Doświadczenie „wolnej” szkoły Drukuj Email
Napisał(a): Marcin Męcina   
10.12.2006.

Jak każdy wie, w szkole jest, a przynajmniej powinna być przestrzegana wolność słowa, a tym czasem nauczyciele którzy powinni być jej strażnikami i bronić różnorodności poglądów, łamią to prawo bez żadnych zahamowań, poczynając od księży i katechetów, a kończąc na dyrektorach. Na czym polega to łamanie prawa i skąd ono się bierze?

Poniższy tekst oparty jest o autentyczne wspomnienia moje jak i moich znajomych. Starałem się oddać jak najwierniej realizm jakże złej sytuacji wolności poglądów w miejscu gdzie powinna ona być pielęgnowana. Imion i nazwisk profesorów i nauczycieli nie podaję chyba tylko przez litość, bo innych przyczyn nie widzę.

Już od pierwszych klas szkoły podstawowej jest się ukierunkowywanym prozachodnio poprzez zniechęcanie do Rosji, Białorusi, Ukrainy i ogólnie całego tzw. "wschodu". Przykładem nie do zbicia przez dzieci jest powiedzenie, że zachód jest bogaty a wschód biedny. Tak, rzeczywiście Rosja to taki zaścianek Europy, że nawet Francja czy Portugalia lub Hiszpania są bogatsze. Z całym szacunkiem, ale przystępując do tematu nawet z dziećmi, trzeba wiedzieć o czym się mówi. Rosja jest trochę zamożniejsza niż te kraje i chyba osoba dorosła zdaje sobie z tego sprawę, powinna też taka osoba wiedzieć jak katastrofalny wpływ na Rosję miały przemiany ekonomiczne lat ‘90, ale cóż.

Po szokujących zachowaniach pedagogów w szkole podstawowej, przychodzi czas na gimnazjum które jest prawdziwą kopalnią przykładów "poszanowania" wolności słowa ucznia przez nauczyciela. Posłużę się tu moim własnym doświadczeniem, by zilustrować sytuację. Otóż: siedzę na lekcji historii i czekam na nauczyciela, by odpowiedzieć na ocenę końcową, koniec roku, więc wiadomo – pośpiech itp., ale do rzeczy – wchodzi nauczycielka i od razu mnie wywołuje. Siadam obok niej na krześle i słucham pytania. I słyszę: "Wymień totalitarne ustroje polityczne" no to ja zaczynam: nazizm i faszyzm... „I komunizm”, wtrąciła nauczycielka. Zatkało mnie, i to dosłownie, nie wiedziałem jak się zachować. Czy przyznać się do poglądów, wstać i wyjść czy też nic nie mówić i zaliczyć test, który pozwoli mi kontynuować naukę w LO (od tej oceny bardzo dużo zależało).

Milcząc, przebrnąłem gimnazjum (nie byłem i nie jestem z tego dumny, ale cóż - przez szkołę przebrnąć jakoś musiałem), i dotarłem do liceum. Ostoi , jak by się mogło wydawać, tolerancji i swobody poglądowej, gdzie ludzie, którzy już mają "własny" rozum i potrafią powiedzieć sensownie argumentować (o młodzieży z gimnazjum nie zawsze można to powiedzieć, jak i o tamtejszych belfrach). Rozpoczęcie roku i już pierwszy zawód. Mianowicie - obowiązkowa msza święta... A o ateizmie lub innych religiach to państwo profesorowie nie słyszeli?

Ok, godzinkę mszy i ciężkie dowcipy księży jakoś przeboleliśmy, rozpoczęcie oficjalne i już początkiem tematu była walka z okupantem (naziści), a następnie z dużo większym i groźniejszym (oczywiście chodzi o ZSRR, imię naszej szkoły brzmi Armii Krajowej). Poniekąd można się zgodzić, ale jak pan profesor raczył powiedzieć, komunizm nie jest zbrodnią, a jedynie część ludzi (bo nie wszyscy) za czasów tzw. PRL-u przyczynili się do tego, by w Polsce wyrosło przekonanie, że komunizm jest jednoznaczny ze stalinizmem, który był tak jawnie wtedy propagowany.

Pierwsza lekcja historii i test diagnostyczny, na którym jednym z pytań było: "Napisz kim byli...". I widzę: Jan Matejko, Jan III Sobieski, Stefan Batory... Włodzimierz Lenin (ktoś to chyba omyłkowo dopisał), Ignacy Krasicki, Józef Stalin (oni chyba innych sekretarzy KC KPZR nie znają). Było także do wyjaśnienia pojęcie monarchii, demokracji i komunizmu. Zadowolony z tych pytań, napisałem i szczęśliwy oddałem, lecz kiedy przyszło do omówienia testu. Bardzo mnie zasmuciła postawa nauczyciela, który powiedział dosłownie, że teorie Marksa są „idiotyczne”, i że „one z góry były niedorzeczne”. Następnie postać Stalina (komentarz zbędny), i wreszcie zagadnienie komunizmu... „To system który gnębi człowieka i jest przeciw niemu, a jedynie wąska grupa ludzi żyje w dostatku, podczas gdy inni egzystują w skrajnej nędzy”. W pierwszej chwili myślałem, że mowa o kapitalizmie. O mało nie spadłem z krzesła (lekcję ową i tak opłaciłem niezłą nerwicą). Przepraszam – to są wspomnienia z PRL-u, kącik poezji czy lekcja historii na której mamy otrzymywać rzetelne i prawdziwe informacje, opierające się na literaturze i materiałach źródłowych?

Myślałem, że wybuchnę, ale i tym razem trzeba było się powstrzymać i przemilczeć sytuację, żeby nie zarobić wyjścia do dyrektorki (zagorzałej działaczki prawicowej). A można nawet i ze szkoły wylecieć. Następnie religia, czyli norma - udowadnianie nam na pierwszej lekcji (lekcje religii są tak ustawione, żeby zwolnienie się z nich było dla ucznia co najmniej kłopotliwe), że religia jest ważna i (tego ksiądz widać nie mógł sobie darować), że nie jest żadnym „opium mas”.

Jak więc widać, w naszej oświacie panuje pełne poszanowanie odmienności poglądów i wolności słowa. Gorzki śmiech przebija się przez łzy.

Reasumując tego typu stan rzeczy może świadczyć o próbie wychowania (czytaj: nachalnego wtłoczenia jedynie słusznej ideologii) kolejnego pokolenia które bez żadnej refleksji będzie ślepo podążać ścieżką wyznaczoną przez „miłościwie” panujących, a tym samym będzie niczym więcej jak ukształtowanym przez polityków, kościół i większość pedagogów „ciemnogrodem”.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing