W kwestii przemocy słów kilka Drukuj Email
23.01.2005.

Główne wydanie „Faktów” w TVN zdaje się prawdziwą „perłą w koronie” serwisów informacyjnych. Nie tylko dostarcza wiedzy o aktualnych wydarzeniach, ale przypomina o chwalebnych rocznicach, wprowadza za kulisy afer politycznych, a także bawi, wzrusza i ostrzega, prezentując materiały dotyczące najważniejszych zjawisk społecznych. 7 czerwca 2004 roku reporterzy „Faktów” zaalarmowali opinię publiczną o szerzącej się wśród młodzieży pladze przemocy. Dzięki reporterskiej dociekliwości mogliśmy się dowiedzieć, że nieletni w Polsce, zamiast słuchać księdza, nauczyciela czy rodziców, zamiast uczyć się pilnie, terroryzują szkoły, domy i ulice. Ofiarami agresywnych nastolatków stają się nie tylko ich rówieśnicy, ale również dorośli. Aż 25% młodych ludzi stwierdza, że tylko dzięki przemocy „można coś osiągnąć”. Jakby tego było mało, okazuje się, że również nastoletnie dziewczęta nie mogą oprzeć się złowieszczemu urokowi siły. Przerażeni tym zjawiskiem reporterzy „Faktów” nie zapomnieli wypomnieć feministkom i postępowcom ciemnej strony procesów emancypacji. Pewna pani psycholog, wyraźnie poruszona, oświadczyła telewidzom: „walczyliśmy o równouprawnienie, no to je mamy”. Jeżeli w Polsce ktoś jeszcze pragnąłby zrównania statusu kobiet i mężczyzn, wie teraz, czym to grozi. Najważniejsza jest jednak pointa tego wielce zatroskanego reportażu: za wzrost agresji wśród młodzieży odpowiada „brak pozytywnych autorytetów”. Kiedy bezmyślni postępowcy, kierując się fałszywą wiarą w autonomię nastoletnich, próbują odwracać młodych od wzorców moralnych, musi się to skończyć plagą agresji. Dlaczego? – ponieważ nieletni, pozbawieni paternalistycznej opieki autorytetów, zawsze znajdą w sobie te „negatywne wzorce”, a od tych roją się nasze ulice. Najlepszym przykładem niech będzie kloszardka pochylająca się nad butelką podłego trunku. Toż to prawdziwy zmierzch cywilizacji moralnej – bezdomni i pijaczkowie wcielają się w role aniołów stróżów! Po obejrzeniu tak sugestywnego materiału, niejedna mądra głowa wpadnie bez trudu na pomysł, żeby uprzątnąć nasze miasta z łachmaniarzy, a potem sklonować Życińskich, Hennelowe albo Nowaków-Jeziorańskich i rozstawić ich na każdym rogu.

Choć materiał przedstawiony w „Faktach” wydaje się z pozoru niewinnym owocem dziennikarskiej dociekliwości i obiektywizmu, w gruncie rzeczy wyraża credo neokonserwatywnej ideologii. Powiązanie źródeł przemocy z deficytem autorytetów stanowi pretekst do oskarżenia nowoczesnych społeczeństw o szerzący się permisywizm i zepsucie moralne. Stąd już niedaleko do oklepanego sloganu: „zero tolerancji” w walce z przestępczością. To hasło, które stało się wizytówką rozsławionego na całym świecie nowojorskiego szeryfa, mogłoby z powodzeniem posłużyć za motto reportażu „Faktów”. Wołanie o autorytety nie różni się bowiem co do treści od postulatu zaostrzenia rygoru prawego i represji policyjnej. Policjant i autorytet reprezentują wspólnie ten sam model kontroli społecznej.

Reportaż zaprezentowany w „Faktach” oferuje takie wyjaśnienie fenomenu wzrostu agresji wśród młodzieży, na jakie stać neokonserwatywny dyskurs dominujący w polskim życiu publicznym. Postarajmy się jednak o głębszą analizę tego zjawiska. Zdaniem amerykańskiego psychiatry Jamesa Gilligana ludzie uciekają się do przemocy, ponieważ nie mogą znieść upokarzającego i chronicznego poczucia wstydu, rozumianego jako uczucie niższości czy brak szacunku dla samego siebie. Poczucie takie rodzi się u osób, które wcześniej same były ofiarami przemocy lub represyjnych zachowań, w wyniku czego zostały brutalnie poniżone. Makrospołeczne przyczyny wstydu dostrzega Gilligan w biedzie i podziałach klasowych. Stwierdzając, że „najgorszą formą przemocy jest nędza”, dowodzi, że ubóstwo naznacza ludzi w sposób jak najbardziej fizyczny, skazując ich na wąski dostęp do opieki zdrowotnej, słabe warunki mieszkalne, gorsze wyżywienie, większą zachorowalność na niebezpieczne dla życia choroby, zamieszkiwanie w dzielnicach o najwyższym poziomie przestępczości. Dlatego wśród najuboższych wskaźniki śmiertelności (noworodków i dorosłych) są znacznie wyższe niż wśród zamożnych. Ponadto bieda wytwarza stygmat niższości i upokorzenia, marginalizując tych, którzy są nią dotknięci. Jednak, co podkreśla Gilligan, „przyczyną wstydu nie jest ubóstwo czy niedostatek w sensie bezwzględnym – a więc brak dóbr naturalnych jako taki – ale niedostatek względny, który sprowadza się do niemożności zaspokojenia potrzeb nie tyle materialnych, ile raczej psychologicznych – szacunku, godności własnej i dumy. Innymi słowy, o wiele poważniejszą niż bieda przyczyną występowania uczucia niższości i wstydu jest rozziew między dochodami osób znajdujących się na górze i na dole hierarchii społecznej.” W gruncie rzeczy nędza wytwarza poczucie wstydu wtedy, gdy manifestuje radykalne dysproporcje dochodowe w społeczeństwach klasowych. Bieda wywołuje i utrwala wstyd tym mocniej, im mniejsze szanse mają biedni na awans społeczny. Dzieje się tak, gdy nie mogą zdobyć dostępu do tych dóbr kulturowych – jak godne dochody, wykształcenie, udział we władzy – które pozwoliłyby im uzyskać szacunek dla samych siebie. Dla ludzi, którzy doświadczają bądź doświadczyli w przeszłości biedy, poniżenia czy wykluczenia i nie mają szans na poprawę sytuacji życiowej za pośrednictwem legalnych i oficjalnych kanałów awansu, przemoc staje się substytutem uznania społecznego.

Nie ulega wątpliwości, że w polskim społeczeństwie, w którym prawie 60% obywateli żyje poniżej minimum socjalnego, przemoc urasta do rangi ekwiwalentu prestiżu społecznego. Staje się ona nieodzownym emblematem pewnego „stylu życia” znacznej części Polaków, którzy nie mają pracy bądź pracują na czarno, zarabiają grosze, egzystują poza systemem zabezpieczeń społecznych, szwendają się po ulicach, robią „lewe” interesy, wchodzą w konflikt z prawem. Słowem, przemoc jest symbolem życia „w szarej strefie” świata społecznego. Dotyczy to w szczególności znacznej części, jeśli nie większości, polskiej młodzieży. Wystarczy przypomnieć tylko jedną jakże wymowną daną: w przedziale wiekowym 15-24 lat bezrobocie wynosi ponad 40%.

W kontekście powyższych rozważań zamieszki, jakie miały miejsce 10 maja tego roku podczas obchodów łódzkich juwenaliów, muszą okazać się czymś więcej, aniżeli tylko irracjonalnym wybuchem przemocy. Przypomnijmy, że w trakcie studenckiego święta grupa łódzkich pseudokibiców z okolicznych post-proletariackich osiedli sprowokowała długotrwałą bijatykę. Chuliganów siejących postrach wśród studentów i rabujących ogródki piwne próbowała rozgonić policja. Wywiązała się regularna bitwa uliczna, która zakończyła się dopiero wtedy, gdy siły porządkowe użyły broni palnej. Pomyłkowo wystrzelono ostrą amunicję (humanitarna amunicja gumowa, której chciano użyć, także często rani, okalecza, czasem zabija), w wyniku czego zmarło dwoje młodych ludzi, a wiele osób zostało poważnie rannych. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wydarzenia łódzkie rozpatrywać z perspektywy klasowej. Wzięły w nich bowiem udział grupy, których pozycja społeczna i szanse życiowe są w istotny sposób określone przez strukturę klasową. Pierwsza z tych grup to studenci, którzy dzięki kapitałowi kulturalnemu mają szanse na dobrze płatną pracę i relatywnie wysoki status społeczny. Z drugiej strony sytuują się tzw. „chuligani”, którzy nie mają dostępu do oficjalnych kanałów awansu społecznego i dla których przemoc, „lewe” interesy czy szybkie pieniądze stały się instrumentami realizacji aspiracji życiowych. Wszczynając bijatykę, zademonstrowali nie to, że przynależą do innego świata, ale przeciwnie, że żyją w tym samym. Przemoc jest dla nich szansą na obecność w mediach, szansą na to, by dowiedział się on nich świat – jest nieoficjalnym i nieprawomocnym odpowiednikiem tych rzadkich dóbr i zasobów, które zapewniają prestiż społeczny. „Chuligani” z Łodzi, prowadząc regularną bitwę z policjantami, zasygnalizowali, że niestraszna im żadna władza. Dzięki przemocy pokazali studentom, że tak, jak ci rządzić będą w przyszłości w bankach, uniwersytetach czy parlamencie, tak oni rządzą dzisiaj na ulicach polskich miast.

W społeczeństwach klasowych – takich jak polskie, – które jednych skazują na życie w „szarej strefie”, drugich natomiast obdarzają prestiżem i władzą, przemoc stanowi barbarzyński rewers kultury i bogactwa. Staje się tym atrakcyjniejszym substytutem szacunku społecznego, im bardziej rośnie rozwarstwienie dochodów, rozszerza się pole społecznego wykluczenia i nędzy, zawężają się szanse awansu życiowego. Dotyczy to w szczególności tych, którzy nie będą chcieli zgodzić się na los nędznych wyrobników i wyrobników nędzy.


 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing