logicznym, tylko w kontekście języka propagandowego. Już wcześniej cytowane przykłady pokazywały, że obecność jednego naznaczonego wartościowaniem elementu przywołuje automatycznie cały zestaw wartościujących przyporządkowań i związków między nimi. Wokół tej całości skupia się też postulowane przez teksty „my”. Przytoczony wyżej fragment zyskuje znaczenie właśnie dzięki porządkującym świat społeczny schematom przyporządkowań. „Gruba kreska” i pobłażliwość wobec „sprawców komunistycznych represji” to hasło, które oznacza lewicowy – zdaniem Wprost – kurs po roku 1989. Skoro wyrosłe z ruchu „Solidarności” rządy były lewicowe, to ich program musiał być siłą rzeczy utopijny, oderwany od realiów i szkodliwy. Szkodliwy na sposób lewicowy, a lewica niszczy jak wiadomo tradycyjny porządek wartości i sprzyja moralnemu relatywizmowi. Takie same skutki przyniosła polityka penitencjarna, jedna ze składowych działań lewicy. W świecie relatywizmu białe jest czarne, a czarne okazuje się białe, tradycyjnie szanowane instytucje tracą autorytet, nic więc dziwnego, że lewica – w tym wypadku uosabiana przez „Solidarność” – jest odpowiedzialna za śląski przypadek.

Oprócz opisanych wyżej manipulacji najczęściej spotykana jest zmiana założeń i narzędzi stosowanych do interpretowania rzeczywistości po to, aby wnioski zgadzały się z założonym z góry wartościowaniem. W artykule „Oprawcy zwyciężają wojnę o pamięć” wydrukowanym z okazji 60. rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz autor ostro krytykuje praktykę mówienia o sprawcach Holocaustu jako o „nazistach”, co jego zdaniem zaciera fakt, że ludobójstwa dopuścili się Niemcy. Słowo „naziści” jest w jego ujęciu „anonimowe” i „nieokreślone”, należy więc przypomnieć o „istocie totalitarnego państwa niemieckiego” (06.02.05, s. 21). Ostrze polemiki wymierzone jest w tych, którzy mówią o „polskich obozach zagłady”, ale tłem tekstu jest także dyskusja o polskiej winie i postawie społeczności polskiej wobec Żydów w czasie wojny. Kiedy mowa o Niemcach, naród rozumiany jest jako monolit, historycznie tożsamy podmiot zbiorowej odpowiedzialności. Kiedy mowa o Polakach, model ten przestaje obowiązywać. Drzewka w Yad Vashem świadczą o postawie narodu, ale rozumianego już inaczej, jako byt niejednorodny i w znacznie mniejszym stopniu tożsamy – w tle mamy przecież Jedwabne, które trzeba czymś zrównoważyć, a rozumienie narodu jako monolitu bardzo utrudniłoby taki zabieg.

SKOLONIZOWAĆ JĘZYK

Propagandowy dyskurs, którym operuje Wprost, nie ogranicza się do budowania przyporządkowań. Przejmuje także niektóre sformułowania z języka identyfikowanego z ideowymi przeciwnikami i nadaje im własny sens. Terminy, takie jak „dyskryminacja”, „równość”, czy „wolność”, na których zasadza się argumentacja ruchów emancypacyjnych, używane są w szczególnych kontekstach lub wręcz w stałych związkach frazeologicznych, które odwracają ich pierwotne znaczenie i wpisują w nowe konstelacje ocen. Pojęcia zostają tym samym przejęte i zawłaszczone, mają odtąd służyć za znaki innych idei, dowodzić innych tez i wywoływać inne emocje. Dyskryminacja zamienia się w „dyskryminację fiskalną”, (czytaj: podatki), równość w „równość na wolnym rynku”, wolność w „wolność większości”, zagrożonej roszczeniami gejów. Każde z tych pojęć zostało zmanipulowane: oderwano je od pierwotnego sensu i kontekstu.

Wedle słownika „dyskryminacja” to „upośledzenie albo prześladowanie ludzi ze względu na ich pochodzenie, przynależność klasową, narodową, rasową, wyznaniową itp.” Skoro nierówność bywa akceptowana przez większość lub władzę, konieczne są regulacje prawne ograniczające zwyczajową przemoc, na przykład wobec pracowników najemnych czy grup mniejszościowych. Kontekstem słowa „dyskryminacja” są po prostu nowożytne teorie społeczeństwa i państwa. We Wprost kontekst ten zostaje zamieniony na właściwy pismu zestaw wartościujących przyporządkowań. Ujęcie zjawisk społecznych, w którym pierwotnie pojawiało się słowo „dyskryminacja”, jest oceniane zdecydowanie negatywnie i łączone z takimi hasłami jak „liberalizm” lub „lewica”. Konotacja słowa – krzywda i niesprawiedliwość – zostaje jednak wykorzystana, tyle że kontekstem musi być to, co naturalne: wolny rynek, zapewniający wolność i równość, tradycyjne stosunki, które strzegą tożsamości. Z „dyskryminacją” mamy więc do czynienia wtedy, kiedy państwo narusza nie wymagający wyjaśnień ani analizy obowiązujący stan rzeczy i nakłada podatki. Nie chodzi nawet o zbyt wysokie lub niesprawiedliwe podatki, te bowiem zawsze są zbyt wysokie, kiedy wykraczają poza finansowanie policji i infrastruktury, oraz niesprawiedliwe, jeśli są progresywne.

Podobnie przechwycono słowa o silnym potencjale wartościowania, jak na przykład „wstecznictwo” lub „oszołom”. Idea postępu, która tak silnie działa na wyobraźnię ludzi identyfikujących się z dążeniami emancypacyjnymi, została zdezawuowana, a związane z nią słowa pojawiają się we Wprost w nowych kontekstach. „Wstecznictwo” oznacza na przykład działania ograniczające rozwój wolnego rynku. Podobnie rzecz się ma ze słowem „oszołom”, które na początku lat 90. stosowano dla określenia zwolennika prawicy i klerykalizacji państwa. We Wprost konsekwentnie łączy się je z liberalizmem w życiu społecznym, przeciwnikami wolnego rynku, antyglobalistami i socjalizmem, czyli z lewicą.

OBRAZ ŚWIATA SPOŁECZNEGO

Jaki projekt społeczny wyłania się z lektury Wprost? Pytanie to prowadzi w stronę treści wartościujących przyporządkowań. Zanim się nimi zajmiemy, powtórzmy postawioną na początku analizy tezę: swój sens społeczny mają już same stosowane w tym piśmie techniki komunikacyjne – są one niedemokratyczne. Wykluczają nie tylko dialog, ale także wszelki spór i negocjacje.

Rekonstrukcja treści modelowanego przez Wprost „my” nastręcza poważnych trudności, ponieważ przypatrujący się im z zewnątrz obserwator jeszcze raz natrafia na wiele sprzeczności. Dwie z nich należy uznać za najważniejsze: po pierwsze, postulat obrony tradycyjnych wartości nie idzie w parze z dbałością o ich społeczne zaplecze, to znaczy tradycyjne struktury społeczne; po drugie, zunifikowanemu „my” sugerującemu silną więź wspólnotową towarzyszy obraz całkowicie zatomizowanego życia społecznego i państwa, które pozostaje niemal doskonale zewnętrzne wobec własnych obywateli.

Pod względem obyczajowym „my” to przede wszystkim zwolennicy normalności, a więc przeciwnicy lewicy i obyczajowego liberalizmu zaniepokojeni roszczeniami feministek, gejów i innych mniejszości. Do identyfikacji z postulowaną przez Wprost wspólnotą będzie się więc poczuwał ktoś przywiązany do tradycyjnej rodziny i silnej tożsamości grupowej opartej na wartościach chrześcijańskich i narodowych. „My” to także podatnicy, ludzie ciężkiej i uczciwej pracy finansujący ekscesy rozpieszczanych przez lewicę, roszczeniowo nastawionych nieudaczników i rozwydrzonych głosicieli emancypacji. „Aby socjalizm mógł istnieć, ktoś musi do niego dopłacać” (06.02.05, s. 46). Wydawałoby się, że ów konserwatywny podatnik to właściciel małej firmy w dużym mieście albo w miasteczku, być może rolnik na średnim lub niewielkim gospodarstwie. Jego konserwatyzm dotyczy obyczajów, ale też ekonomii – będzie bronił status quo, w którym się urządził i które zapewnia mu chleb. Zarówno konserwatyści, jak i zwolennicy wolnego rynku tak właśnie wyobrażają sobie przedstawiciela klasy średniej, do którego adresują swoje teorie.

A jednak kiedy ktoś taki zaczyna bronić struktur społecznych dających mu pracę i będących ostoją tradycyjnych wartości, zamienia się natychmiast w bohatera zdecydowanie negatywnego. Francuscy producenci win, którzy środkami prawnymi starają się w ramach UE ograniczyć konkurencję, stają się zwolennikami biurokracji i przejadają to, co „płaci prywatny podatnik”; polscy aptekarze, którzy chronią małe apteki przed silniejszymi firmami, okazują się spadkobiercami komunizmu i PRL-u. Zbyt duże rozdrobnienie nie jest korzystne dla gospodarki, dlatego Wprost opowiada się za konkurencją kilku silnych firm. Oznacza to de facto koniec małych producentów i „prywatnych podatników”, którzy tworzą tradycyjny świat społeczny, ale o tym nie mówi się ani słowa. Jeżeli mała firma upadnie, jej właściciele i pracownicy mają przed sobą dwie drogi: albo przyporządkowana im zostanie etykieta „postawy roszczeniowej”, albo „odnajdą się na rynku”. W każdym przypadku ich sytuacja opisana zostanie z perspektywy tych, którzy zwyciężyli w walce konkurencyjnej, to znaczy z perspektywy dużych firm. Jeżeli w nowym miejscu pracy będą walczyć o swoje prawa i płace, wstąpią do związków zawodowych albo zaprotestują przeciw grupowym zwolnieniom, natychmiast z podatników przedzierzgną się w lewicę. Jeżeli trafią do agencji pracy tymczasowej, Wprost słowem nie zająknie się o warunkach zatrudnienia i płacach, będzie za to w imię wolnego rynku, wzrostu gospodarczego i walki z bezrobociem – czyli w imię normalności – postulować liberalizację kodeksu pracy.

Język Wprost tworzy poczucie silnej więzi między uczestnikami tworzonego przez tekst „my”. Jest to więź emocjonalna, zasadzająca się na jednomyślnym uznaniu wartościujących przyporządkowań porządkujących obraz życia społecznego i na jednomyślnym wykluczeniu wrogów. Wspólnota konstytuuje się wokół wartości uznawanych za oczywiste i nie wymagające doprecyzowania. Siłą rzeczy jej uczestnicy muszą mieć poczucie przynależności do grupy solidarnie strzegącej normalności i broniącej się przed zagrożeniami. Życie społeczne jest jednak w ujęciu Wprost skrajnie zatomizowane, a postulat solidarności społecznej spotyka się ze zdecydowanym potępieniem. Z prezentowanego obrazu znika właściwie wszystko, co zwykło się określać mianem „problemów społecznych”. Zjawiska życia społecznego nie mają społecznych przyczyn i kontekstu. Likwidacja dużego państwowego przedsiębiorstwa jest tylko i wyłącznie kwestią ekonomiczną. Jej znaczenia dla lokalnej społeczności po prostu nie bierze się pod uwagę. W ramach normalności każdy odpowiada jedynie za siebie, a przyjęte formy wspólnego życia nie pociągają za sobą żadnych konsekwencji. Aby rozwiązać problem, nie trzeba niczego w społeczeństwie zmieniać, a tylko wpływać na bezpośrednich sprawców zła lub na jego objawy. Żeby ograniczyć przestępczość, należy po prostu zaostrzyć kary i wybudować nowe więzienia, a najlepiej stworzyć więzienia prywatne. Żeby znikło bezrobocie, wystarczy zliberalizować kodeks pracy, który zanadto obciąża i krępuje pracodawców. Każda myśl, która szuka przyczyn głębiej, to znaczy w życiu społecznym i jego mechanizmach, jest natychmiast kwalifikowana jako lewicowa i tym samym ekskomunikowana.

Pozytywne „my” zostaje bardzo wyraźnie przeciwstawione państwu, choć od czasu do czasu pojawia się postulat „silnego państwa”. Między państwem a obywatelem trwa konflikt. Struktury państwowe są konsekwentnie prezentowane jako „fiskus”, pazerna, biurokratyczna maszyna czyhająca na „pieniądze podatników”, czyli na „nasze pieniądze”. Jej działania wynikają z żądzy zysku – urzędnicy potrzebują pieniędzy i nic poza tym ich nie obchodzi – albo reprezentują interesy elementów społecznie bezwartościowych: roszczeniowej rzeszy ludzi, którzy nie potrafią poradzić sobie na wolnym rynku, żebrzą i terroryzują polityków oraz wysuwają żądania dające się uzasadnić jedynie lewicową demagogią. Sfeminizowana kobieta myśli, „jak pozbyć się ciąży na koszt podatnika, który tej ciąży nie zawinił” (06.02.05, s. 62) i zaangażuje państwo, żeby realizowało jej dwuznaczne zachcianki.

Obok krytyki państwa pojawia się jednak jego pozytywny – postulowany – obraz. Zadania takiego idealnego państwa ograniczone są do minimum: ma tworzyć warunki dla działalności gospodarczej i strzec prywatnej własności. Infrastruktura, drogi i policja – oto jego domena. Hasło obrony własności uwikłane jest jednak w wyobrażenia, które pozwalają połączyć emocjonalną energię konstruowanego przez Wprost „my” z akceptacją silnego państwa i ze zgodą na jego interwencje w życie społeczne. Państwo utożsamione z policją i więzieniami staje się przedłużeniem wspólnoty wykluczającej wszystko, co od niej inne. W świecie, gdzie nie ma miejsca na złożoność procesów społecznych, a tylko na wartościujące przyporządkowania, aparat sprawiedliwości zaczyna pełnić w wyobraźni funkcję strażnika normalnego życia. Interwencja policji czy kara więzienia zamienia się w zemstę większości na tych, którzy zostali wcześniej przez tę większość potępieni i pozbawieni praw. Tam, gdzie nie ma nadziei na społeczne negocjacje, niezadowolenie może znaleźć ujście w utożsamieniu z represyjnym państwem.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing