SLD w rozkroku Drukuj Email
Napisał(a): Bojan Stanisławski [socjalizm.org]   
28.06.2005.

ffZbliżające się wybory parlamentarne są doskonałą okazją do politycznej refleksji, której – zwłaszcza w polskich, smutno groteskowych i ironicznie absurdalnych, warunkach – nie wolno sobie zlekceważyć. Ze szczególną zaś uwagą sytuacji przyjrzeć się powinni ludzie lewicy. Polska lewica znajduje się bowiem w defensywie, a nad krajem zawisły chmury autorytarnych, konserwatywnych rządów spod znaku „rewolucji moralnej” braci Kaczyńskich.

Polska lewica – jeśli w ogóle chce przetrwać – musi zacząć myśleć. Przez lata tę właśnie czynność okrutnie zaniedbywała. Nie da się ukryć, że obecna kondycja – moralna, polityczna i społeczna – całej polskiej lewicy, od tej establishmentowej po antykapitalistyczną, jest wyjątkowo marna. Nie da się także ukryć, że w największej mierze za tę sytuację odpowiedzialna jest ona sama.

Powyższych słów nie należy oczywiście interpretować w duchu podsuwanych nam na co dzień kłamstw, o tym jakoby lewicowa myśl polityczna była anachroniczną teoryjką dobrą dla tęskniących za PRLem i zafascynowanych Che Guevarą. Jest dokładnie odwrotnie. Obecna sytuacja – paradoksalnie, a może dialektycznie – udowadnia bowiem, że to właśnie doktryna socjalistyczna jest tą jednostką polityczną, która nie tylko przetrwała konfrontację z rzeczywistością, ale jest jedyną sensowną na nią odpowiedzią. Porażka polskiej lewicy nie jest – jak próbują przedstawić to media głównego nurtu – dowodem na niewydolność tej koncepcji, ale rezultatem odcinania się od niej. SLD poniosło sromotną klęskę nie dlatego, że było „czerwone”, „socjalistyczne”, „komunistyczne”, „postkomunistyczne”, „postpeerelowskie” itp., tylko dlatego, że jego kierownictwo postanowiło zmienić profil tej partii. Zaczęło ono tak przekształcać jej formułę, aby naczelnym celem uczynić zabieganie o wyborców Unii Wolności i Platformy Obywatelskiej, a nie wykluczonych ze społeczeństwa bezrobotnych, wyzyskiwanych pracowników i nękanych przez kościół. Doprowadziło do tego, że partia ta porzuciła w praktyce wszystkie swoje programowe założenia, które pozwoliły zbudować masową lewicową partię, na rzecz dogmatycznego wyznania wiary w niewidzialną rękę rynku i jej aksjomatyczne dobrodziejstwo.

Wiele osób – zwłaszcza szeroko pojętej lewicy – zada zapewne pytanie skąd pomysł, by to właśnie skompromitowane SLD uczynić punktem odniesienia dla tych rozważań. Zgoda co do tego, że SLD jest liberalną, prawicową socjaldemokracją; zgoda co do tego, że milleryzm-hausneryzm był obrzydliwą doktryną ekonomiczną, która zubażała biednych, a bogatym pomagała się ich kosztem bogacić; to prawda, że SLD ośmieszyło lewicę, zdradziło swoich wyborców mamiąc ich w 2001 roku zapewnieniami o „przywróceniu normalności”, a niczym wcześniej AWS ciągnęło się w ogonie kleru i popierało jego wsteczne postulaty. Nie ma tu żadnego „ale”. Niemniej trzeba także przyznać – zupełnie szczerze – że niezależnie od tego czy komuś się to podoba czy nie, to właśnie SLD zdobyło niegdyś to nieprawdopodobne wręcz zaufanie społeczne, które wyraziło się czterdziestokilku procentowym wynikiem wyborczym, a o którym jakiekolwiek inne ugrupowanie może tylko pomarzyć. Inna – acz nie mniej ważna – sprawa, to to, że na owo zaufanie rząd Leszka Millera splunął. Nikt nie zaprzeczy także, że to właśnie SLD jest kojarzone w tym kraju jako partia lewicowa. Snując jakiekolwiek racjonalne rozważania o lewicy – zwłaszcza w Polsce gdzie znajduje się ona w bardzo kiepskim stanie – należy być bardzo ostrożnym, by nie popadać w idealistyczne majaczenia i wychodzić nie od tego jaka lewica powinna być, tylko jaka jest i dlaczego.

Oczywiście, lewica w Polsce to nie tylko SLD i czas już najwyższy – jeśli zamierza ono w ogóle przetrwać – by zostało to przez tę partię dostrzeżone. Istnieje bardzo wiele rozmaitych małych partii, stowarzyszeń i grup inicjatywnych, które określają się jako jednoznacznie lewicowe. Sojusz się od nich odwrócił i tylko na tym stracił. Tak długo jak SLD było konglomeratem różnych lewicowych środowisk zmuszone było prowadzić minimalną choćby wewnętrzną debatę na temat kierunku politycznego jaki obiera. Gdy przekształciło się w jednolity organizm partyjny z kanclerzem Millerem na czele obrało kurs jednoznacznie liberalny i o ile formalnie nie zakazało debaty programowej (w SLD istnieje kilka klubów dyskusyjnych) o tyle praktycznie ją zdławiło (kto bowiem o tychże klubach słyszał poza ich członkami). Jak na dłoni widać, że intencje ekipy byłego premiera były jasne – dość bajania o tym co jest lewicowe, a co nie. Skończyło się to tym, że miejsce debaty politycznej (i tak nie jakiejś bardzo zaciętej) zajęły arbitralne rozstrzygnięcia dyktowane biznesowo-dworskimi układami. Kierownictwo SLD zdecydowało wykorzystać kredyt zaufania, którego udzielili mu wyborcy do werznięcia się na salony i upokarzające wręcz lizusostwo w stosunku do kościoła i finansowej elitki, która tak bardzo „komuchami” pogardzała. I – dodajmy – pogardza nadal. Przyszłość pokazała, że kierownictwo SLD miało inne plany niż jego szeregowi członkowie (przypomnijmy – partię tę od 2001 roku opuściło 20 tys. członków) oraz wyborcy (także opuścili tę partię i to jeszcze bardziej masowo). Dlatego też – by posłużyć się postulatami zrewoltowanych Wenezuelczyków – należy jasno powiedzieć: „oni wszyscy muszą odejść!”. Nie będzie SLD, jeśli partia ta nie zmieni sposobu w jaki funkcjonuje i nie przeorientuje radykalnie swojej linii politycznej! Nie trzeba być marksistą, aby to stwierdzić – wystarczy być myślącym człowiekiem.

Powstaje pytanie czy ostatnie przetasowania personalne w kierownictwie SLD są krokiem w tym kierunku. Odpowiedź jest poniekąd zawarta w pytaniu. Wojciech Olejniczak to bowiem nie proletariacki internacjonalista, to nawet nie keynesista. Wojciech Olejniczak i jego koledzy to instrument za pomocą, którego Oleksy i Janik będą próbowali zdobyć troszeczkę choćby lewicowej wiarygodności. Działania w tym kierunku już się rozpoczęły. Dowodem na to niech będzie podpisane niedawno porozumienie z OPZZ. Pomimo tego, iż należy domniemywać, iż są to ruchy pozorowane to nie wolno nie wykorzystać szansy, jaka została stworzona. Działania takie zasługują bowiem na poparcie, ale na tym nie może się kończyć. Członkowie SLD powinni się domagać ich bezwzględnej realizacji, a jeśli nowe kierownictwo – co prawie nieuniknione – będzie znów próbowało rejterować z pola walki trzeba wspólnie ze związkowcami wywierać silny nacisk, a gdy zaistnieje taka potrzeba doprowadzić do nowych zmian. Mobilizacja eseldowskich „dołów” jest nieodzowna, jeśli partia ta ma obrać lewicowy kurs – ergo jest kwestią jej życia lub śmierci. Wtedy można będzie mówić o „nowej jakości”. Nie kto inny jak tylko szeregowi członkowie partii, którzy wstąpili do niej ze względu na swoje przekonania i z woli ich realizacji mogą zmienić jej oblicze. Nie mogą tego zrobić ludzie, których obliguje interes klasowy – albo Bochniarz i Kulczyk albo OPZZ, bezrobotni, wykluczeni. Albo baronowie i salonowe koterie, albo prawdziwa polityka pro-społeczna. W takim rozkroku nie da się trwać długo – nie sposób siedzieć na bagnetach. Wojciech Olejniczak – by zdobyć zaufanie członków partii – musiał stoczyć, wygraną wojnę ze znienawidzonymi „baronami”. To dobry sygnał. Pojawiają się – z ust samego Olejniczaka zresztą – deklaracje o konieczności stawania w obronie ludzi pracy najemnej. Słusznie! Domagajmy się dalszych deklaracji – opodatkowania bogatych, odejścia od liberalizmu i zdławienia ideologicznej wszechwładzy kościoła – i rozliczajmy z nich.

SLD jakie jest każdy widzi. Niemniej, jest to w tej chwili jedyna siła polityczna w stosunku do której tego typu postulaty można kierować. Trudno wyobrazić sobie taką walkę w SdPlu na ten przykład. Jest ona nie tyle partią ile biurokratycznym odłamem, który stał się rozbudowanym sztabem wyborczym – nie mającego zresztą żadnych szans – Marka Borowskiego. Partii, która od początku deklarowała elitaryzm; partii z założenia nie masowej. Jedyna walka jaka może się tam przetoczyć i ją totalnie zdezintegrować to biurokratyczno-salonowe zagrywki w wyścigu po stołki. SdPl jasno określił, że jedynym przedmiotem jego krytyki jest „styl sprawowania władzy w SLD”, który choć razi każdego przyzwoitego człowieka uznać należy za bezapelacyjnie mniej ważny niż kierunek. Podobnie za science-fiction – przynajmniej na tę chwilę – uznać można mobilizację w strukturach Unii Lewicy, która już tak się zachwiała w swej „lewicowości”, że stoi na krawędzi rozłamu. W tym sensie SLD jest wciąż jedynym ośrodkiem politycznym, na który nie tylko warto wywierać wpływ ale wręcz należy. Zwłaszcza w obliczu nadchodzącego widma rządów oszalałej prawicy. Nie oznacza to jednak wyrzekania się swoich socjalistycznych przekonań! Trzeba bowiem nie wybierać – jak podpowiada Gazeta Wyborcza – mniejsze zło, ale dokonać realnego wyboru i opowiedzieć się za konsekwentnie lewicowym programem ekonomicznym i społecznym. SLD jest również o tyle ważne, że jest jedyną partią, która ma szanse dostać się do parlamentu i forsować tam propozycje rozwiązań politycznych. Oddanie głosu na SLD powinno jednak być nie celem samym w sobie, lecz instrumentem do jego osiągnięcia. Ostatnie czterolecie dowiodło, że ani lewicowy elektorat, ani członkowie SLD nie mogą liczyć na łaskę i nie-łaskę kierownictwa tej partii, które pokazało, że zamiast koalicji z wyborcami woli koalicję z biznesem, u stóp, którego leży i błaga o błogosławieństwo. Czas wziąć sprawy w swoje ręce i odebrać im tę partię!

W tym sensie SLD pozostaje najważniejszym ośrodkiem politycznym. Za frustracyjne marudzenie lub polityczną niedojrzałość uznać należy bulgoczących niczym czajniki „radykałów”, którzy w swej – nie nieusprawiedliwionej oczywiście – nienawiści do SLD wpisują się w dyskurs serwowany przez media, czyli SLD = zło wszelkie. Politycznym błędem jest każde zacietrzewienie, które nie pozwala na racjonalny ogląd sprawy. Emocje są ważne, ale nie mogą ustępować miejsca zdrowemu rozsądkowi. Zdrowy rozsądek zaś – inaczej niż chce tego polski establishment – to nie religia neoliberalizmu, lecz badanie, analizowanie i wnioskowanie. W sytuacji ekstremalnej nędzy, w którą wpędziły polskie społeczeństwo elity polityczne, natchnione mowy o konieczności obniżania podatków i eliminacji „rozbuchanego socjalu”, tak samo jak i pohukiwania o potrzebie lustracji i budowania pomników zmarłemu papieżowi są czystą emanacją bezsensu z punktu widzenia 90% tego społeczeństwa. Pojmujmy więc zdrowy rozsądek zgodnie z właściwym – nie sfabrykowanym przez rządzących – znaczeniem tego sformułowania. W tym właśnie kontekście SLD jawi się jako partia, która wciąż zasługuje na uwagę ludzi lewicy. Nie dlatego, że ma szanse dostać się do sejmu – choć, jak wspomniałem, nie jest to nieważne – ale ze względu na to, że jest jedynym masowym organizmem politycznym, który deklaruje jakąś lewicowość. Jedynie SLD posiada potencjał – 70 tys. członków – którego lewicowy wyborca czy działacz nie może lekceważyć. Nie dawajmy wiary maruderom, którzy całe SLD widzą przez pryzmat Pęczaków i Hausnerów. SLD nie jest masową partią liberałów. Gdyby taką była Miller dawno już zmieniłby jej nazwę na Sojusz Liberalnych Działaczy. O ile łatwiej byłoby mu poruszać się na salonach, gdyby nie niósł na sobie tego – choć werbalnego jedynie – znamienia. Nie uczynił tego nie ze względu na sentyment, lecz dlatego, że zdaje sobie sprawę, iż tego typu postępowanie doprowadziłoby – w najlepszym dla niego razie – do rozłamu i to na wielką skalę. SLD nazywa się tak jak się nazywa i deklaruje się jako lewicowa, dlatego, że szeregowi członkowie chcą być w partii lewicowej. Zapewne nie wszyscy, ale wyraźna większość. Są to ludzie z tą partią związani i nie mają oni jak widać zamiaru spełnić oczekiwania np. Unii Lewicy i masowo nie zaczną się do niej przepisywać. Bo i z jakiej racji mieli by mieć oni do takich ugrupowań zaufanie, skoro zawiodła ich nawet macierzysta partia.

Obrażenie się na SLD i na jego członków, że nie zrobili niczego w momencie gdy rządy swoje zaprowadzał Miller jest działaniem bezsensownym. Oczywiście, WSZYSTKIE BEZ WYJĄTKU pretensje ze strony lewicy są uzasadnione, ale unoszenie się honorem jest infantylne. Klęska SLD jest pewną szansą – zdemoralizowane i znienawidzone przywództwo samo stara się ukryć pod płaszczykiem nowych twarzy, które albo będą marionetkami w jego rękach, albo zostaną zmuszone do realizacji żądań na bazie których partia ta przyciągnęła tak wielu członków i znalazła tak wielu sympatyków.

Doskonale widać, że obecna klęska jest rezultatem kapitulacji wobec wolnego rynku i liberalizmu oraz wobec masowej ideologii narzucanej przez kościół i media. Nie jest dowodem na to, że lewica nie wytrzymuje konfrontacji z realiami – wręcz przeciwnie jest dowodem na to, że każdy odwrót od jej ideowego podłoża kończy się fiaskiem. Dlatego w najbliższych wyborach – i w ogóle w każdych – rozsądny wyborca czy aktywista powinien oddać głos na socjalizm. SLD nie jest partią socjalistyczną i do bycia nią wciąż nie pretenduje. Niemniej, jeśli jakakolwiek partia wśród tych oficjalnych ma szanse się taką stać to właśnie ta. SLD może i musi się zmienić. Jeśli tego nie uczyni – zginie. A to właśnie teraz - bardziej niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich 15 lat – lewica jest Polsce potrzebna.


 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing