Aaa... praca dla studentów! Drukuj Email
Napisał(a): Karolina Białkowska [socjalizm.org]   
22.01.2007.

Polscy pracodawcy dość chętnie zatrudniają studentów. Głównie dlatego, że nie muszą z tego tytułu płacić składek ZUS. Odpada im więc połowa kosztów, co jest opłacalne tym bardziej, że studencka pensja jest zwykle mocno okrojona, w przeciwieństwie do czasu pracy. Postanowiłam przyjrzeć się bliżej temu jakże osobliwemu zjawisku.

Pierwszą osobą, która zgodziła się ze mną porozmawiać był Michał, dwudziestojednoletni student prawa. Swoją przygodę z pracą rozpoczął kilka miesięcy temu na kasie jednego z toruńskich supermarketów. Dosyć szybko awansował jednak na serwisanta działu zabawek. W porównaniu z posadą kasjera taka praca wydawała się rajem; chłopak miał wszak umowę o stałą pracę i zarobki. Radość okazała się jednak krótkotrwała. Od czasu „awansu” Michał przesiaduje od rana do wieczora, a czasem całe noce, na hali hipermarketu ustawiając na półkach samochody i lalki, a wszystko to za 700 złotych miesięcznie. Rezygnacja z tej posady oznacza dla niego utratę dochodów w ogóle i zdanie się na korzystanie z pomocy niezbyt zamożnych rodziców.

Również Kinga chciała się nieco usamodzielnić, chociaż bardziej odpowiednim stwierdzeniem byłoby tu – odciążyć swoją samotną mamę. Jakiś czas bez skutku szukała pracy innej niż rozdawanie ulotek na starówce, aż wreszcie znalazła ogłoszenie, które zdawało się być interesujące. Otóż zamieściła je międzynarodowa firma (dziwnym trafem nie podała swojej nazwy) poszukująca kobiet w wieku do czterdziestu pięciu lat na stanowisko telefonistki. Zadzwoniła pod podany numer, a po kilku dniach sama otrzymała telefon z firmy z informacją, iż przeszła wstępną selekcję i zaproszona jest na rozmowę. Swoją drogą ciekawość wzbudza owo enigmatyczne określenie „wstępna selekcja”, bo nie bardzo wiadomo, na jakiej podstawie szefostwo firmy ją przeprowadzało. Czyżby wystarczyły podane przez nią dane personalne? Jak się później okazało zapraszano po prostu wszystkie dziewczyny, które odpowiedziały na ogłoszenie. Słowo „selekcja” miało prawdopodobnie dodawać firmie powagi. Czas pokazał, że pozory odgrywały największą rolę w tej osobliwej instytucji.

Kinga rozpoczęła więc pracę jako telemarketerka w firmie specjalizującej się w sprzedaży odkurzaczy. Metody działania owej placówki są powszechnie znane tym, którzy kiedykolwiek mieli do czynienia z firmami takimi jak Amway czy Zepter. Innymi słowy jest to tak zwana sprzedaż domowa. A funkcją naszej bohaterki było wydzwanianie do niczego nieświadomych ludzi i namawianie ich do obejrzenia „reklamy nowego urządzenia medyczno – technicznego, które właśnie ukazało się na rynku”. Z zastrzeżeniem, że „nie jest to żadna forma sprzedaży domowej”. Przez pierwsze dwa tygodnie Kinga pracowała za darmo, dzień w dzień po 5–6 godzin. Miała szczęście, zatrudniono ją, w przeciwieństwie do kilku innych studentek, które owe czternaście dni po prostu zmarnowały. Dziś dziewczynie dalej grozi zwolnienie, pracuje około ośmiu godzin dziennie za średnio 300 złotych miesięcznie.

Część osób dorabia sobie w charakterze prywatnych korepetytorów i z tego, co wiem jest to niezła praca dla studenta, oczywiście pod warunkiem, że osobnik douczany, zazwyczaj małoletni, nie daje się zbytnio we znaki. Takie sytuacje zdarzają się jednak rzadko, a jeśli ktoś choć trochę orientuje się w tym, co robi, to pomaganie w nauce uczniom podstawówki i gimnazjum staje się naprawdę fajną i w gruncie rzeczy rozwijającą pracą. Szkoda tylko, że nie można jej uznać za praktykę, ani w ogóle za pracę w świetle prawa, bo przecież nikt nie podpisuje umowy z korepetytorem.

Nie wiem jak traktować znany powszechnie sposób zarobkowania polegający na odpłatnym pisaniu prac semestralnych, licencjackich czy w końcu magisterskich tak dla znajomych, jak i zupełnie obcych ludzi. Trudno uznać to za pracę w pełnym znaczeniu tego słowa, a jednak przynosi dochody sporej rzeszy studenckiej braci. Podobnie zresztą, jak sprzedawanie starych książek i notatek.

Swoją pracę chwalą też niektórzy żacy zatrudniani w charakterze barmanów, chociaż wbrew pozorom nie jest to najlżejsza praca, ale trudy całonocnego obsługiwania imprez rekompensuje towarzystwo i napiwki. Nie mogą z kolei cieszyć się pracujące dorywczo sprzątaczki i opiekunki do dzieci, bo nie dość, że umowy nikt z nimi nie podpisuje, to nierzadko narażone są na humory i narzekania wiecznie niezadowolonych pracodawców. Co się tyczy zarobków, to chociaż nie przyprawiają o zawrót głowy, to jednak często wspomagają niejedną kieszeń.

Niektórzy studenci próbują swoich sił w poszukiwaniu takiego zawodu, jakiego się uczą. Dla niektórych jest to możliwe jedynie na obowiązkowych praktykach, inni nie tracą nadziei i uparcie poszukują konkretnie tego, co leży w obszarze ich zainteresowań. Niestety, najczęściej usiłowania takie kończą się niepowodzeniem. Z moich własnych obserwacji wynika, że udaje się to głównie tym, dla których kariera zawodowa jest sprawą najważniejszą, a jej plan jest ustalony już od dawna. Tacy ludzie nie mają czasu ani na przyjaciół, ani nawet jakiegokolwiek życia towarzyskiego; zresztą otwarcie przyznają się do tego, że dla nich studia to tylko kolejny szczebel w drodze do błyskotliwej kariery i życia innego niż takie, jakie prowadzi pogardzane przez nich „pokolenie 1200 złotych brutto”. To przede wszystkim studenci kierunków takich jak prawo, marketing, dziennikarstwo i kierunki biznesowe. Zwykle ludzie bez skrupułów i zainteresowań, posiadający jedyną ambicję o imieniu kasa. Od dziecka zresztą przygotowywani do zasilania szeregów wyższej klasy społecznej.

Teoretycznie studia powinny nie tylko kształcić, ale też przygotowywać młodzież do dorosłego życia. Jednak żacy podejmują pracę w większości nie dlatego, że pałają do niej miłością lecz dlatego, że po prostu nie mają innego wyjścia. Stypendia, o ile są przyznawane, to zazwyczaj śmieszne kwoty, a to, co dają rodzice starcza przeważnie jedynie na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Nic dziwnego, że student to niejednokrotnie także pracownik. Nie ma w tym oczywiście nic złego, szkoda tylko, że efekty pracy są tak słabo odczuwalne dla kieszeni. Nie wiem więc, skąd bierze się powszechne zdziwienie, że młodzi ludzie wieją za granicę z prędkością bliską prędkości światła. Na naukę trzeba wszakże zarobić, a jak widać, w naszym kraju ojczystym możliwość połączenia jednego z drugim można zawrzeć w kategorii cudu.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing