|
W 1996 roku 4,6% ludności Polski żyło poniżej poziomu zapewniającego zaspokojenie potrzeb biologicznych, w 2005 roku było to już 12,3%. |
| Holding out for a Judym |
|
|
| 23.05.2006. | |
|
Rzecz o pewnym szpitalu na peryferiach Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Katowicach rzeczywiście jest szpitalem na peryferiach. I nie chodzi tu tylko o jego położenie na peryferiach stolicy Górnego Śląska. Ten jeden z największych szpitali pediatrycznych znalazł się na peryferiach tzw. systemu. Wczoraj, tj. 22 maja lekarze z GCZDiM rozpoczęli bezterminowy strajk. Gdy dzisiaj wstępowałem do saloniku prasowego, spodziewałem się ujrzeć alarmujące tytuły związane z tym faktem. Nie zawiodłem się. Ale po kolei. Najlepsi z najlepszych (do czasu) GCZDiM to rzeczywiście elita, jeśli chodzi o pomoc najmłodszym pacjentom. Wykwalifikowany personel, specjalistyczne poradnie i, co jest ewenementem w polskiej służbie zdrowia – działający nie tylko na papierze szpitalny oddział ratunkowy. Mali pacjenci z całego kraju. Centrum wydawało się wyprzedzać wszystkie ustawy i dyrektywy z ministerstwa. Do nie tak dawna szpital ten, co jest jeszcze większym ewenementem, miał za co leczyć. Niestety, w kapitalizmie nie wystarczy być dobrym, trzeba się jeszcze umieć sprzedać. W kapitalizmie handluje się też już przecież zdrowiem, poddając wątpliwej logice zysku tzw. usługi medyczne. Wtedy to powstawać zaczęły samodzielne publiczne placówki ochrony zdrowia. Muszę przyznać, że samo określenie „samodzielny publiczny” wprost kojarzyło mi się z pewną prywatną publiczną toaletą, z jednego z seriali komediowych. Stopniowo zaczęło się okazywać, że pieniędzy w Centrum jest coraz mniej. W roku 2002 szpital miał 30 mln zł długu wobec dostawców. Niektórzy nie chcieli czekać. Rok 2004 śmiało mógł zostać ochrzczony rokiem windykacji. Co miesiąc konto szpitala było uszczuplane o 700 tysięcy złotych. Na domiar złego NFZ ogłosił, że kończy się limit dla niektórych klinik. Zatapianie Centrum trwa. Dzisiaj, w dobie zapędzania lekarzy w kamasze, następuje poważny kryzys w służbie zdrowia, nie po raz pierwszy zresztą. Rozpoczynają się strajki. W GCZDiM referendum. Za, czy przeciw. Wygrywa pierwsza opcja. Strajk. Szantaż? Jest 23 maja, sięgam po, jak zwykle opiniotwórczą polską prasę głównego nurtu, by spojrzeć co wypada wiedzieć. Bryluje w niej apokaliptyczna wizja spalonego kościoła w Gdańsku. Wertując kartki czytelnik natrafia na nie mniej apokaliptyczną scenerię. Lekarze nie chcą leczyć dzieci! Bezduszni, pozbawieni empatii ludzie w białych kitlach wszczynają strajk. To szantaż, krzyczą tytuły. Lekarze odchodząc od łóżek pacjentów, chcą wymusić podwyżki. Ich roszczeniowa postawa wzbudza obrzydzenie dzienników i piszących tam żurnalistów, na czele z moim ulubionym redaktorem W. z gazety, której tytuł kojarzy mi się z popularnym angielskim przekleństwem. Owa prasa została świadomie bądź nie poddana „stalinizacji”, którą tak tępi. Jeśli chcesz wyjść na troskliwego i jedynego sprawiedliwego, stań w obronie dzieci, pokazuj je, fotografuj z nimi. Tak jak pewien Gruzin. Bo dzieci to skarb i przyszłość! A tu podły szantaż. Odpowiedzmy sobie jednak na pytanie, kto tu kogo szantażuje? Czy to lekarze szantażują rząd? Czy może jest odwrotnie? Tak, to klasa rządząca rękami pismaków z miernych, biernych, ale wiernych czytadeł szantażuje lekarzy, pielęgniarki i całą służbę zdrowia. Więcej, w tym pojedynku, w tym starciu zawsze będzie górą. Przynajmniej na czołówkach gazet. No bo kto nie ulituje się nad zdrowiem i życiem dziecka...Dorn i spółka ciągle będą podjudzać opinię publiczną do nagonki na tych bezdusznych lekarzy. Przecież składali przysięgę, przysięgali ratować i leczyć. Taka nagonka trwać będzie. Jak długo? Nie wiadomo. Zależy to od reszty społeczeństwa, od tego jak długo będą nabierać się na taką retorykę. To właśnie jest szantaż. Szantaż, który zmierza do pełnej judymizacji służby zdrowia. Szantażując lekarzy ich „misją” wymaga się od nich de facto pełnego wolontariatu. Bo przecież przysięgali. Na dobre i na złe. To właśnie chce nam przekazać nowa władza. Jesteś z nami, albo przeciwko. Jeśli to drugie, to już my znajdziemy „haka”, by skutecznie zaszantażować. Medice, cura te ipsum Sytuacja pracowników służby zdrowia, niczym nie różni się od sytuacji innych ludzi pracy. Presja jest tylko większa. Jednak rządząca oligarchia, wraz z, nigdy nieomylnym środowiskiem pracodawców, wszystkich pracowników, niezależnie od branży, uczyniliby Judymami, wolontariuszami dla sprawy. Pytanie tylko czyjej. Jak się nie podoba to w kamasze. W IV RP obywatel zawsze ma alternatywę. W minionym okresie, kilkakrotnie miałem okazję być w GCZDiM. Wtedy już wrzało. Ogłoszono pogotowie strajkowe. Dało się wyczuć napięcie, które zagościło tam już chyba na dobre. Podejście do pacjentów jednak się nie zmieniało. Mimo tego, że na Centrum patrzono już poprzez pryzmat, wybryku kilku pielęgniarek, które fotografowały się z noworodkami. To tak jak w przypadku lustracji, za jednym pstryknięciem palca poszły w niebyt wszystkie osiągnięcia, wszystkie pozytywy, liczył się skandal, tak jak teraz. Nie można, patrząc z zewnątrz, oceniać decyzji lekarzy, tak jak chętnie to czynią niektórzy dziennikarze, bo przecież obywatel ma prawo do informacji. Owszem ma. Więc dlaczego nie informuję się go o antyspołecznej polityce, o wzrastającej i wyniszczającej konkurencji pomiędzy szpitalami, o ułudzie jaką jest restrukturyzacja. Gdzie to informowanie? Co robić? Lekarze w swym proteście nie mogą ograniczać się do postulatu podwyżek. To tylko jeden z punktów. Nie można dawać oręża rządzącym, którzy natychmiast wytknęliby swoją ulubioną „postawę roszczeniową”. Potrzebna jest solidarność z innymi środowiskami. Wszelkie działania muszą opierać się na wspólnej walce, gdzie priorytetem będzie zdemokratyzowanie procesu decyzyjnego. Nie schematyczny podział środków, służący wzbogacaniu się jednej uprzywilejowanej warstwy, korzystającej na chorym systemie. Nie można kontynuować dotychczasowej polityki w ochronie zdrowia. Gdzie jedynym kryterium przetrwania jest wypracowanie odpowiedniego zysku. A „usługi” dzieli się na koszyki, z czego ten „podstawowy” jest coraz bardziej uszczuplany. Demokratyzacja będzie możliwa, jedynie poprzez walkę na wszystkich frontach, dopóki nie zmieni się system, dopóki nie zatrzyma się rządów kapitału, który jest podstawą nawet w ratowaniu ludzkiego życia. Tutaj fundamentalną rolę mają do odegrania związki zawodowe. Związki budowane oddolnie, zdemokratyzowane, nie będące jedynie doraźnym lobby. Nie można zapomnieć, że dzisiaj związki zawodowe lekarzy działając w interesie tychże, nieraz stają naprzeciwko interesom pozostałego personelu medycznego (pielęgniarek, salowych, ratowników). Potrzebna jest solidarność na polu związkowym, kłopoty lekarza i pielęgniarki, to wspólny problem całej służby zdrowia. Obok związków zawodowych, nie należy zapominać o lewicy, która z kolei wydaje się zapominać o strajkujących. Obecnie SLD jest zupełnie niewidoczne, nie prezentuje żadnego programu odnowy, a przecież jest i pewnie jeszcze będzie największą lewicową (?) partią w kraju. Liderzy lewicy muszą wreszcie wyprostować się z ukłonu przed PO, PD i nawiedzającym Polskę papieżem i spojrzeć na problemy ludzi pracy. I nie bać się socjalistycznych rozwiązań. Pierwszym znakiem winna być uparta walka i nawoływanie do dymisji tandemu Religa – Piecha, takiego jednoznacznego odzewu z ust polityków Sojuszu nie słyszałem. Być może nie był na tyle głośny, a szkoda. Należy zdać sobie sprawę z faktu, iż Polska przeznacza najmniej środków na ochronę zdrowia w całej Europie. Ciągle nie możemy się doczekać ustawy o ratownictwie medycznym, wciąż niejasna jest polityka finansowania ośrodków zdrowia, nie mówiąc już o niekontrolowanej prywatyzacji przychodni; tak dzieje się z przychodniami w Katowicach, zwalnia się ludzi, którym brakuje zaledwie kilka lat do emerytury, zamyka się niedochodowe przychodnie specjalistyczne i „łączy” z innymi na drugim końcu miasta. Likwidacji uległa przychodnia pediatryczna w centrum miasta, rodzice wraz z chorymi dziećmi muszą nadkładać kilometry do następnej, nie wspominając już o kolejkach i numerkach. Środki na funkcjonowanie placówek służby zdrowia, powinny być zarządzane przez demokratycznie wybranych przedstawicieli, którzy wiedzieć będą, co jest priorytetem dla danego ośrodka. Nie może to mieć nic wspólnego z wypracowywaniem zysków, limitami, ani tym bardziej z ręcznym sterowaniem, jakie pewnie się marzy obecnej ekipie, która wyczerpała już wszystkie pomysły na uzdrowienie czegokolwiek. Odgórne finansowanie, pozbawione wglądu w sytuację konkretnego regionu, konkretnych ośrodków jest wyjściem najgorszym z możliwych. Wtedy kryterium praktycznie się nie zmieni, dalej główną wykładnią będzie wolny rynek. Tylko, trochę bardziej solidarny. Ale i tak liczyć się będzie to, kto akurat dzierżyć będzie pilota w ręku. W końcu władza zawsze wie co jest najlepsze.
|
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |