|
Wg szacunków "The Economist" aby włoscy przedsiębiorxy odzyskali dobrą stopę zysku, musieliby zwolnić 500 tys. pracowników, a pozostałym obniżyć płace o 30%. |
| Polska według Lisa |
|
|
| 23.01.2005. | |
|
Do wielu zdobyczy transformacji ustrojowej w Polsce, takich jak pełne półki w sklepach, przyjazna policja i wstąpienie do sojuszu północnoatlantyckiego, bez wątpienia należy dodać niezależne media oraz oddanych sprawie budowania nowego ustroju dziennikarzy. Media prywatne okazały się jednym z najbardziej aktywnych podmiotów z powodzeniem kształtujących polityczną rzeczywistość. Zadaniem, jakie sobie stawiają – poza obalaniem „niewłaściwych” rządów i utrącaniem „niesłusznych” ustaw - jest wytwarzać taki zestaw afirmatywnych sloganów, które powtarzane tysiące razy z niemal wszystkich stron, mają zacząć funkcjonować w społeczeństwie jako wygłaszane bez zastanowienia oczywistości. Typowy przykład tego typu dziennikarstwa, paradoksalnie określanego jako „niezależne”, stanowi publicystyka Tomasza Lisa, zawarta w książce „Co z tą Polską”. Jego pozytywne opinie na temat transformacji ustrojowej nie dziwią, wszak jest on jednym z jej medialnych filarów. Jak stwierdza, przemiany idą w dobrym kierunku, ale są nie dość radykalne. Przede wszystkim – państwo skażone jest pozostałościami PRL-u. Pleni się w nim „roszczeniowość”, a „tym, którzy chcą zrobić pieniądze i rozwinąć skrzydła, zaciska się dyby”. Lis widzi jednak nie tylko krzywdę przedsiębiorców, którzy zmuszani są do wypłacania pensji na czas i torturowani przez urzędników skarbowych. Dostrzega również „degradację społeczną wielkich mas młodych Polaków”. Niezwykle odkrywczo zauważa, że wynika ona z braku pieniędzy na edukację umożliwiającą awans i poprawę sytuacji młodych ludzi. Proponowane na kartach jego książki rozwiązanie tego problemu jest już mniej adekwatne do rzeczywistości, ale za to proste i nieskomplikowane: „Trzeba ciąć wydatki publiczne”, a zaoszczędzone fundusze przeznaczyć na edukację. Retorykę, polegającą na sugerowaniu jednej pokrzywdzonej grupie społecznej, że odpowiedzialność ze jej pożałowania godną sytuację ponosi inna równie biedna grupa, Polacy mieli okazję poznać za rządu Buzka. Protestujące wówczas pielęgniarki przekonywano, że nie ma dla nich pieniędzy na podwyżki, ponieważ zostały one przeznaczone na pensje górnicze. Teraz medialny prezenter wmawia młodzieży, że gdyby nie „horrendalnie wysokie” zasiłki, renty, emerytury oraz pomoc dla samotnych matek, jej życie byłoby jak z bajki. Oczywiście, pieniędzy nigdy nie należy szukać u biznesmenów, takich jak podejrzany o niezapłacenie kilku milionów podatku, „po prostu przyzwoity człowiek” Roman Kluska. Napuszczanie pokrzywdzonych na siebie i sugerowanie, że za całe ich nieszczęście odpowiada ktoś, kto korzysta z pomocy społecznej (Lis zwłaszcza wyżywa się na ludziach pobierających świadczenia z KRUS-u), często skutecznie odwraca uwagę od prawdziwych przyczyn degradacji, leżących w organizacji całego systemu. Strategia ta jednak czasem zawodzi, a masy zaczynają formułować oskarżenia względem kapitalizmu i transformacji, czemu trudno się dziwić, skoro zamiast obiecywanego sukcesu ekonomicznego nadeszło jego przeciwieństwo. Pojawia się w związku z tym pytanie, co zrobić ze społeczeństwem, któremu nie podoba się bezrobocie, fatalne warunki pracy i demokracja polegająca na tym, że partie polityczne realizują wciąż jeden i ten sam program? Prosta odpowiedź neoliberała wskazująca na konieczność wyrzeczeń i indywidualnej odpowiedzialności za swoją sytuację, jakkolwiek wciąż stosowana, przestała wystarczać w obliczu powszechnej nędzy i braku perspektyw. Nowa strategia apologetów wolnego rynku polega na tym, że krytykują oni atomizację społeczną i opowiadają się za modelem społeczeństwa podobnym do wielkiej rodziny. Powinno ono, ich zdaniem, stanowić monolit, w którym każdy wykonując swoje zadanie będzie działał rzekomo na rzecz dobra wspólnego. Jak pisze Lis, Polakom potrzeba „poczucia wspólnoty, które pozwala nam w trudnych czasach sobie pomagać, które daje pewność, że wszyscy jedziemy w jednym kierunku, które sprawia, że od każdego z nas wspólnota dostaje to, co jest w nas najlepsze”. Czym jest owa wspólnota i w czyim leży interesie, aby ukonstytuował się twór, w którym wszystkie konflikty zostały wzięte w nawias i odłożone na półkę? Podzielonemu klasowo społeczeństwu wmawia się potrzebę budowania wspólnoty ponad podziałami, która „w jednym wielkim nurcie rzeki połączy miliony strumyczków”. Cóż może być milszego z punktu widzenia pracodawcy niż pracownik, czujący głęboką więź z całością i rezygnujący z urlopu oraz przywilejów socjalnych, ponieważ firma potrzebuje dodatkowych funduszy? Biznesmen z pewnością będzie chciał należeć do tego typu wspólnoty zgodnie podążającej „w jednym kierunku”. Wszyscy razem: przedsiębiorcy, dziennikarki, artyści, robotnicy, pielęgniarki i nauczyciele, na czele z Tomaszem Lisem mają zapomnieć o prozie różnic ekonomicznych (istotnych jedynie dla osób wrogich powstaniu prawdziwej wspólnoty) i zmierzać do przodu - nawet jeśli dla niektórych oznacza to raczej cofanie się. Jakie wartości powinny przyświecać takiej społeczności? „Nie byłoby źle, gdyby słowa: „Polska”, „patriotyzm”, „ojczyzna” i „naród”, wróciły do naszego słownika” - pisze były prezenter TVN. Zasady, na jakich ma ona funkcjonować, muszą być więc jasne i wyraźne. Wszelkie niuanse, podejrzliwość i intelektualne wątpliwości okazują się kompletnie bezużyteczne, a nawet szkodliwe. Nie ma on wątpliwości, że „w życiu społecznym musi być miejsce na biblijne tak, tak, nie, nie”, a także iż potrzebne są „jednoznaczne zasady i twarda moralność”. W tak zorganizowanej wspólnocie wszyscy muszą znać swoje miejsce i nikomu nie powinno przychodzić do głowy, aby kwestionować swoją pozycję w hierarchii. Wiadomo wszak, że „w każdym kraju i w każdym społeczeństwie są ci, którym się udało, i ci, którym się nie udało”. Ot, i cała zawarta w książce analiza powstawania nierówności. Na jej miarę jest stosunek Tomasza Lisa do demokracji. Z jednej strony, przywiązuje do niej ogromne znaczenie, które przejawia się w tym, że, jak pisze, „wchodząc do swojego lokalu wyborczego (…), za każdym razem mam łzy w oczach. Przecież to jest święto demokracji”. Postawa ludzi nie chcących uczestniczyć w tym misterium wzbudza jego najgłębsze oburzenie. Z drugiej strony, Lis jest krytycznie nastawiony do systemu parlamentarnego, o którym wyraża się nader dosadnie. Jak sądzi, „coś jest nie tak z demokracją”, gdy Sejm staje się „z kadencji na kadencję, coraz większym odzwierciedleniem dołów”. A przecież mogłoby być inaczej. Wzór według niego stanowi jedyna prawdziwa, czyli amerykańska demokracja, gdzie Senat „nie jest kopią społeczeństwa, a powszechnie, i nie bez racji, nazywa się go superluksusowym klubem”. Polsce daleko od owego ideału; jak ubolewa prezenter, nasz „klub – nie tylko dlatego, że mieści się nomen omen na Wiejskiej – jest mało ekskluzywny”. Wizja, jaka wyłania się z tych marzeń, to twór polityczny, jaki nazwać można „elitarną demokracją”. Społeczeństwo chodzi w nim na wybory i organizuje się w lokalne wspólnoty, ale rządzenie pozostawia luksusowym mędrcom (koniecznie z miasta), którzy lepiej od ludzi wiedzą, co jest dla nich najlepsze. A zresztą, czy demokracja jest tu aż tak niezbędna? W ulubionej epoce Lisa, przed wojną „z demokracją było krucho, ale była moralność. Może czasem, dla dobra państwa jest ona nawet ważniejsza niż demokracja”. Owa pożądana cecha polega w jego ujęciu przede wszystkim na patriotyzmie i na „etosie gotowości śmierci za ojczyznę”. W innych miejscach wspomina on o „honorze” i „cnotach”, jakie powinny lec u podstaw organizmu społecznego aby mógł on prawidłowo funkcjonować. Używana przez Lisa solenna retoryka wskazuje, że nadchodzą nowe czasy. Dawni liberałowie przemieniają się w endeckich radykałów i coraz częściej dostrzegają, że w polskim państwie „zamiast porządku jest coraz większy brud”. Mocne sformułowania pozwalają nie tylko reanimować mity przedwojennej prawicy, ale także gładko i bezboleśnie przejść do pozytywnej oceny faszystowskich Włoch. Jak pisze Lis, „gdy nastał Mussolini, pociągi zaczęły chodzić punktualnie”. Może i było wówczas nieco za dużo przemocy – argumentuje - ale nie da się ukryć, że w kraju rządzonym twardą ręką duce każdy „robił to co do niego należało”. Jak widać, wymarzone przez Lisa państwo nie jest ani demokratyczne, ani praworządne. Zamiast prawa funkcjonują w nim moralność, patriotyzm, cnota i honor; zamiast demokracji – elitaryzm. Wszystko to jest „ubogacone” cytatami z Biblii i powoływaniem się na papieża. Religia jest tu jednak traktowana – wzorem Mussoliniego – instrumentalnie, co nie oznacza oczywiście odrzucenia jej najbardziej obskuranckich aspektów, takich jak bezkrytyczna akceptacja uznanych autorytetów. Należy do nich rzecz jasna papież - „autorytet największy i, poza skamielinami chamskiego antyklerykalizmu, nietykalny”. Brednie, jakimi Lis raczy publikę, nie byłyby warte analizy, gdyby nie to, że okazują się one niezwykle popularne i traktowane są niemal jak prawdy objawione. Młodzież, zarówno z wielkich, jak i z małych miast postrzega go jako swojego reprezentanta, gdyż odwołuje się on zarówno do neoliberalnych wzorców indywidualnego sukcesu – i tobie się uda, jeśli się postarasz - jak i do nacjonalistycznej retoryki wspólnoty i narodu. Populista, łączący programy LPR, PiS i PO w jednym jadowitym, bezmyślnym bełkocie, obiecuje powstrzymać „barbarzyńców” dopominających się świadczeń socjalnych, darmowej opieki medycznej i reprezentacji parlamentarnej. Byłoby to z pewnością korzystne dla uprzywilejowanej, chociaż nielicznej grupy osób najlepiej zarabiających. Jednak ludzie sądzący, że postaci jego pokroju są w stanie w jakikolwiek sposób poprawić ich fatalną sytuację, przypominają skazanych, którzy wierzą, że uśmiech kata podczas ostrzenia topora oznacza ich ułaskawienie. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |